Archiwum blogu

Zagięcie czasoprzestrzeni

Nie pracuję już w piątki po południu. Piątki zamieniłam na całe dnie w środy (do tej pory miałam tylko przedpołudnia), w rezultacie moje środy wyglądają teraz dokładnie jak wtorki (w które zawsze pracuję cały dzień).

(swoją drogą, nie ma to, jak pracować w każdy dzień w innych godzinach)

No. To w środę wieczorem wychodziłam z pracy z poczuciem, że jest wtorek. Chwilę później zdałam sobie sprawę, że jeszcze tylko jeden dzień pracy i weekend. Fajnie tak przechodzić prosto z wtorku na czwartek ;)

A dzisiaj, ze względu na wczorajszy wolny piątek (wolny, ale z wieloma sprawami do załatwienia, większość w Gdańsku – wyszłam z domu po 10, wróciłam koło 16), jestem święcie przekonana, że jest niedziela.

Znaczy będę miała w tym tygodniu trzy niedziele.

Kto mi zazdrości? ;)

Wróciłam z urlopu!

Chociaż pewnie nawet nie zauważyliście, że mnie nie było ;)

Na Mazurach wygląda prawie tak samo, jak na Kaszubach. Tylko górki mniej strome i jeziora większe. I są zamki krzyżackie.

W drodze z 3miasta do Mrągowa okazało się też, że nawigacja GPS jest w stanie dać poważną plamę. Najpierw wyprowadziła nas (mnie, Ł. i Niewidzialnego Nissana) na autostradę, potem przez centrum Malborka, potem dziurawymi i wąskimi drogami przez Ornetę i Jeziorany. Jak koło Biskupca wyjechaliśmy na krajową 16, wszyscy odetchnęli z ulgą, ja potem zaczęłam przeklinać („nie można było tak od razu???). Jazda z przerwą na obiad zajęła nam jakieś 5 godzin. Zaczęłam się też zastanawiać, czy zawieszenie moich czterech kółek to przeżyje, zwłaszcza, że później również krążyliśmy po wsiach, więc autko dostało solidnego kopa. Jakoś przetrwało.

Zaliczyliśmy Mrągowo (dwa razy, w sobotę po obiedzie dopadł nas deszcz, więc podczas kupowania ręczników w Kauflandzie stanowiliśmy ciekawy widok), Mikołajki (chyba najbardziej mi się podobały, jak to Ł. określił, to takie mazurskie Władysławowo), Ryn (w zamku jest hotel, jeśli kiedyś przyjdzie mi w nim nocować, poproszę o pokój wszędzie, tylko nie w skrzydle więziennym), Świętą Lipkę, Reszel, Wilczy Szaniec, leśniczówkę Pranie, Popielno i Giżycko. Nie w tej kolejności. Stołowaliśmy się w knajpach i mieliśmy szczęście, bo poza jednym długim czekaniem w Mrągowie (zostaliśmy ostrzeżeni, poza tym była pełna sala i weekend, a jedzenie dostaliśmy jednocześnie i ciepłe), jedzenie zawsze było pyszne i w dużej ilości.

Drogę powrotną ustaliłam sobie na mapie (takiej papierowej), krajową 16 i S7. Owszem, koło Ostródy i Elbląga było dużo robót drogowych, ale jechaliśmy z przerwą około 3,5 godziny i bez strachu o zawieszenie.

Koty, ze względu na leczenie Kisiela, spędziły ten tydzień u Matki Sanepid. Nie wyglądają na zabiedzone, powrót w moje cztery ściany przeszedł bez zakłóceń.

Muszę się zebrać do kupy i posprzedawać niepotrzebne sprzęty. Jest ktoś chętny na używaną maszynkę do chleba i ośmioletnią, sprawną pralkę? ;)

Ogólnie jeszcze tydzień urlopu, w piątek zmiana kodu, w niedzielę rodzinny obiad z tej niechlubnej okazji.

A ja się zastanawiam nad kupnem starego serialu fantasy na DVD na Amazonie. Mam nadzieję, że dodatki na wydaniu na Region 1 nie różnią się tych na Region 2.

