Archiwum blogu

Koncert Archive w Gdańsku, trasa „Restriction”, 28.03.2015

Na koncercie Archive byłam już dwa razy. Za pierwszy razem pojechałam aż do Wrocławia. Za drugim byłam w Gdańsku (klub Parlament) z Ł. Trzeci mój koncert Archive odbył się ponownie w Gdańsku, tym razem w klubie B90 na terenie Stoczni Gdańskiej.

Jak zwykle chciałam stać pod sceną, więc wybrałam się odpowiednio wcześniej. Szukanie klubu po dotarciu autem na miejsce (oświadczam, iż NIENAWIDZĘ prowadzić samochód przez centrum dużego miasta) zajęło mi chyba pół godziny, bo oczywiście oznaczenia… nie istniały ;). Ale w końcu udało się dojść. Przed oddaniem kurtki i torebki do szatni zaopatrzyłam się w koszulkę. Pan Julian Hayr (odpowiedzialny za promocję, to on zawsze sprzedaje pamiątki na koncertach i prowadzi facebookowy oraz tumblrowy profil zespołu) odłożył mi jeszcze kubek, bo nie miał jak wydać mi reszty. T-shirt był za okrągłą kwotę ;).

Trzeci koncert Archive w życiu i po raz trzeci wylądowałam w drugim rzędzie pod sceną i nie miałam zamiaru się stamtąd ruszyć (siku zrobiłam przed wyjściem z domu, o piwie czy kawie mowy nie było). Miałam przed sobą jakąś godzinę czekania, spędzoną na wysyłaniu statusów na Facebook i słuchaniu muzyczki z głośników klubowych, dobranej gatunkiem do tego, co nas później czekało.

Przedział wiekowy publiki wyglądał na około 18 do około 60, większość obecnych miała koło trzydziestki na karku. Do najstarszych w moich okolicach należała siwa już dość para, mówiąca po francusku :). Daleko ich przywiało, nie ma co…

Koło 20 rozpoczęła się zapowiadana projekcja filmu „Axiom” hiszpańskiego zespołu filmowego NYSU, ilustrującego poprzednią płytę Archive o tym samym tytule. Filmu wcześniej nie widziałam. Mogę stwierdzić, iż bardzo sprawnie ilustrował i rozszerzał sens płyty. Jak na niezależną produkcję przystało, był dziwny i momentami dość trudny w odbiorze ;) (szczególnie podczas rozdziału „Baptism”). Opowiadał o społeczności małej, odizolowanej od reszty świata wyspy, kojarzył mi się klimatem z „1984” Orwella. Film raczej nie do powtórki. Płyta pewnie już szybciej.

O 21 zaczął się właściwy koncert. Ponieważ promował płytę „Restriction”, na pierwszy rzut poszedł mocno energetyczny kawałek otwierający płytę, „Feel it„. Dave Pen wykonał go z typowym dla siebie zaangażowaniem. A kończyli go 4 razy ;). Miało być na rozruszanie publiki, czy im wyszło, nie wiem, nie patrzyłam za siebie. ;)

Potem na scenę wyszła chyba największa gwiazda wieczoru, czyli Holly Martin, w kolektywie dość nowa (bo na co stać Pollarda i Dave’a, to wszyscy wiedzą). Na poprzednim koncercie (podczas poprzedniej trasy) została pokrzywdzona za cichym ustawieniem mikrofonu, tym razem było wszystko w porządku i okazało się, że ta drobna, chuda blondynka posiada bardzo fajny, mocny głos. Dzielnie przebijała się wokalem ponad huk perkusji i zyskała moją wielką sympatię przez cały koncert :).

Kolejne kawałki to był typowy przekrój przez twórczość zespołu, z dość miłymi niespodziankami w postaci dwóch kawałków ze starych i zaniedbywanych na koncertach płyt: „Nothing else” – śliczny, „damski” kawałek z trip-hopowego „Londinium” i „Bridge scene” z soundtracku do filmu „Michel Vaillant” (soundtrack zrobiony specjalnie do filmu, a nie złożony z gotowych już kawałków, jak w polskim „Sępie”). Pojawiło się też „must-have” w postaci „Dangervisit” (moim zdaniem bardzo pasujące do antyutopijnego klimatu „Axiom” z tym refrenem „feel, trust, obey!”, chociaż pochodzące ze starszej płyty). I podczas „Dangervisit” doszłam do pewnego, dość smutnego w sumie wniosku, o czym później.

