Archiwum blogu

Poważny błąd taktyczny

Załatwiać usunięcie niebezpiecznego pieprzyka (prawidłowo: znamię barwnikowe) tuż przy końcu wakacji, kiedy miało się na to 3 miesiące. Niniejszym przed rozpoczęciem stażu muszę planować już jeden dzień na zwolnienie lekarskie. A pieprzola pozbyć się w końcu muszę, bo mnie stresuje, a jak już rozwinie się czerniak, to będzie marnie. Kilka lat temu zdrapałam sobie paskudę (niezbyt skutecznie, bo odrosła), po latach z onkologią na studiach coraz bardziej się o siebie trzęsę. Chociaż nie palę i alkoholu też za dużo nie piję. Ale w rozwoju czerniaka złośliwego nie ma to znaczenia.

Swoją drogą, mam fajnego dermatologa. I pamięta (po półtora roku nieobecności), i zagada, zapyta, wyjaśni, upewni się, że wszystko jasne, wszystko z uśmiechem na twarzy, pełna kultura. Nawet tańszą aptekę zaproponuje, obieca, że zadzwoni w sprawie ewentualnego terminu do usunięcia wspomnianego pieprzyka.

Przy okazji dowiedziałam się o ciekawych praktykach NFZ. Refundują tylko usunięcie znamion wrodzonych, które w gruncie rzeczy są mniej niebezpieczne (jeżeli chodzi o ryzyko rozwoju czerniaka) od tych nabytych. A hist-pat materiału dermatologicznego jest dozwolony (znaczy refundowany) tylko jeden na kartę. A ja mam 2 pieprzyki, które chciałabym usunąć, i co teraz?

Marzenia

Zaczęłam marzyć o własnym mieszkaniu.

Malutkim. Około 30-33 metrów, 2 pokoje, w tym jeden z aneksem kuchennym, łazienka. Urządzone nowocześnie i praktycznie. Bez ogródka, balkon wystarczy. Z ogródkiem za dużo zachodu, trawy kosić nie lubię, grzebać w ziemi tym bardziej. Z drugiej strony basen latem byłby całkiem przyjemny…

Nie na szczycie świata. Pierwsze, drugie piętro.

Jasne i przyjazne. Ciche.

Blisko do sklepu, żeby można było szybko wyskoczyć, gdy czegoś zabraknie.

Z kotem o ludzkim imieniu (byłoby dowcipnie w relacjach, co też Maciek albo Agata znowu wyprawiali ;) ), pałętającym się pod nogami i roznoszącym żwirek z kuwety po całej podłodze.

Jakie mam na to szanse, mieszkając i zarabiając sama? Na początek te marne 2007 zł brutto?

W sumie początek niezły, nie ma co narzekać. Z rodzicami mieszka się fajnie, ale w tym roku już nie wywiozę pewnej części majątku na stancję, by z tygodniówką od rodziców jakoś iść przez studenckie życie, robić to, na co ma się ochotę, choćby nie wiadomo, jak mało wyszukane były moje potrzeby. Trochę wolności już posmakowałam, zaś teraz, kiedy zacznę zarabiać swoje własne pieniądze, swoboda – i obowiązki, nie łudzę się – dorosłego życia zaczynają wołać coraz głośniej.

Trochę to wszystko rozpalają moi właśni rodzice. Aż zaczęli szukać ciekawych ofert u lokalnego dewelopera, choć oficjalnie nie wyganiają mnie z domu. Kilka przyjemnych mieszkań by się znalazło.

Ale na to muszę mieć kredyt. Muszę zarabiać jakieś rozsądne pieniądze.

A marzenia po to są, żeby były i żeby je spełniać. Zatrudnić się po stażu w jakiejś fajnej przychodni, pracować na półtora etatu, oszczędzić i kupić sobie to małe mieszkanko.

Mogę się Wam do czegoś przyznać? Nie poszłam na stomatologię, bo czułam powołanie. Poszłam na stomatologię, bo to zawód z przyszłością. Z czasem przekonałam się, że może też być ciekawy i przynosić sporo satysfakcji. Pewnie przyszłość nieco zrewiduje moje świeże i pachnące studiami poglądy, ale mam szczerą i dość dobrze podpartą nadzieję, że niedługo będę się cieszyć z urządzania mojego własnego, małego mieszkanka.

Samochód już mam. Jedno duże marzenie skreślone z listy…

PS.: Takie notki osobiste też tu będą.

Załatw staż!

A nuż widelec kogoś to ciekawi.

Wspomniane wcześniej podania itp. to nie wszystkie dokumenty, które trzeba zanieść do Izby Lekarskiej. Na stronie gdańskiej OIL był cały wykaz wymaganych papierów. W tym zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia, co ma wiele sensu, z racji przeprowadzania badań już po zatrudnieniu przez przychodnię czy gabinet – trzeba je załatwiać samemu. Jeśli ktoś nie chce dać w łapę lekarzowi medycyny pracy, płaci za RTG płuc i badania krwi z własnej kieszeni (kiedyś pożałuję przez tę moją przeklętą uczciwosć).

