Archiwum blogu

Za co płacę w gabinecie?

Pacjentka weszła z problemem. Problem należało przepolerować gumką na kątnicy. Przy okazji zrobiłam przegląd. Czas wizyty – około 10 minut.

Skasowałam 30 zł.

„Tak mało zrobione i płacę 30 zł…”

Za mało panią skasowałam tak na dobrą sprawę, proszę pani. Samo pani wejście i posadzenie się na fotelu kosztowało nas te 30 zł.

Otwarty sterylny zestaw z narzędziami, które potem trzeba będzie umyć i ponownie wysterylizować. Gumka, też sterylna, do umycia. Fotel do przetarcia po pani wyjściu – do tego specjalistyczne środki czystości. Cholerna gaza czy chusteczka, którą się przeciera. Ślinociąg, kubek, serwetka w spluwaczce.

Płaca asystentki, która sprząta, myje, przeciera i sterylizuje.

Ja nie pracuję na godziny, ale to też mój czas.

Koszt wynajęcia i utrzymania gabinetu. Prąd zasilający unit i autoklaw. Woda do kubeczka.

Kredyty na sprzęt.

Moje 5 lat studiów i kolejne prawie 4, spędzone na dokształcaniu się.

Skąd na to pieniądze? Przecież nie z powietrza.

Następnym razem skasuję więcej.

Dorosnąć do bycia mężczyzną

[uwolniona od ryzyka ewentualnej promocji na gazeta.pl, liczę na to, że moi czytelnicy rzeczywiście umieją czytać ;) ]

Siada na fotelu zastrachany trzydziestokilkulatek. Ząbki do leczenia. Po rozmowie wstępnej pytam, czy chce znieczulenie.

Pacjent z westchnieniem stwierdza, że czas wreszcie dorosnąć, stać się mężczyzną i zacząć się leczyć bez znieczulenia…

„Ale tak to nie działa!” – protestuję żywo, acz z uśmiechem. „Znieczulenie o niczym nie świadczy.”

Znieczulenia ostatecznie nie podaję, ale informuję, że jeśli będzie trzeba, to zrobię odpowiedni zastrzyk w trakcie zabiegu.

Pacjent wytrzymuje. Nie widać na jego twarzy wielkiego cierpienia, nie podskakuje podczas opracowywania ubytku. Po wizycie zapowiada, że wróci na dalsze leczenie. Nie wiem, czy poczuł się bardziej mężczyzną.

Z tym znieczuleniem różnie bywa. Ja, jeśli wiem, że u mnie będzie coś robione na żywym zębie (leczony kanałowo miałam tylko jeden, pozostałe 30 – bo jeden był usunięty – jest żywe :>), to o znieczulenie proszę prawie że w drzwiach gabinetu. Wielu pacjentów tak samo. Albo na moje pytanie, czy znieczulić, stwierdzają, że nie ma innej opcji.

Innym pacjentom jest bez różnicy. Tacy zazwyczaj wcześniej leczyli się bez znieczulenia, często nie decydują się na zastrzyk i spokojnie przetrzymują cały zabieg.

Inni się pytają, czy będzie bolało. Nie wiem, czy będzie bolało. Jednych boli po pierwszym dotknięciu wiertłem (mój tata), u innych można się prawie dobić do komory miazgi i dopiero wtedy zaczną podskakiwać.

Inni bardziej nie lubią znieczulenia (zastrzyku czy późniejszego odrętwienia) od ewentualnego bólu przy zabiegu. Ci zazwyczaj też spokojnie siedzą przez całą wizytę na fotelu.

Ciężko bywa z niektórymi dziećmi, szczególnie, jeśli mam do czynienia z wielką dziurą w dolnej szóstce, wtedy trzeba znieczulić przewodowo, co dla nikogo nie jest przyjemne, dla dzieciaków zwłaszcza.