Główna część koncertu zakończyła się zamykającym płytę „Restriction” utworem „Ladders„, który przeszedł płynnie w „Numb„. Na to panowie opuścili scenę.

Po kilku minutach oklasków wrócili przy dźwiękach otwierających jeden z najpiękniejszych utworów w ich karierze, czyli „Lights„. Ktoś gdzieś narzekał na powtarzalność dźwięków, ale chyba nie znał tego utworu – on tak wygląda, on się tak zaczyna, naprawdę trwa 18 minut, przy czym wokal wchodzi dopiero po ośmiu.

I to był koniec całego koncertu. Po krótkiej walce dopadłam setlistę (zdjęcia poniżej) i ustawiłam się w kolejce po kurtkę. Po drodze odebrałam swój kubek, dokupiłam jeszcze parę innych rzeczy, pogadałam z Julianem o tym, gdze zgubili fikającego niegdyś po scenie gitarzystę, Steve’a Harrisa (zmienili na młodszy model ;) ), kurteczkę odebrałam. W drodze do samochodu zerknęłam na stojący na tyłach klubu czerwony autokar. Stała pod nim grupka mężczyzn. Z daleka miałam wrażenie, że jednym z nich jest Smiley, perkusista. Zmarnowałam jednak okazję do ewentualnej rozmowy i poszłam dalej. Do domu dotarłam po północy.

Wnioski:
1. jak zwykle ponad 2 godziny solidnego grania. Nie wyszłam zawiedziona długością koncertu, zresztą pod tym względem Archive zawsze dopisywało.
2. wychodząc z klubu podsłuchałam niechcący, jak ktoś stwierdził, że widać było po nich zmęczenie, że na wcześniejszych koncertach było więcej entuzjazmu. Po cichu przyznałam rację – to był ich przedostatni koncert w głównym toku trasy (dzień po Gdańsku był koncert w Poznaniu i na koniec Londyn, dopiero 10 kwietnia) i nawet Julian przyznał, że jest zmęczony.
3. kontakt z publiką był niewielki, ale dla Archive to normalne ;). Chwilami wokaliści rzucali znaczące spojrzenia, Darius Keeler próbował dyrygować (ile ten facet się namacha rękami podczas każdego show…), a nagradzana oklaskami Holly odpowiadała skromnym „thank you”.
4. grający skład był ośmioosobowy. Dziewiąta osoba, wokalistka Maria Q chyba przygotowuje się lub właśnie opuściła skład zespołu. Smutny wniosek podparty jej znikomym udziałem na płycie (wykonywany przez nią kawałek „Half built houses” był gotowy – i grany na koncertach poprzedniej trasy – już jakieś 2 lata temu).
5. wiem, że to koncert rockowy, ale dla mnie to było chwilami… za dużo hałasu. Nie było słychać konkretnych nut, tylko huk. Ale ja w tym tygodniu jestem strasznym malkontentem (mijają trzy miesiące od ostatniego rozpieszczania się), więc na ten wniosek możecie nie zwracać uwagi.
6. a smutny wniosek podczas „Dangervisit”? O ile nie odświeżą sobie setlisty (owszem, z nowej płyty zagrali 8 kawałków, ale chodzi mi o starsze utwory), to ten koncert być może będzie moim ostatnim spotkaniem z Archive na jakiś czas. Jeśli kolejny udział będzie ode mnie wymagał np. wyjścia wcześniej z pracy, to się raczej nie poświęcę. Co bym chętnie usłyszała pierwszy raz na żywo? Najbardziej chyba „Twisting„. „Waste„. Na odpoczynek „Friend„, które też kiedyś robiło karierę w Polsce, choć jest mało koncertowe. „Take my head„, choć ciężkie do wykonania, bo to kanon, ale wysoka oktawa Pollarda pewnie spokojnie wsparłaby damski, główny wokal. „Junkie shuffle„. Ludzie kochają „Again„, ten kawałek uczynił Archive sławnymi w Polsce, ale w sumie dobrze, że go nie było. Zamiast niego zagrali „Lights”.

Więc nie, nie przestaję kochać Archive. Koncert pobudził moją chęć na odświeżenie starszych płyt. W drodze powrotnej z samochodowego playerka mp3 poszła płyta, której promocję chwilę wcześniej słyszałam na żywo i nie przeszkadzało mi to. Ale jak niedawno stwierdziłam, że wbrew radom niektórych chodzi się na kilka koncertów jednego zespołu, bo nigdy za dużo ukochanej muzyki, tak chyba jednak Archive na żywo mam na razie dość.

