Archiwum blogu

Przedpracowo

Założyłam sobie konto na chomikuj.pl. Przyszedł do mnie email „Witamy Chomika k.!”

Momentalnie nabrałam ochoty na powrót do gryzoniowej przeszłości. Miałam już myszki i chomiki (te drugie nie do końca fajne), mogłabym mieć szczurka.

Jest tylko jedno duże ale.

Właściwie dwa. Futrzaste, ogoniaste, miauczące dwa „ale”.

Moje koty miałyby takie kino, że gryzonia aż żal.

Więc ze szczurka chyba nici.

Poza tym, cała moja październikowa wypłata się rozejdzie, więc nie mam kasy.

Świetny i uniwersalny argument przeciwko robieniu takich niepotrzebnych rzeczy :).

Tak jeszcze o komputerze…

O tatusiowym zapale w kupowaniu elektroniki powiedziałam z uśmiechem mamie. Przyznałam się do myślenia o zakupie nowego kompa.

Nie powiedziała nic w stylu „a po co ci, ten przecież działa, nie szkoda kasy?”.

To chyba jeden z elementów traktowania mnie jak dorosłą osobę (którą się nie do końca czuję). Przestali mnie gnać do spania o 22 (sami chodzą spać o tej porze, tata wcześnie wstaje do pracy), więc może mojej wypłacie też dadzą spokój. Mam podejmować samodzielne decyzje i być gotowa na konsekwencje.

Kasy może trochę szkoda. Zobaczymy, jak się to wszystko ułoży.

Jedno wiem na pewno. Pierwsze, co zrobię po otrzymaniu już niestażowej, a normalnej pracowej wypłaty, to zacznę się intensywnie interesować mieszkaniami na sprzedaż i kredytem.

Nieprzespana noc

Kaloryfer szumi, a nie mogę go zakręcić, bo coś jest nie tak z zaworem, kaszel mnie męczy coraz intensywniej, gardło boli… Ale gorączki nie mam. Sama już nie wiem, co zrobić. Podobno mało nasilone objawy choroby na początek świadczą o zakażeniu bakteryjnym. Matula łyka jakiś uratowany skądś Duomox i zaczynam się zastanawiać, czy nie pójść w jej ślady. Choróbsko tli się we mnie od poniedziałku i jest coraz gorzej.

Dzisiaj w sumie tylko 3 godziny w pracy, pacjentów pewnie znowu nie będzie.

Sprawdziłam wczoraj podręczniki na LDEP. Egzamin dopiero w lutym, ale już zaczynam się bać…

Marzenia bardziej przyziemne

Chociaż własne gniazdko jest, jak najbardziej, rzeczą prędzej czy później osiągalną, to jednak czasem odzywa się chęć na posiadanie czegoś bardziej dostępnego.

Nowy laaaaptooop…

Obecnie posiadam komputer odziedziczony po mamusi, kiedy mój poprzedni laptop raczył umrzeć. Mamusia przesiadła się na malusiego netbooka, swój toporny notebook przekazując mi (komputer był mi niezbędny do egzystencji na uczelni). Jest to jednak sprzęt sprzed bodajże ośmiu lat (brak wbudowanej karty do sieci bezprzewodowych, USB archaiczny model, prędkość nagrywania płyt wynosi 1x i tego typu sprawy), mimo to parametry (procesor) ma całkiem niezłe, ale, kurna, czasami mnie wkurza.

Jak dziś, kiedy czytnik DVD odmówił odtworzenia płyty z materiałami ze studiów. Chciałam się ambitnie podszkolić z dziecięcej, a tu guzik.

W sumie 4 miechy solidnego oszczędzania (licząc wypłatę na ok. 1500 zł na rękę, 500 chcę przeznaczyć na ratę za samochód, 500 na konto oszczędnościowe, a reszta na wydatki bieżące – głównie benzyna i ciuchy ;) ) i coś by się kupiło. Widziałam w ofercie Vobis fajną Toshibę za bardzo niecałe 2 tysiące (dokładnie 1999 zł ;) ).

Ciekawe, kto by jednak przeżył te 4 miesiące. Czy chęć zakupu się utrzyma? Czy komputer przeżyje jeszcze tyle? Czy jednak nie wymyślę czegoś innego? Czy nie pożałuję tej kasy i nie zostawię jej w spokoju na rzecz jakiejś lodówki i pralki w przyszłości (zakładając, że do tych dwóch tysięcy dojdą kolejne)?