Ale nie rozumiem wstydu, kiedy ktoś prosi o znieczulenie. Obecne, bardzo dobrze działające środki to dla pacjentów – i dentystów też – często prawdziwe błogosławieństwo. Owszem, są sytuacje, że jest ono niepotrzebne (czy wręcz niewskazane), wtedy pacjentów o tym informuję i wyjaśniam powody, i nigdy nie byli na mnie źli za to, że nie znieczuliłam. Ale zgoda na ten mały zastrzyk to nie oznaka słabości czy niedojrzałości, a moje wykonanie tego zastrzyku to nie nieskończona łaska.

Apel dentysty

Ludzie kochani z bolącymi zębami.

Się zrymowało.

Jak Was ząb napieprza od kilku dni tak, że łykacie Ketonal czy inne radosne środki i planujecie wybrać się z tym bólem (wprawdzie przechodzącym na pigułach, ale – jak to stwierdziła mamusia opuchniętego dziecięcia, przyprowadzonego na fotel po tygodniu cierpień – „ileż można dawać leków przeciwbólowych”) do fachowca, czyli dentysty…

Teraz prośba zabrzmi brutalnie…

… to w dniu planowanej wizyty pocierpcie trochę i odstawcie piguły.

Serio serio.

Wasz ból to dla nas objaw. Ból przy ostukiwaniu zęba trzonkiem lusterka, gwałtowna reakcja lub jej brak na zmrożony chlorkiem etylu wacik to dla nas znak, co się dzieje. Jak jesteście na pigułach i ból jest przytłumiony, diagnostyka bywa trudniejsza.

Na RTG nie zawsze widać, który ząb jest przyczynowy dla bólu, chociaż prześwietlenie może pomóc (tylko jaki odsetek ludziów myśli o zrobieniu prześwietlenia przed wylądowaniem w gabinecie? „Zębówkę” można pstryknąć bez skierowania, czasem nawet „panoramę” się da, choć z tego co wiem, nie powinno). Ba, czasem nawet patrząc na uzębienie w ustach ciężko to stwierdzić, bo albo kilka zębów obok siebie jest w tragicznym stanie, a w tej chwili można zająć się tylko tym jednym winowajcą, albo wręcz nic nie widać, bo ząbki na przykład połatane, coś się ewentualnie dzieje pod plombą, tylko tego „z zewnątrz” nie da się stwierdzić.

Więc Was ładnie proszę i z góry dziękuję.

Wierność lekarzowi

Koleżanka z pracy miała problem, nagle jeden ząb zaczął jej reagować na gwałtowne zmiany temperatury. Poprosiła, żebym zerknęła, chociaż przyznała, że jest wierna swojemu dentyście i prędzej by ginekologa zmieniła.

Usiadła, zestresowana. Problem okazał się łatwy do rozwiązania: pęknięcie szkliwa wystarczyło przesmarować lakierem z fluorem, poza tym jedno małe wypełnienie należałoby wymienić.

No to posmarowałam ząb lakierem, osuszyłam, zabroniłam jeść przez pół godziny; koleżanka zeszła z fotela.

„To na kiedy mogłabym się zapisać?” – spytała.

„Przecież pani jest wierna swojemu lekarzowi” – odparłam z uśmiechem.

„Nieee, teraz to nie ma problemu. Najgorzej jest usiąść pierwszy raz.”

No. Tyle w temacie wierności ;)

Lenistwo

Za 10 dni zacznę 8 dni majówki. Z tych 8 dni 5 spędzę poza domem. Najpierw dwa dni będę się rozpieszczać w hotelu, potem dwa dni będę biegać po Warszawie.

Z dnia na dzień coraz bardziej nie chce mi się iść do pracy.

Żeby nie było, lubię swoją pracę. Nie oznacza to jednak, że nie mam prawa być nią zmęczona przed urlopem.


 

Ostatnio miałam małego pacjenta z mózgowym porażeniem dziecięcym, o czym dowiedziałam się właściwie od jego matki. Pacjent wszedł dzielnie do gabinetu, usiadł na fotelu, bardzo poważnie i dojrzale wytłumaczył, na czym polega problem. Problem został znieczulony powierzchniowo, (podobno przeraźliwie) gorzką lignokainą w sprayu. Pacjent wytrzymał chwilę tę gorycz, wypłukał usta, chwyciłam problem w kleszcze (ruchomy, mleczny ząb) i uwolniłam od niego pacjenta. Problem został zapakowany w torebkę do sterylizacji małych narzędzi i oddany pacjentowi na pamiątkę.