Nie wspomniał

Leczy się u mnie dwóch braci. Niestety, obaj mają leczenie kanałowe.

Brat nr 1 zaczyna pierwszy. Nie wyraża zgody na znieczulenie. Podaje, że żaden ząb go nie boli. Dobieram się do większego ubytku w zębie dwukanałowym. Widzę, że go boli, proponuję znieczulenie. Odmawia. Wiercę dalej. Widzę, że doszło do próchnicowego obnażenia miazgi. Staram się możliwie strepanować komorę, bo pacjent nadal nie chce znieczulenia. Zakładam „truciznę”, zamykam ząb.
Druga wizyta po dwóch tygodniach. Ponieważ dostęp „trucizny” do miazgi był niewielki, częściowo „zatruł się” tylko jeden kanał, przy drugim widzę, że boli dużo bardziej. Pacjent nadal nie chce znieczulenia (proponuję mu kilkakrotnie w trakcie wizyty), choć mam autentyczną ochotę prosić, żeby się zgodził. Nie, woli czuć, co się dzieje. Opracowuję, jak się da, ze względu na widoczny ból nie udaje mi się opracować drugiego kanału, zakładam leki, zamykam. Wpisuję w karcie, że pacjent nie zgadza się na znieczulenie.
Trzecia wizyta. Drugi kanał prawie nieżywy, udaje się szybko usunąć resztki miazgi i zakończyć leczenie z mniejszą dawką bólu, nadal bez znieczulenia. „Dzisiaj było dużo przyjemniej” oświadcza pacjent, dziękuje i wychodzi.

Dzień później na fotelu siada brat nr 2, który leczy się w znieczuleniu. Mam się zabrać za ząb jednokanałowy, też już po zatruciu. Pacjent oświadcza, że chce ząb usunąć, bo sobie nie wyobraża tego leczenia, z protezą będzie lepiej, czytał w internecie o tym całym leczeniu kanałowym i tej truciźnie i się przestraszył. Po dłuższej dyskusji udaje nam się (mi i asystentce) przekonać go, żeby jednak spróbował leczyć. I pada znamienne zdanie: „bo brat mi mówił, że to strasznie boli”.
„Tak, tylko nie wspomniał, że na własne życzenie”, wypalam, w głębi duszy wściekła na brata nr 1.
Ząb udaje się bezboleśnie oczyścić (w znieczuleniu), lek, skierowanie na zdjęcie, dziękuję, do widzenia.

Zatem, proszę Państwa. Jak się MedOnet reklamował, że nie trzeba chodzić do lekarza, tylko poczytać w sieci, też się cicho wkurzyłam. Jakiś czas temu trafiłam na beznadziejnie i absolutnie po laicku, w stylu wyznawcy Andrew Wakefielda (co to skłamał w artykule, że szczepionka MMR powoduje autyzm), napisany artykuł o tym, jak to leczenie kanałowe prowadzi do raka. Więc, owszem, lekarze czasami czegoś nie wiedzą. Nie wyłapią. Diagnozują długo nie to, co trzeba. Ale jednak często warto popytać kilku lekarzy niż szukać czegoś w internecie, bo skutki będą takie, jak powyżej – internet cię nie widzi. Nie zbada. Nie studiował przez pięć-sześć lat, nie doszkalał się przez kolejnych kilka/naście/dziesiąt. Nie zna wszystkich szczegółów. Powie, że będzie bolało. Nie wspomni, że tylko w przypadku braku znieczulenia.

Bardzo z góry przepraszam.

Będzie niewyszukany dowcip.

„U kogoś zepsuło się szambo. Wezwano specjalistów. Starszy specjalista rozejrzał się, postanowił zanurkować. Wziął głęboki wdech i hyc do pełnego szamba! U góry został jego pomocnik. Specjalista wynurzył się i zawołał:
– Klucz dziesiątka!
Pomocnik podał mu klucz. Specjalista znowu wziął wdech i zanurkował. Po chwili się wynurzył.
– Klucz czternastka!
Pomocnik podał klucz. Specjalista znowu zanurkował. Po chwili się wynurzył i woła:
– Siedemnastka!
Otrzymał klucz, zanurkował. Po chwili się pojawił, wyszedł i rzekł do pomocnika:
– Ucz się, ucz, bo jak nie, to całe życie będziesz klucze podawał.”

