Archiwum blogu

„Chomik na widelcu” Claudia Torres, Jacek Krawczyk

chomik

Jestem fanką „prostej” literatury. Moje półki  z książkami są okupowane głównie przez thrillery, kryminały i książki przygodowe. Nie jest to literatura, z której można wyciągać jakieś mądre cytaty. Znamienne jest też to, że moje Środy Bez Komputera zostały wymuszone przez godziny, jakie spędzam na czytaniu fanfiction (amatorskich opowiadań opartych na książkach, filmach, grach komputerowych itp.) po angielsku, wśród których, nie ukrywajmy, trudno o arcydzieło. Czasami się zdarzy coś takiego znaleźć, ale tak czy siak, zazwyczaj sięgam po literaturę wybitnie rozrywkową.

„Chomika…” kupiłam w promocji, w Matrasie. Niecałą dychę mnie kosztował. Okładka i tytuł mnie zaintrygowały, stwierdziłam, że czemu nie, skoro chcę wrócić do czytania.

Psycholog policyjny śni o chomiku nabitym na widelec. Deserowy. Zawsze miał ten sen, kiedy dochodziło do jakiejś intrygującej śmierci. Śmierć dziewczyny w klubie nie wydawała się taka intrygująca, ot, przyczyny naturalne, była chora na serce. Ale okoliczności i osoby związane z tą śmiercią już takie oczywiste nie były…

Książka ma dwóch autorów: urodzoną w Łodzi córkę znanego, meksykańskiego pisarza i reżysera, oraz psychologa. Wpływ tego drugiego autora jest wyraźny: sprawa kryminalna jest jakby tłem dla opisów i rozwoju licznych, związanych z ofiarą postaci. Każda postać ma swoją historię, każda intryguje, każda wzbudza zainteresowanie, powoduje, że czekamy na jakieś nowe szczegóły z ich życia. Nie są to postaci budzące jakąś szczególną sympatię, ale nie jest to z powodu sposobu, w jaki są zbudowane, tylko raczej z braku czasu. Powieść jest stosunkowo krótka – 230 stron. I chociaż sprawa kryminalna rozwija się powoli, to jednak całość czyta się świetnie i szybko – poświęciłam na nią może 6-8 godzin.

To jest właśnie przykład takiej prawie idealnej, „lekkiej” lektury. Chciałabym poświęcić tym postaciom więcej czasu, bardziej je polubić, ale przy czytaniu odpoczęłam po „ościach” Ignacego Karpowicza, które mimo wszystko – bo to dobrze napisana książka i na pewno są osoby, którym się spodoba – mnie trochę zmęczyły (i których z powodu przerwy w czytaniu recenzować nie będę – powieści obyczajowe jednak nie są dla mnie).

I taki ten „Chomik…” jest. Żeby odpocząć. Następnego dnia można się wziąć znowu za coś cięższego. Może za Lackberg?

„Hobbit: Pustkowie Smauga”

Drużyna złożona trzynastu krasnoludów, hobbita i czarodzieja kontynuuje swoją podróż do Samotnej Góry. Po drodze muszą pokonać kilka przeszkód, jak wrogość Leśnych Elfów, orki i smoka…

„Kontynuują” to słowo klucz. Film zaczyna się od środka, mianowicie od razu od pościgu, przez co sprawia wrażenie bycia wyciętym bezpośrednio z większej całości. Można się tego spodziewać, skoro to środkowa część filmowej trylogii na podstawie jednej książki, ale jednak zabrakło mi wprowadzenia.

Co poza tym? Mówi się, że film jest nudny. Otóż, proszę państwa, nie jest. Coś się dzieje cały czas, z koniecznymi dla oddechu przerwami. Są pościgi, walki, strzelanie z łuku, trochę dramatyzmu i próba wprowadzenia międzyrasowego romansu.

Jest też smok, mówiący bardzo mi znajomym, głębokim, brytyjskim barytonem. Benedict Cumberbatch w wywiadach co chwilę powtarza, że nie tylko podkładał głos, ale też robił motion capture dla Smauga. Owszem, smok mimikę miał. Na ile udało się odwzorować ruchy reszty ciała aktora, tego nie wiem. Dowiem się z dodatków na BluRay (tym razem zaczekam na wersję rozszerzoną). Jako głos Nekromanty był mniej rozpoznawalny.

Zdjęcia? Zapierają dech w piersiach. 3D absolutnie nieprzydatne w scenach walk, ale pszczółki latające przed nosem były ciekawym doświadczeniem. Jak zwykle piękne krajobrazy Nowej Zelandii, scenerie dodające klimat niepokoju i zagrożenia.

Aktorsko? Nie trawię Evangeline Lilly w roli nieistniejącej w książce elfki Tauriel. Może to dlatego, że jej postać nie pochodzi z „wysokiego” rodu, pozostałe elfy we wcześniejszych filmach nosiły się i mówiły bardziej po królewsku, więc może to stąd ten problem. Następnym razem się poprawię.

Absolutnie genialny jest Martin Freeman. Musiałabym powtórzyć sobie pierwszy film, żeby porównać, ale mam wrażenie, że z czasem coraz lepiej czuł się w tej roli. Gesty, sposób wypowiadania kwestii, wyraz twarzy, spojrzenie – jeśli jest na ekranie, nawet z taką konkurencją, jaką jest ogromny smok, nie można odwracać od niego wzroku, bo a nuż widelec coś się przegapi.

To nie jest wierna adaptacja książki. Część materiałów dodano z Silmarillionu i dodatków do „Powrotu króla” Tolkiena, część jest twórczością własną scenarzystów i reżysera. A wszystko po to, żeby ten dwuipółgodzinny film stanowił wypełniacz między początkiem historii, a jej końcem, bo właśnie największą rozpierduchę zostawiono na trzeci film.

I może z tego powodu z kina wyszłam z niedosytem. Niby fajnie, ale czegoś zabrakło.

7/10.

Do posłuchania

Z racji braku inspiracji do notki, potraktuję Was kawałkiem z pierwszej płyty Archiv(e)-istów.

Kiedyś „Londinium” nie lubiłam, głównie ze względu na to, że nie jestem wielką fanką trip-hopu, który na tym krążku grał dużą rolę. Później od niego odeszli, potem zaliczyli mały powrót do przeszłości, a ja najwyraźniej musiałam trochę dojrzeć.

Deszcz za oknem, kawałek pasujący klimatem.

Muzyczka

Archive wrzucałam tu już wcześniej. Za kilka miesięcy wypuszczają nową płytę, do której nakręcono film. W sumie to dziwne, że tak rzadko to się dzieje – ich muzyka jest bardzo ilustracyjna.

No to jest nowy kawałek do posłuchania. Powiem szczerze, nie mogę się doczekać, żeby dopaść cały album. Na pewno będzie klimatycznie.

Kosmita z poprzedniego wpisu

W wersji nadrabiający inteligencją dupek:

sherlock_2x02_5865

No kosmita. No jak nie jak tak?

Idę spać…