Pacjent wychodząc dziękował i żegnał się chyba ze trzy razy.

Miło mieć takich pacjentów.

Dwie prace są fajne

W pierwszej pracy – w przychodni stomatologicznej na dużej wsi, z kontraktem z NFZ – pracuję, odkąd skończyłam studia. Dostałam się tam na staż, pozwolono mi zostać po jego zakończeniu. Mam swoich pacjentów, czasami przychodzą nowi i mówią, że chcą wizytę u mnie, choć nigdy wcześniej u mnie nie byli i pracuje tam jeszcze czterech innych lekarzy (często pracuje trzech jednocześnie, mamy kilka stanowisk). Nie twierdzę, że jestem najlepsza, wręcz przeciwnie. Wielu rzeczy nie umiem, nie robię i się do tego otwarcie przyznaję. Ale najwyraźniej mam w sobie to coś, co powoduje, że ludzie chcą się u mnie leczyć. Zawsze jest to miłe.

W drugiej pracy pracuję niecały rok. Jeden z wielu gabinetów w niedużym mieście. Pacjenci wyłącznie prywatni. Szef doświadczony, lubiący bawić się w chirurgię stomatologiczną. Wymieniamy się stanowiskiem z szefem i jeszcze jednym lekarzem. Pracuję tam tylko 8 godzin tygodniowo i w jedną lub dwie soboty w miesiącu. Gabinet – chociaż wspomniana przychodnia umożliwia wysoką jakość usług – wyposażony w rzeczy, których w pierwszej pracy nie ma.

Ostatnio zauważyłam, że przenoszę doświadczenia z jednej pracy do drugiej. Czy raczej z drugiej do pierwszej. Widzę, że się uczę. Podnoszę wymagania wobec siebie. Stwierdzam na głos, że w przychodni coś by się przydało, po udostępnieniu zaczynam tego używać.

Taka nauka sprawia mi radość. To dobre doświadczenie. Lubię się uczyć i nie sprawia mi to przykrości. Czasami dobrze jest wyjść ze swojego bezpiecznego boksu i spróbować czegoś nowego, popatrzeć, posłuchać, podyskutować.

Lubię swoją pracę. Nie brzydzę się grzebać ludziom w zębach. Wybór tego zawodu był chyba jednym z najlepszych wyborów życiowych, do którego kiedykolwiek mnie popchnięto.

(bo sama nie wpadłam na to, żeby pójść na stomę. Rodzina podpowiedziała)

Inwestowanie w siebie

Czasami trzeba.

Są rzeczy, na które szkoda wydawać mi kasy. Cudowne pakiety „darmowych” minut od sieci komórkowej na przykład w ogóle do mnie nie przemawiają (bardzo rzadko do kogoś dzwonię). Ostatnio nie dałam sobie wcisnąć tabletu z równie cudownym abonamentem na internet. Na ciuchy nie lubię wydawać kasy. Spodnie za ponad stówę mogę zrozumieć, ale sweterek za 70 zł wzwyż nie znajduje u mnie zrozumienia. Butów nie zbieram. Już wolę torebki. Uważam, że długie płaszcze są piękne i chciałabym taki mieć, ale porządny płaszcz kosztuje kilka stów, więc mam swoją płaszczokurteczkę, które też jest piękna, a kosztowała nieco mniej. Nawet mój tata ją niegdyś na głos pochwalił.

Kasę wydaję na elektronikę i pochodne (mam wrażenie, że wygląd mam po mamusi – czy raczej po mamusi mamusi – ale charakter i upodobania trochę po tatusiu). Mniejsze zakupy robię impulsywnie, często wpadam po drodze skądś do MediaMarkt albo Empiku i wychodzę z filmem na BluRay, zazwyczaj takim, który dobrze już znam. Większe zakupy zazwyczaj poprzedza badanie rynku ;). Nie uważam się za zakupoholiczkę, znam zawartość swojego portfela i wiem, na ile mogę sobie pozwolić.