Taki oto dowcip został mi niegdyś opowiedziany przez znajomą. Przypomniał mi się wczoraj, kiedy panowie z pewnego elektromarketu wymieniali mi płytę grzewczą (stara się stłukła. Znaczy ja stłukłam. Znaczy spadły na nią ciężkie rzeczy) i w pewnym momencie starszy specjalista rzekł do młodszego „niedługo będziesz sam jeździć”.

Nieznane są ścieżki neuronów w mojej głowie.

Czepiam się

Prenumeruję prasę medyczną. Ostatnio nawet znalazłam czas, żeby ją poczytać. Zabrałam się za artykuł z dziedziny stomatologii zachowawczej. Autor jest Amerykaninem. Tłumacz nie wiem, kim jest, i może lepiej, żebym nie wiedziała.

Mogę się tylko domyślać, co było w oryginale. Z kontekstu. No i z kontekstu wychodzi, że słówko „decay”, oznaczające próchnicę, zostało przetłumaczone na „gnicie” albo „zgnilizna”. A materiał „self-cure”, czyli samowiążący albo chemoutwardzalny (miesza się dwa składniki i potem przez kilka minut one twardnieją), został określony jako „samoleczący”.

Niby kupy się trzyma, słownik takie właśnie tłumaczenie pewnie wyrzuca na pierwszym miejscu. Ale ja te słówka na angielskim miałam na pierwszym czy drugim roku i w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby próchnicę nazwać gniciem. Gnicie w stomatologii to dla mnie zgorzel. Inaczej wygląda i inaczej pachnie.

Samą gazetę czyta się fajnie, bo jest po ludzku napisana, w innych artykułach nie ma takich baboli, a może są, tylko ja nie wiem.

Czepiam się?

Nocne przemyślenia

Zastanawiam się czasami, skąd się bierze ludzka potrzeba opowiedzenia swojej całej historii życiowej podczas rozmowy telefonicznej w sprawie terminu wizyty u dentysty. Czy po prostu ja tak mam, że dzwonię gdzieś, proszę o termin z wyjaśnieniem w kilku krótkich słowach, o co chodzi. Z mojej – lekarskiej – perspektywy jest duża różnica między „małe wypełnienie wypadło przed chwilą” a „złamał mi się ząb” (często spotykane w przypadku górnych siekaczy. Mówią to drugie, przychodzą z tym pierwszym) i „pobolewa od kilku dni” a „tydzień temu spuchła mi połowa twarzy”. I to wystarczy.

Jak zapytają o więcej szczegółów, to mówię. Wychodzę jednak z założenia, że nikomu nie muszę się z niczego tłumaczyć.

A poza tym chyba wreszcie powinnam się nauczyć numerów telefonów do obu prac (dziwne, kiedyś pamiętało się numer stacjonarny do domu i przynajmniej kilku koleżanek, teraz pamiętam tylko i wyłącznie oba własne komórkowe. I ŻADNEGO innego, co jest bardzo pomocne, jak się zapomni telefonu i trzeba gdzieś zadzwonić), bo jednak czasami dzwonią do mnie bezpośrednio, a ja w domu nie mam żadnej kontroli nad grafikiem…

A tak jeszcze z innej beczki, mający premierę półtora tygodnia temu film „Deadpool” był durny (przepraszam: rozrywkowy), wulgarny (kategoria wiekowa 16+), wypełniony niskich lotów humorem (aczkolwiek w jakiś taki umiejętnie wyważony sposób. Było kilka poważniejszych scen, których nie zepsuto jakimś wyjętym z czapy tekstem), nie za bardzo miał fabułę (jakąś tam miał, na pewno trzeba docenić fajnie rozegrany wątek miłosny), wyłącznie dla dorosłych (kategoria wiekowa 16+ ;) ), ale w tym wszystkim widać było taką pasję twórców, że nie mogę się doczekać, aż wyjdzie na BluRay i go sobie upoluję i postawię na półeczce. 8/10. Bo ja jestem laską z rodzaju tych oglądających częściej filmy o superbohaterach (Marvela z wyłączeniem Spider-Mana, choć nie wiem, czemu. Batman i pochodne mnie w ogóle jakoś tak nieeeee…) niż Ambitne Produkcje Nominowane Do Oscara. Rodzina mnie pod tym względem w ogóle nie rozumie. Znaczy też raczej nie oglądają Ambitnych Produkcji, ale mojej tolerancji dla fiction bez science zdecydowanie nie podzielają. Genialnego „Mad Max: Na drodze gniewu” Rodziciel podobno ledwo zmęczył.