Miejsca stażowe wybiera się z listy, również opublikowanej na stronie. Do podania wybiera się 2-3. Jest to jedyny „konkurs świadectw” – miejsce przydzielają na podstawie średniej ze studiów. O miejsce pracy nie ma się co martwić, ponieważ Izba i tak zawsze gdzieś umieści.

Kiedy już wiemy, gdzie będziemy pracować (wyniki również są publikowane w internecie), jedziemy do Izby po papiery. Odbieramy ograniczone prawo wykonywania zawodu, program i kartę stażu, Kodeks Etyki Lekarskiej i Indeks Doskonalenia Zawodowego Lekarza Dentysty. Dentysta doszkalać się musi i powinien to czynić z zapałem większym, niż na studiach ;). Z tymi papierami (oprócz dwóch ostatnich) jedziemy do wyznaczonego nam miejsca stażowego. Zostanie nam wyznaczony koordynator stażu, który w gruncie rzeczy zajmuje się wszystkimi sprawami.

Staż jest płatny. Nie wiem, ile, ale gdybym wiedziała, to bym pewnie nie powiedziała ;).*

Tak to w gruncie rzeczy wyglądało w moim przypadku. W przyszłym tygodniu muszę jeszcze zrobić badania sanepidowskie (RTG płuc, badania krwi i moczu już mam i nie muszę ich powtarzać).

Strasznie nie jest, ale się człowiek nabiega. :)

* w 2010 roku pensja stażysty wynosiła 2007 zł brutto, czyli ok. 1400 zł na rękę. [przyp. aut., 2014]

Tak gwoli informacji

Żeby blog nie pokrył się kurzem do zwiększenia częstotliwości notek od października:

Tytuł bloga ma niewiele wspólnego z zapowiadanym przeze mnie podpisywaniem się literką k. Właściwie początkowo nie miał NIC wspólnego, dopiero potem skojarzyłam, że internetowy nick, którego czasem używam, pokrył się przypadkowo z już użytą nazwą.

Może się kojarzyć z kultowym serialem sci-fi (którego nie oglądałam, nie moje klimaty)? Może. Ale ten pomysł to tym razem strzał kompletnie chybiony.

K-file to nazwa jednego z narzędzi kanałowych. Czyli „igiełek” bądź „śrubokręcików” (w zależności od preferencji), którymi dentysta grzebie w zębie zazwyczaj po dłuższym okresie wzmożonego bólu. Po polsku się to zwie pilnik Kerra. Pierwotnie to jego zdjęcie miało oddzielać od siebie notki, tyle, że po obróbce wyszło z tego niewiadomoco.

Ale możemy pozostać przy dwuznaczności, jaką daje nam użycie języka angielskiego. Może to być blog z pilnikami Kerra w roli głównej, mogą to też być „akta k.”

Hope you enjoy, anyway ;)

Jak zostać dentystą?

Należy zdać maturę na poziomie rozszerzonym z wymaganych przez uczelnię przedmiotów: obecnie jest to zazwyczaj biologia i chemia.

Należy napisać ją na tyle dobrze, by dostać się na kierunek stomatologia na jakimś uniwersytecie medycznym.

Należy przejść przez 5 lat studiów, które do prostych nie należą.

Należy zdać sesję dyplomową, czyli letnią egzaminacyjną po 5 roku.

Nie trzeba pisać pracy magisterskiej.

Po zdaniu ostatniego egzaminu uzyskuje się dyplom lekarza dentysty.

Ów dyplom zanosi się do Okręgowej Izby Lekarskiej odpowiadającej miejscu zameldowania, wraz z podaniem o skierowanie na staż i wydanie ograniczonego prawa wykonywania zawodu.

Szczęśliwego absolwenta z dyplomem dentysty czeka potem roczny staż, który w programie zawiera nie tylko 47 tygodni szlifowania zdobytych podczas studiów umiejętności lekarskich z dziedzin stomatologii, ale też szkolenia w zakresie prawa medycznego, orzecznictwa, ratownictwa i bioetyki. W trakcie lub po ukończeniu stażu zdaje się Lekarsko-Dentystyczny Egzamin Państwowy (LDEP), który jest drugim warunkiem uzyskania Prawa Wykonywania Zawodu i ważnym wyznacznikiem przy staraniu się o dostanie na specjalizację.

 


 

Ten blog należy do dentystki tuż po studiach i jeszcze przed stażem.

Będę tu pisać troszkę o swoim prywatnym życiu, troszkę o pracy. Taki pamiętnik osobisty.

Mam 24 lata, duszę jeszcze młodą, naiwną i nie do końca dojrzałą, ale w kwestiach pracy odpowiedzialną. Mieszkam i pracuję w województwie pomorskim. Jestem jedynym dentystą w rodzinie. Noszę okulary. Mimo, iż czasem mogę się podpisywać jako „k.”, moje imię nie ma z tą literką nic wspólnego. I to w sumie tyle, co musicie na razie o mnie wiedzieć.

Jeżeli będą czytać tego bloga osoby, które znają mnie z innych wcieleń, proszę o uszanowanie mojej chęci zachowania większej niż kiedyś anonimowości.

Dzień dobry. Życzę Wam przyjemnej lektury.