Poniżej kilka beznadziejnych zdjęć:

setlista i kubek

setlista i kubek

Dave "Chude Coś" Pen na wokalu

Dave „Chude Coś” Pen na wokalu

Pollard Berrier i Holly "Drugie Chude Coś" Martin

Pollard Berrier i Holly „Drugie Chude Coś” Martin

Dave się angażuje

Dave się angażuje

Dave miał fajną koszulkę

Dave miał fajną koszulkę

Bardzo rzadki widok: Danny G z gitarą! "Numb"

Bardzo rzadki widok: Danny G z gitarą! „Numb”

Oklaski

Oklaski

Archive „Restriction”

archive

Niecały rok po wydaniu poprzedniej płyty, „Axiom”, która była albumem dość dziwnym, brytyjski kolektyw Archive wypuścił nową. Dopadłam poprzez preorder. I z autografami założycieli zespołu ;).

Poprzedni krążek był dziwny, bo nastawiony na dokręcenie do niego filmu (którego do tej pory nie widziałam, choć został wydany razem z albumem). Brzmiał zatem jak soundtrack, przez co głębszym sentymentem darzę jeno połowę utworu tytułowego i jeden bonus, którego zresztą nie było na płycie. Album zły nie był, ale rzadko do niego wracam. Archive generalnie tworzy muzykę bardzo ilustracyjną, ale z „Axiom” trochę przesadzili ;).

„Restriction” powraca do bycia płytą ilustracyjną niechcący. Pewnie dałoby się podkleić ją pod sceny w filmie, ale słuchając kolejnych kawałków nie myślimy o tym, że byłoby to potrzebne do pełni odbioru.

Płyta startuje dość ostro. Dużo tu niedrażniącej elektroniki i perkusji, w aranżacji ocierającej się o bałagan. Głośne dźwięki są połączone z dość łagodnymi głosami wokalistów i często niebanalnymi tekstami. Przejście w spokojniejsze nuty po trzech utworach i następnie powrót do ostrości po kolejnych dwóch powodują, że płyta nie męczy, wręcz mile się kojarzy z wcześniejszymi dokonaniami kolektywu, który wszak trzyma się rocka progresywnego.

Jednak to poczucie bałaganu czyni tę płytę nieco inną od wcześniejszych. Najwyraźniej padła decyzja, żeby zagrać ostrzej. W środku albumu mamy ciszę przed burzą. Jeden z wypuszczonych przed premierą singli w pojedynkę wydawał mi się nudny, brakowało mi w nim kopa. W zestawieniu z resztą piosenek ten brak kopa nie przeszkadza, to miły oddech.

Jak zwykle pojawia się dużo głosów, że płyta jest „inna”, ale to nadal Archive. Zaczęłam się zastanawiać, co dla osób tak twierdzących wyznacza brzmienie Archive? Czasy kultowego już „Again” (nagranego w 2002 roku! Kawał czasu) minęły dawno, wraz z odejściem w 2004 śpiewającego ten utwór Craiga Walkera i zmiany Archive z zespołu na kolektyw. Od „Lights” kolejne płyty to eksperyment, każda różni się czymś od poprzedniej. Dwie płyty to był powrót do trip-hopowych korzeni, przeplatany balladami. Potem ten dziwny soundtrack. Teraz mamy mocniej, bardziej rockowo, bardziej elektronicznie. I dobrze. I fajnie.

Fajna płyta. Spodobała mi się znacznie szybciej od przed-Axiom-owego „With us until you’re dead”. Będę do niej wracać. Baaaardzo chętnie usłyszę, jak wypadnie w wykonaniu na żywo w marcu. Bo Archive na koncertach daje czadu. Dodać więcej czadu do tego, co jest na płycie? Wyjdę bez bębenków w uszach ;).

Powrót Archivistów na łamy bloga

26 maja wychodzi ich kolejna płyta, „Axiom”. Płyta, do której nakręcono film (a nie na odwrót! Generalnie muzyka Archive uchodzi za bardzo ilustracyjną), który (będzie?) miał premierę na festiwalu Sundance w Londynie i mam nadzieję, że go wydadzą na jakimś twardym nośniku. Na razie wygląda na to, że niestety, nie razem z płytą. Taki zestaw byłby najfajniejszy.

Tak czy siak, tytułowy kawałek przetrzepał mnie już dawno temu. Dzisiaj, w sumie przez przypadek, znalazłam drugi, który ostatecznie nie znalazł się na płycie, ale moim zdaniem też trzepie.