Idę spać…

Magiczne słowo

Druga praca. Pacjent na ekstrakcję. Stały klient, acz nieco przestraszony.

Dwa spróchniałe korzonki obok siebie. Na RTG daleko od wszelkich ryzykownych struktur anatomicznych (typu zatoka szczękowa), tylko przy jednym zębie coś, co nazywam gałą, czyli dość duża zmiana okołowierzchołkowa.

Znieczulam, grzebię, nie boli. Korzonki się ruszają, tylko się zaklinowały i nie chcą wyjść. Korzonek z gałą zaczyna się obracać, w pewnym momencie zaczynam wyciągać zmianę, a nie korzonek. Asystentka patrzy na mnie z niepokojem, jak w trakcie zabiegu postanawiam sprawdzić, czy nie ma połączenia z zatoką. Nie ma. Grzebiemy dalej. Mija mi na tym grzebaniu jakieś pół godziny, oba korzonki nadal w zębodołach.

– Grunt, że pacjent cierpliwy – uśmiecha się asystentka.
– Ale ja już powoli nie – przyznaję.
– Musisz powiedzieć magiczne słowo, we wtorki wieczorem [kiedy przyjmuje szefowa – przyp.aut.] zawsze działa.

Wzruszam ramionami, nie domyślając się jeszcze, o jakie magiczne słowo chodzi.

Mija kolejne pięć minut grzebania. Nadal bez efektu.

– Ja pie*dolę – wymyka mi się, całe szczęście nie na głos, ale ruch głową i paszczą pod maseczką był wyraźny.
– O, to było magiczne słowo. Zaraz wyjdzie – uśmiechnęła się asystentka. – Słyszał to pan? – spytała.
– Nie.
– To dobrze, bo powiało cenzurą.

Dwie minuty później wyszedł jeden korzonek. Kolejne dwie minuty drugi. Bez powikłań. Gazik, zalecenia.

– Możesz powiedzieć szefowej, że rzeczywiście działa – oświadczam.

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2015

Przeczytane w 2015 roku:

  1. Jeremy Clarkson „Przecież nie proszę o wiele” (zaczęte w 2014 r.). Kolejny tom z felietonami o wszystkim. Duża doza trzeźwości życiowej i poczucia humoru.
  2. Jo Nesbø „Syn” (zaczęte w 2014) – solidny warsztat, akcja posuwająca się do przodu w jednostajnym, nienużącym tempie, wywołująca ciekawość, co będzie dalej. Aczkolwiek od pewnego momentu zaczęłam się domyślać, kogo konkretnie poszukuje tytułowy Syn i miałam rację. Nic przesadnie skomplikowanego, chociaż nie przelatuje się przez to, jak przez Cobena. Trochę w stylu Camilli Lackberg.
    Ta książka nie należy do tworzonej przez Nesbø serii kryminalnej o Harrym Jak-mu-tam.
  3. Simon Flynn „Naukowa lista przebojów”. Ciężko tę książkę opisać, ale jest to zbiór rzadko ze sobą powiązanych ciekawostek ze świata nauki (najczęściej fizyki). Czytałam ją w pracy i do tego nadaje się najlepiej – po jednej-dwie historyjki między pacjentami. Dla osób szczególnie zainteresowanych tematyką. Nie zmęczyło mnie to, ale jak tylko znajdę sposób na pozbycie się z szacunkiem książek, których już raczej czytać nie będę, to ta poleci w nowe ręce w pierwszej kolejności.
    (EDIT: może zacznę zwierzątka do adopcji tu wymieniać? Bo książka powędrowała w nowe ręce właśnie dzięki Kącikowi :) )
  4. Karolina Korwin-Piotrowska „Ćwiartka raz”. Podzielone na lata (1989-2014), subiektywne podsumowanie ćwierćwiecza wolności w mediach i kulturze. W większych dawkach dość ciężkie (dosłownie – bo ma toto prawie 800 stron ;) – i w przenośni, bo trochę trudno mi czytać roczniki ciągiem, za dużo informacji na raz), ale generalnie ciekawe. Jak ktoś nie ma alergii na KKP, która ostatnio jest wszędzie (przynajmniej na mojej „ściance” na fejsbuku), i jest ciekaw, co było popularne i co się działo w danym roku, może się zapoznać.
  5. Zygmunt Miłoszewski „Ziarno prawdy”. Kolejny bardzo sprawnie napisany kryminał. Porównując z filmem, scenariusz to niewiele zmieniona (najwięcej zmian pojawia się od momentu, jak całe towarzystwo wybiera się do podziemi, ale owe zmiany nie mają wpływu na sens fabuły i rozwiązanie zagadki), skrócona wersja książki. Sama książka czyta się bardzo fajnie, na tyle fajnie, że wpadam w kompleksy i odechciewa mi się pisać, bo ja tak nie umiem, a bardzo bym chciała.
  6. Maciej ‚Zuch’ Mazurek „Król biurowej klasy średniej”. Rysujący Zuch wydał fabularną opowieść o perypetiach grafika w agencji reklamowej. Dla fanów Zucha pozycja zapewne obowiązkowa. Książka na raz (dwie godzinki i przeczytane), zdecydowanie nie jest to dzieło wysokich lotów. Śmieszne i lekkie.
  7.  Carlos Ruiz Zafon „Pałac północy”. Zafon zaczynał karierę od książek dla młodzieży. Tu mamy przykład powieści z pogranicza horroru. Nie jestem targetem. Do zapomnienia.
  8. Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”. Recenzja tutaj.
  9. Katarzyna Puzyńska „Motylek”. W połowie prawie darowałam sobie dalsze czytanie, bo większość postaci działała mi na nerwy. Później jakoś się to rozmyło i ostatecznie dokończyłam. Trochę przypominało mi to książki Camilli Lackberg (mnogość wątków, historia z przeszłości). W sumie poza irytacją na postaci całkiem fajnie napisane, z trudnym do przewidzenia finałem. Na kolejne książki tej pani nie mam jednak ochoty.
  10. Zygmunt Miłoszewski „Uwikłanie”. Kolejny majstersztyk. Będzie mi smutno, jak skończę „Gniew” i nadejdzie świadomość, że to koniec Szackiego.
  11. Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”. Klasyk, którego męczyłam bardzo długo, choć sama nie wiem, dlaczego, bo czyta się bardzo fajnie.
  12. Randall Munroe „What if? A co, gdyby? Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania” – koncepcją to skrzyżowanie „Naukowej listy przebojów” (poz. 3) i „Pogromców mitów”. Czyli ktoś zadaje hipotetyczne pytanie, autor na nie odpowiada najpierw podchodząc do tego naukowo, potem próbuje teoretycznie doprowadzić do sytuacji, o którą zapytano. Wszystko okraszone fajnymi obrazkami. Kolejna książka na rozluźnienie.
  13. Grażyna Jagielska „Anioły jedzą trzy razy dziennie” – mój osobisty rekord, książka została zaczęta po 8 rano w pracy, skończona 5 minut po północy, z przerwami na życie. Książka, jak jej poprzedniczka, jest napisana tym samym, prostym, szczerym do bólu językiem.
  14. Dariusz Kortko, Judyta Watoła „Religa” – biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga. Może być ;)

Poddałam się:

  1. John Le Carre „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Trzy razy podchodziłam do tej książki. Mój najlepszy wynik to dotarcie do połowy. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy eksperyment „skoro obejrzałam film, to przeczytam książkę” się nie powiódł. Film z 2011 roku obejrzałam ze względu na obsadę. Książka źródłowa musi mnie wciągnąć, żebym ją skończyła mimo znajomości fabuły. „Druciarzowi…” się to nie udało. Ogólnie Le Carre, chociaż ma na koncie wiele ekranizacji, jakoś mi nie podchodzi („Krawca z Panamy” też dawno temu próbowałam przeczytać, ale mi nie wyszło).