Wasza dzielna reporterka na pewno będzie Wam donosić o kolejnych zmianach na marzeniowym placu boju! ;)

Chociaż pewnie stanie na ostatniej opcji…

PS.: Z sytuacji z nieodtworzoną płytą musiał mnie ratować Rodziciel: skopiował zawartość płyty przez naszą sieć domową na mój komputer. Potem przyszedł do mojego pokoju i mówił, jaki fajny komputer tanio kupili na Allegro do firmy. Ja nic jeszcze o krążących po moim łbie myślach zakupowych nie mówiłam. Rodziciel jest pierwszy do kupowania elektroniki dowolnego rodzaju ;).

Kocie pytanie

Czy wszystkie koty z umaszczeniem typu „krówka” (białe w czarne łaty) mają czarne ogony?

Pytanie swe opieram na czterech przykładach:

1. nieznajomy, działkowy (?) Bolek z tej notki na tym blogu (ach, szczęśliwi ci, co posiadają Main Coona – tzw. miaukuna. Mojej matuli się marzy, ale hodowcy biorą ze 2 tysiące);

2. znajoma, niestety już za Tęczowym Mostem Milka zwana przeze mnie Kurczaczkiem (właścicielka dobrze karmiła, nie żadnym Whiskasem, więc Kurczaczek miał sierść jak… no cóż. Jak pióra kurczaczka :) );

3. znajoma Milusia zwana Wredną Miaupą;

4. znajomy kociak o imieniu Mietek zwany Terkotkiem, na tym zdjęciu z burą siostrą, Helenką (Terkotką), tutaj sam od frontu.

Ogólnie koty uwielbiam (bardziej od psów) i jak wyfrunę na swoje, wezmę sobie jakiegoś. Nie musi być rasowy czy biały w czarne łaty…

Muzycznie

Nie wiem, czego, zgodnie z jakimiś odgórnymi ustaleniami lub stereotypami, powinny słuchać 24-letnie dentystki. Egzemplarz niżej podpisany słucha głównie rocka progresywnego, trochę gotyku, trochę elektroniki, czasem zahaczając o łagodniejsze nuty w porywach do Anny Marii Jopek, Turnaua i muzyki filmowej (z Hansem Zimmerem na czele), z nieco osłabionym już upodobaniem do Mike’a Oldfielda, którego nadal uważam za geniusza. W tej chwili akurat słucham Archive, które może być znane słuchaczom Trójki i Eski Rock. Karierę w Polsce ten brytyjski zespół (a właściwie kolektyw, jak sami się nazywają – po paru zmianach składowych w tej chwili liczy sobie 9 osób, w tym 4 wokalistów) zaczął właśnie od radiowej Trójki i promocji tamże ich najlepszego krążka „You all look the same to me”. Czy tytuł „Again” coś mówi? Tak czy siak, nie jestem w ich muzyce zakochana bezkrytycznie: pierwszy krążek, trip-hopowy, w gruncie rzeczy omijam, poza dwoma instrumentalnymi utworami (dop. 2014 – jak się człowiekowi gusta zmieniają przez 4 lata… W tej chwili wspomniany album, „Londinium”, uważam za jeden z najlepszych). Tak samo 5 utworów z ich podwójnej płyty „Controlling Crowds”, które były powrotem do korzeni. Ale poza tym słucha się ich przyjemnie.

Tylko dlaczego na chyba wszystkich płytach przewija się od czasu do czasu ich najwyraźniej ulubiony układ rytmiczny (czy jak to się nazywa)? Dwa szybkie uderzenia, jedno, znowu dwa szybkie (szybsze od poprzednich) i znowu jedno. Wyraźnie to słychać na przykład tutaj (pomijając fakt, że to jeden z fajniejszych kawałków).

Teraz pytanie: czy taki charakterystyczny element może być uważany za wadę ich twórczości (poza tym, że nie są do końca zdecydowani tak naprawdę, jaką muzykę chcą grać) czy po prostu znak rozpoznawczy?

Ale zespół nadal fajny. Jak nie grają trip-hopu ;)

Miłe popołudnie

Musiałam pojechać do Izby Lekarskiej oddać kopię decyzji o nadaniu NIPu, której podczas składania papierów na staż jeszcze nie miałam. Ponieważ taki wypad do Gdańska dla mnie stanowi większą wyprawę, w drodze powrotnej postanowiłam skorzystać z możliwości całodobowego biletu na SKM i zrobić przerwę w podróży: na kawę. Samej mniej fajnie niż w towarzystwie, więc wysłałam SMSa do koleżanki z byłego już roku. Po chwili spotkałyśmy się na stacji i ruszyłyśmy do jedynej w okolicy kawiarni. Tam nad pysznym latte podyskutowałyśmy o życiu, związkach, kotach, teściowych, mieszkaniach, pracy, perspektywach na przyszłość…

Po kawie spacer i kontynuacja dysput. Rozstałyśmy się po chyba 1,5 godziny, wygadane i w świetnych nastrojach.