Zatem 26 albo 28 maja stawię się w lokalnym sklepiku z płytami, którego właściciel Archive zna, i się zapytam o dostępność albumu. Jak nie będzie dostępny, to poproszę o zamówienie. Bidę klepię, kasę liczę, dziękuję dobremu losowi za obie prace (z drugiej mam kasę na bieżąco, wprawdzie raz w tygodniu, ale zawsze), ale płytka Archive musi być.

Do posłuchania

Z racji braku inspiracji do notki, potraktuję Was kawałkiem z pierwszej płyty Archiv(e)-istów.

Kiedyś „Londinium” nie lubiłam, głównie ze względu na to, że nie jestem wielką fanką trip-hopu, który na tym krążku grał dużą rolę. Później od niego odeszli, potem zaliczyli mały powrót do przeszłości, a ja najwyraźniej musiałam trochę dojrzeć.

Deszcz za oknem, kawałek pasujący klimatem.

Muzyczka

Archive wrzucałam tu już wcześniej. Za kilka miesięcy wypuszczają nową płytę, do której nakręcono film. W sumie to dziwne, że tak rzadko to się dzieje – ich muzyka jest bardzo ilustracyjna.

No to jest nowy kawałek do posłuchania. Powiem szczerze, nie mogę się doczekać, żeby dopaść cały album. Na pewno będzie klimatycznie.

Trzecie arcydzieło

Jak mogłam zapomnieć?!

Tym razem tylko prawie 10 minut.

Melancholijnie

Potencjalnie cały dzień w pracy. Niechętnie zwlokłam się z mojego super łóżeczka, informując Mrówkę, że strasznie nie chce mi się jechać do pracy.

(Mam nadzieję, że to nie początki syndromu zniechęcenia, który ostatecznie doprowadził do mojej rezygnacji z pracy na pogotowiu stomatologicznym. W firmie nie za dobrze się dzieje i coraz bardziej nastawiam się na szukanie innego gabinetu – na razie w ramach drugiej – albo trzeciej – pracy.)

Jakoś dojechałam, zrobiłam dużo punktów na NFZ (zapowiada mi się wolny tydzień po Świętach, bo nie będzie kontraktu). Z pacjentów prywatnych stawiła się połowa. Cały dzień padał śnieg.

W drodze powrotnej z pendrive’a w radiu samochodowym popłynął mi kawałek, który wrzucam poniżej. Jeśli macie wolne 16 minut, to załóżcie słuchawki, podkręćcie głośność i zamknijcie oczy. Przez ten kawałek pokochałam Archive.

To jedno z dwóch arcydzieł Archive. Drugie – 18-minutowe – też wrzucam poniżej.

Chyba muszę odkopać swojego discmana i zrobić melancholijny wieczór…

Newsflash or whatever

1. Żyję. I to jest najważniejsza informacja w tej notce. ;)

2. Skoro żyję, to w czwartek przeżyłam jazdę jakieś 50 km do Gdańska w strasznych warunkach pogodowych (znaczy lało. Mogła być jeszcze gołoledź, ale całe szczęście nie była) i nie zabiłam przy okazji MM. I nawet darmowe miejsce parkingowe na Targu Węglowym znalazłam bez problemu (znaczy „wskoczyłam” w to, które właśnie ktoś zwolnił).

3. Koncert był ZA-RĄ-BIS-TY. Siedmiu panów i dwie panie dały takiego czadu, że do tej pory na samo wspomnienie się uśmiecham. Szkoda, że chyba nikt z Czytelników (poza MM) nie zna Archive, to bym się bardziej tu na łamach egzaltowała.

4. Stałam w drugim rzędzie pod sceną. MM stał za mną, ale ponieważ jest ode mnie dużo wyższy, to też miał chyba całkiem niezły widok.

5. Grali bite dwie godziny. Ten koncert był jednym z ostatnich w dość długiej trasie, ale i tak gitarzysta fikał po scenie, perkusista prawie połamał pałeczki, klawiszowiec dyrygował reszcie (mógł, bo główne „skrzypce” grały gitary – w porywach do czterech na raz w akcji – i perkusja), a panowie wokaliści darli się na całe gardło. Jeden z panów gitarzystów-wokalistów w pewnym momencie wymachiwał głową (i dość długimi włosami) razem z pierwszymi rzędami publiki. Naprawdę dali czadu, było rewelacyjnie. Muzykę można było czuć całym ciałem, wibracje szły od podłogi.