To są jednak drobne przyjemności.

Koleżanka ze studiów, doświadczona zawodowo technik dentystyczna, mówiła, że co roku funduje sobie masaż. Ostatnio to wspomnienie chodziło za mną częściej, kiedy podczas wykonywania jakiegoś zabiegu w wybitnie nieergonomicznej pozycji poczułam, że moje plecy mają powoli dość.

Generalnie czuję, że mam wiecznie napięte mięśnie. Ciężko jest mi całkowicie się rozluźnić. Nie mam wprawdzie szczękościsku, ale czasami czuję się zwyczajnie spięta.

Dzisiaj zatem w przerwie między jedną zmianą a drugą poszłam do przychodni z gabinetem rehabilitacji (po drugiej stronie ulicy od mojego miejsca pracy) i zamówiłam sobie cykl sześciu masaży caluteńkich plecków (powinnam 10, ale nie udałoby się tego pogodzić godzinowo, a z pracy wolałabym nie wychodzić). Pani masażystka podobno jest bardzo skuteczna. Zobaczymy, co uda jej się u mnie zdziałać. Początek 17 lutego, po trzy dni pod rząd przez 2 tygodnie.

I to jest inwestowanie w siebie. A nie tam jakieś drobne przyjemności.

Poniedziałek, trzynastego.

Ser żółty mi się zepsuł. Bez sera żółtego nie jestem w stanie żyć. Ser żółty na chlebie, majonezie i posmarowany keczupem to moja podstawa żywieniowa. No ale się zepsuł. Zjadłam pół kromki chleba zamiast całej (te pół, na którym nie miałam sera).

Kot rzygnął na podłogę.

Podczas mojego wrzucania postów nie tutaj, został wyłączony prąd.

Ponieważ było ciemno, wlazłam oskarpetkowaną nogą we wspomniane, kocie rzygi.

Wyszłam za późno z mieszkania. Musiałam wszak przebrać skarpetki i zetrzeć kocie rzygi z podłogi.

Śmieciara zastawiła mi wyjazd z parkingu. Kierowca po otrzymaniu sygnału, że ma się ruszyć, czekał sobie jeszcze kilka minutek, zanim to uczynił. Wśród śmieciarzy będą krążyć legendy o przeklinającej („żesz w mordę kopany” i „no k***a mać, rusz się!” pod nosem lub w zamkniętej kabinie samochodu, ale krzykiem, więc pewnie słyszalnie w jakimś stopniu) kierowniczce Złomka.

Od rana napitalał mnie łeb. Dwie piguły Apapu nie pomogły. W środku dnia okazało się, że zwyczajnie mam za niskie ciśnienie. Mimo wypicia na przerwie porządnej kawy z ekspresu, ból nie przeszedł do końca.

Ale pacjenci się zachowywali porządnie. Wszystkie ekstrakcje ząbków (były trzy) przeszły wprawdzie z mocowaniem się, ale bez powikłań. Nawet usuwanie trzykorzeniowej, górnej czwórki.

I pan placowy na stacji benzynowej umył mi wszystkie szyby w Złomku, jak płaciłam za tankowanie w drodze z pracy do domu.

Teraz tylko muszę dokończyć trzecią serię „Sherlocka”, przeżyć to i można zbierać siły na kolejne 10 godzin w pracy jutro.

Dziecięcia mądrzejsze od rodziców

Dziecię płci męskiej, lat 8. Opuchło. Podobno pierwszy raz na fotelu (jak słyszę coś takiego, to mi się lampka ostrzegająca przed gruzem włącza).

Mamusia zadbana, dobrze ubrana, ładny makijaż. Dziecię też zadbane, z wyjątkiem tej nieco późnej inicjacji dentystycznej.

Dzieci generalnie leczyć nie lubię ze względu na ich nieprzewidywalność. Zazwyczaj zaczynam tak samo, dziecię siada, ja siadam, zakładam rękawiczki i maseczkę, podnoszę fotel. Włączam lampę, chwytam lusterko, pokazuję dziecięciu, informuję, że obejrzę sobie ząbki. Często ten etap jest wyznacznikiem dalszej współpracy – jeśli pacjent od razu zacznie protestować, to lekko nie będzie. Ale nie zawsze, pozory mylą. Tym razem uzyskuję pełen widok mieszanego – mleczno-stałego – garnituru uzębienia.