Po drodze załatwiłam kilka spraw i usatysfakcjonowana wróciłam do domu. Tam intensywnie interesująca się psychologią rodzicielka pochwaliła mój spontaniczny przecież pomysł z kawą. „O to chodzi” – rzekła. „Uczysz się.” „Czego, korzystać z życia?” – spytałam. „Dokładnie.”

Nad biurkiem mam przypiętą karteczkę z napisem nakreślonym ręką rodzicielki: „Życie to nie problem do rozwiązania, lecz przygoda do przeżycia.” Jakże inne byłoby życie wielu osób, gdyby tak od czasu do czasu wykręciły numer do koleżanki, znajomej, przyjaciółki i zrobiły wypad na kawę. Ile kobiet byłoby choć troszkę szczęśliwszych, gdyby nie widziały tylko smutku i obowiązków, a zdobyły się na odrobinę przyjemności. Moja kawa z koleżanką nikomu nie zrobiła krzywdy, wręcz przeciwnie: my poczułyśmy się miło, kawiarnia zarobiła 18 złotych ;). Możemy w lepszych nastrojach rozpoczynać staż.

Cudna pogoda

Dużo czasu na różniste rozmyślania, więc notka też będzie chaotyczna. Koniec z kreowaniem wizerunku spokojnej dentystki.

Rodzicielka sprowadziła sobie koleżankę. Siedzą i plotkują. Też o mnie. Akustykę w domu mam genialną – na parterze słychać, jak ktoś kręci się po dalekim kącie piwnicy. Trup jakiś czy inna mysz. Plotki w innej części domu to żadna tajemnica.

[Phi tam, mysz – której nie mamy – w piwnicy. Na strychu miewaliśmy nietoperze! A ostatnio wleciał wróbelek. Otworzyliśmy okno i wyleciał.
Nevermind.
Tak poważnie, nie jest tak źle z tą akustyką. Przy zamkniętych 3 parach drzwi między pokojami, słychać tylko głośny śmiech ;)]

Te wszystkie plotki sprowadziły się do nakreślenia moich priorytetów życiowych, oczywiście nie przeze mnie. Porządne zdanie LDEPu, po drodze jakiś mężczyzna, potem zaliczenie egzaminu językowego, w międzyczasie specjalizacja. Single podobno żyją krócej od niesingli. Fakt, jak coś się stanie [osobie w związku – przyp. aut.], ma przynajmniej kto zadzwonić po karetkę… A mnie się to moje własne M zaczęło marzyć jeszcze intensywniej.

Do LDEPu zacznę się uczyć, jak zarobię na książki i materiały. Co do języka, moja angielska pasja (o której może kiedyś napiszę więcej) dźga mnie kijaszkiem, cobym w jakiś dzień z dodatkowymi 700 złotymi w portfelu zdała egzamin na poziomie Advanced (czyli wyżej od FCE). Do tego trzeba się uczyć, co mam zamiar uczynić, w przerwie od poznawania podstaw hiszpańskiego. Może kiedyś. Dużo tych marzeń do spełnienia.

Zaś odnośnie mężczyzny, rodzeństwo kiedyś wymyśliło, żebym utworzyła gniazdko pseudorodzinne z moim bliskim, acz niezdecydowanym życiowo znajomym płci męskiej. Znajomy sobie wegetuje w stopniu podobnym do mojego, aczkolwiek ja prowadzę swoją karierę zgodnie z wykształceniem ;). Zamysł był taki, że jeśli nie znajdziemy innych partnerów do któregoś-tam roku życia, powinniśmy się pobrać i stworzyć związek małżeński „przez zasiedzenie”.

Jeśli mój znajomy to czyta (w co wątpię), niech się nie martwi, bo pomysł dowcipny, ale nie mam zamiaru go realizować ;).

Czyli ogólnie: z lekka stuknięta, samotna dentystka szuka rozwiązania dla swoich licznych problemów ;).

[EDIT przy przenoszeniu 26.5.2014 – fragment o związku przez zasiedzenie jest w tej chwili o tyle zabawny, że ze wspomnianym znajomym dwa lata dzieliłam „status związku” nieco bliższy, niż „znajomi”. Związek rozszedł się po kościach. Do egzaminu językowego nie próbowałam nawet podejść, do tej pory nie zaczęłam się też uczyć hiszpańskiego. Co jest akurat przykre.]