6. Przesadzili trochę z ceną koszulek, ale i tak kupiłam jedną. Udało mi się również zdobyć tracklistę (karteczkę na użytek członków zespołu, z wypisanymi utworami planowanymi do odegrania).

7. W drodze powrotnej warunki nie były lepsze, ale nadal dojechaliśmy żywi.

8. Z innych newsów: w końcu obejrzałam „Dirty Dancing”. Patrick Swayze pewnie był ciachem w tamtych czasach, ale jednak nie jest w moim typie. Fikali całkiem ładnie.

9. Z jeszcze inszych newsów: podobno obietnice ograniczenia czegośtam są jednym z objawów uzależnienia od owego czegoś. Niniejszym oświadczam publicznie, iż w środy między powrotem z pracy (koło godz. 14) a godziną 20 komputer pozostanie wyłączony, a internet zepsuty przez ruszenie kabelka w gnieździe routera. W uzyskanym czasie mam zamiar sprzątać, prać, prasować, rozpakowywać ostatnie kartony (tak, mieszkam tutaj od półtora miesiąca i nadal nie jestem do końca rozpakowana) i czytać. Na razie fantasy (Tolkien i Sapkowski), ale to początek równie dobry jak każdy inny. Decyzja została zainspirowana potrzebą przedłużenia wypożyczenia „Hobbita” na kolejny miesiąc, kiedy to po pierwszym miesiącu byłam dopiero w połowie (książka liczy 300 stron i jest łatwoczytalną bajką dla dzieci, co o czymś świadczy). Jeśli kiedyś spotkam się „na żywo” z moją uzależnioną od książek znajomą z sieci, jak Boga kocham, wyjdę na nieoczytanego gbura i idiotkę.

10. Do uzależnienia od kompa i internetu również się przyznaję i powiem więcej: nawet chodziłam z tym do psychologa, ach.

To tyle z newsów.

Live long and prosper.

W czwartek będziemy fikać

Skakać, śpiewać i się cieszyć.

Oby w pierwszym rzędzie na sali koncertowej. :)

Skrótem i w punktach

1) Niedzielny dyżur i wyznanie tabletkożernego pacjenta o mało co nie zainspirowało mnie do napisania notki o przedawkowaniu najpopularniejszych środków przeciwbólowych. Dla Was na przyszłość: ibuprofen (Ibuprom, Ibum, Nurofen) jest bezpieczniejszy od paracetamolu (Apap). Ten drugi po przekroczeniu dziennej dawki 3 g (6 tabletek) potrafi doprowadzić do martwicy wątroby. Po nażarciu się ibuprofenu może wystąpić krwawienie z przewodu pokarmowego, ale jak dobrze pójdzie, nie będzie konieczny przeszczep w gruncie rzeczy niezbędnego do życia (na dłuższą metę) narządu.

2) Dzisiaj znowu miałam „udaną” popołudniówkę. Na sześciu pacjentów kolejno: dwóch przyszło, dwóch odwołało wizyty, dwóch nie przyszło bez poinformowania o tym planie wcześniej. Szef w międzyczasie też miał trochę czasu. Poszedł do swojego mieszkania i wrócił po kilkunastu minutach z własnoręcznie robionymi naleśnikami z Nutellą.

3) Pod koniec listopada wraz z Moim Mężczyzną po raz drugi w życiu idę na koncert Archive (MM debiutuje w tym wypadku). Tym razem wypad będzie dość stacjonarny, bo do Gdańska. Poprzednim razem w środku V roku studiów (podczas ferii zimowych!) zaliczyłam kilka dni we Wrocławiu.

4) Jutro pani z ING będzie mi wciskała fundusz emerytalny (prawdopodobnie III filar) i może czegoś się dowiem o możliwym kredycie hipotecznym. Na razie powinnam w końcu wykupić sobie prenumeratę prasy fachowej (nie wiem, czy ok. 220 zł za 6 numerów magazynu liczącego po 80 stron to dobra cena, czy nieświadomie kupiłabym tylko jeden egzemplarz) i znaleźć i odbyć kurs na inspektora ochrony radiologicznej w ramach polepszania sobie CV.

A tak w ogóle to udzielam się gdzie indziej, wklejając screencapsy z pewnego filmu na podstawie komiksów, koncentrując się na czyiś wielkich bicepsach, od czasu do czasu darząc swoich czytelników obrazkiem z kilkoma zgrabnymi tyłkami. MM musi mnie bardzo kochać, skoro to nadal cicho znosi ;)