Znajduję sprawcę opuchlizny. Mleczak z dziurą. Chwytam badyla (zgłębnik), grzebię trochę w dziurze, pytam, czy dokuczam. Nie dokuczam. Wypływa trochę ropy. Opisując czynności montuję wiertło na turbinie, informuję, że będzie „piszczeć, dmuchać, lać wodą i wyganiać brudy z zęba”, prezentuję owo piszczenie i lanie wodą, pokazuję ślinociąg, który tę powódź z buzi będzie wyciągał, proszę o szerokie otwarcie paszczy.

Poszerzenie dziury przebiega bez zbędnych efektów dźwiękowych i innych specjalnych. Wypływa trochę więcej ropy. Na pytanie asystentki dziecię potwierdza, że jest lepiej. Umawiamy się na ekstrakcję za kilka dni.

Na koniec wizyty okazuje się, że to dziecię chciało przyjść do dentysty. Mamusia by sobie darowała, skoro ropa zaczęła schodzić.

Mamusia wyraźnie bardziej spanikowana od dziecięcia, który podszedł do całej sprawy z dziecięcą ciekawością i niczym więcej. Owszem, mama musiała być blisko, ale nie trzeba go było nawet za rękę trzymać.

Zalecenia dostali oboje – mama ode mnie, dziecię od asystentki. Podobno do kwestii wydłubywania sobie z dziury resztek jedzenia podeszło bardzo poważnie.

Wszystko przebiegło fajnie, bez problemu, chociaż postawa mamuśki z łatwością mogła spowodować, że miałybyśmy zdarte bębenki bez względu na to, co bym dziecięciu robiła. No bo jak mama się boi, to pewnie jest strasznie. A nie było.

I mam nadzieję, że nie będzie.

Zapitolnik

Jesteśmy jednym z zapewne nielicznych ZOZów (wiem, że z definicji taki twór już nie istnieje, ale chyba wszyscy wiedzą, o co chodzi) w Polsce, który pod koniec roku ma zapas punktów kontraktowych. Zatem zapierdzielamy i nie mamy czasu na nic. Ja to jeszcze, gorzej ma Pierwszy Szef, za którym aż się kurzy, tak zapitala. A w drugiej pracy cisza i spokój, większość pacjentów przychodzi, nie ma ciśnienia. Bo gabinet prywatny.

Łopatki do śniegu nadal nie mam. Nie szkodzi, śnieg chwilowo stopniał.

Rodzinie wrócono prąd w niedzielę po południu, po 44 godzinach. Cała piątka (rodzice i siostra z dwójką dzieci) zaliczyła przedtem wizytę u mnie celem wykąpania się i naładowania rozładowanych baterii. I obejrzenia TV. Ponieważ mój telefon miał kryzys, nie odebrał wysyłanych ostrzeżeń, więc nalot był „z bomby”. Wszyscy przeżyliśmy, ja się załapałam na darmowy obiad z knajpy, rodzice zobaczyli, jak mieszkam, kiedy nie mam motywacji do sprzątania.

Dzisiaj zrobiłam duże zamówienie prezentowe w Internecie. Chyba trzy rzeczy mają do mnie dojść Pocztą Polską (jedna) lub InPostem (dwie). Trzymamy kciuki za pracowników tych dwóch zacnych firm, cobym mogła odebrać swoje paczki do 24 grudnia.

Reszta jest już albo kupiona (dwie sztuki), albo zamówiona w sklepie Empik.com z dostawą do salonu (nie pamiętam, ile, tak czy siak większość). Jedną rzecz zaplanowałam kupić analogowo, co się załatwi w przyszłym tygodniu. Tym samym polowanie na prezenty załatwiłam w ciągu góra godziny. Będzie więcej, jeśli się okaże, że 23 grudnia równie analogowo będę musiała upolować to wszystko, co szło pocztą. Squee.