Poważny błąd taktyczny

Załatwiać usunięcie niebezpiecznego pieprzyka (prawidłowo: znamię barwnikowe) tuż przy końcu wakacji, kiedy miało się na to 3 miesiące. Niniejszym przed rozpoczęciem stażu muszę planować już jeden dzień na zwolnienie lekarskie. A pieprzola pozbyć się w końcu muszę, bo mnie stresuje, a jak już rozwinie się czerniak, to będzie marnie. Kilka lat temu zdrapałam sobie paskudę (niezbyt skutecznie, bo odrosła), po latach z onkologią na studiach coraz bardziej się o siebie trzęsę. Chociaż nie palę i alkoholu też za dużo nie piję. Ale w rozwoju czerniaka złośliwego nie ma to znaczenia.

Swoją drogą, mam fajnego dermatologa. I pamięta (po półtora roku nieobecności), i zagada, zapyta, wyjaśni, upewni się, że wszystko jasne, wszystko z uśmiechem na twarzy, pełna kultura. Nawet tańszą aptekę zaproponuje, obieca, że zadzwoni w sprawie ewentualnego terminu do usunięcia wspomnianego pieprzyka.

Przy okazji dowiedziałam się o ciekawych praktykach NFZ. Refundują tylko usunięcie znamion wrodzonych, które w gruncie rzeczy są mniej niebezpieczne (jeżeli chodzi o ryzyko rozwoju czerniaka) od tych nabytych. A hist-pat materiału dermatologicznego jest dozwolony (znaczy refundowany) tylko jeden na kartę. A ja mam 2 pieprzyki, które chciałabym usunąć, i co teraz?

Marzenia

Zaczęłam marzyć o własnym mieszkaniu.

Malutkim. Około 30-33 metrów, 2 pokoje, w tym jeden z aneksem kuchennym, łazienka. Urządzone nowocześnie i praktycznie. Bez ogródka, balkon wystarczy. Z ogródkiem za dużo zachodu, trawy kosić nie lubię, grzebać w ziemi tym bardziej. Z drugiej strony basen latem byłby całkiem przyjemny…

Nie na szczycie świata. Pierwsze, drugie piętro.

Jasne i przyjazne. Ciche.

Blisko do sklepu, żeby można było szybko wyskoczyć, gdy czegoś zabraknie.

Z kotem o ludzkim imieniu (byłoby dowcipnie w relacjach, co też Maciek albo Agata znowu wyprawiali ;) ), pałętającym się pod nogami i roznoszącym żwirek z kuwety po całej podłodze.

Jakie mam na to szanse, mieszkając i zarabiając sama? Na początek te marne 2007 zł brutto?

W sumie początek niezły, nie ma co narzekać. Z rodzicami mieszka się fajnie, ale w tym roku już nie wywiozę pewnej części majątku na stancję, by z tygodniówką od rodziców jakoś iść przez studenckie życie, robić to, na co ma się ochotę, choćby nie wiadomo, jak mało wyszukane były moje potrzeby. Trochę wolności już posmakowałam, zaś teraz, kiedy zacznę zarabiać swoje własne pieniądze, swoboda – i obowiązki, nie łudzę się – dorosłego życia zaczynają wołać coraz głośniej.

Trochę to wszystko rozpalają moi właśni rodzice. Aż zaczęli szukać ciekawych ofert u lokalnego dewelopera, choć oficjalnie nie wyganiają mnie z domu. Kilka przyjemnych mieszkań by się znalazło.

Ale na to muszę mieć kredyt. Muszę zarabiać jakieś rozsądne pieniądze.

A marzenia po to są, żeby były i żeby je spełniać. Zatrudnić się po stażu w jakiejś fajnej przychodni, pracować na półtora etatu, oszczędzić i kupić sobie to małe mieszkanko.

Mogę się Wam do czegoś przyznać? Nie poszłam na stomatologię, bo czułam powołanie. Poszłam na stomatologię, bo to zawód z przyszłością. Z czasem przekonałam się, że może też być ciekawy i przynosić sporo satysfakcji. Pewnie przyszłość nieco zrewiduje moje świeże i pachnące studiami poglądy, ale mam szczerą i dość dobrze podpartą nadzieję, że niedługo będę się cieszyć z urządzania mojego własnego, małego mieszkanka.

Samochód już mam. Jedno duże marzenie skreślone z listy…

PS.: Takie notki osobiste też tu będą.