Opowieść świąteczna

Jakiś tydzień temu miałam wymienione wypełnienie w jednym zębie po prawej stronie. Korekta w zgryzie chwilę trwała, ale i tak po wyjściu z gabinetu stwierdziłam, że jest za wysoko. Wiedziałam jednak, że założony materiał jest ścieralny. Po dwóch dniach rzeczywiście wypełnienie starło się na tyle, że mogłam normalnie zagryzać zęby.

I dzisiaj się zastanawiam, czy właśnie nie pokutuję za te dwa dni za wysokiej plomby.

Bo boli mnie prawy staw skroniowo-żuchwowy, paszczę jestem w stanie otworzyć bez bólu tylko do połowy typowego rozwarcia. I tak jest lepiej, niż z samego rana, bo po przebudzeniu w ogóle nie dogryzałam zębów po prawej. Boli ruch żuchwą na boki, boli szerokie rozwarcie.

Parę razy ból w stawach mi się zdarzył, generalnie moje ssż-ty nie działają idealnie. Nie wiem zatem, czy to zbieg okoliczności, czy rzeczywiście spóźniona reakcja na niedopasowane wypełnienie.

Z jednej strony nieprzyjemnie. Ciężko się je.  Z drugiej strony ograniczanie żarcia chyba się przyda poświątecznie?

Zatem jeśli po założeniu plomby macie wątpliwości, czy nie jest za wysoko, nie mówcie dentyście, że jest OK. Nie każdy materiał się ściera. Oprócz bólu w stawach skroniowo-żuchwowych może wystąpić ból zęba, szczególnie na nacisk.

Wesołej reszty Świąt :)

Zmęczenie

Jakoś taka zmęczona jestem. Szczególnie dzisiaj, po pracy przez cały dzień. Najpierw pół dnia na NFZ, właściwie jednym ciągiem przyjęłam chyba 14 pacjentów. Cieszyłam się nawet, że dwóch zapisanych pacjentów nie przyszło, bo było dużo bólowych. Później prywatna popołudniówka. Przez cały dzień żadnego leczenia kanałowego, mimo to pod koniec padałam na nos.

Przyszło chłopię lat 20 z mamusią. Chłopię spojrzało spode łba, jak mamusia stwierdziła, że sam się nie dogada i mamusia musi (słyszałam o gorszych przypadkach matczynej „opieki”, więc ten wątek akurat nie ma znaczenia). Mamusia stwierdziła, że rodzinnie mają słabe zęby. Chłopinowe uzębienie z dziurami próchnicowymi i śladami po wypadniętych wypełnieniach.

Trochę mnie to stwierdzenie o słabości zębów już męczy i dzisiaj w szczególności nie chce mi się w nie wierzyć.

Jeśli ktoś jest zdrowy, w sensie ma prawidłową budowę szkliwa, prawidłowy skład śliny i ogólnie nie występują u niego ogólnoustrojowe czynniki przyspieszonego rozwoju próchnicy, to moim zdaniem z tą rodzinną słabością zębów coś jest nie halo.

Próchnica potrzebuje czterech rzeczy, żeby się rozwinąć. Podatności zębów, bakterii próchnicotwórczych, węglowodanów i czasu. Jeśli nie ma chociaż jednego z powyższych elementów, próchnica się nie rozwinie.

Co do podatności, próchnicy nie ma w jamach ustnych, w których nie ma zębów (niby logiczne ;) ). Podatność na próchnicę jest mniejsza w przypadku większej zawartości fluoroapatytów w szkliwie (stąd fluoryzacja wody i zabiegi profilaktyczne w szkołach). Historie o tym, że ktoś żre słodycze, nie myje zębów i nie ma ubytków mogą być całkiem prawdziwe (i do pozazdroszczenia).

Próchnica jest chorobą zakaźną, jej przyczyną są bakterie, m.in. Streptococcus mutans. Mamusiom małych, ząbkujących lub już zębatych dzieci szczerze odradzam żywienie latorośli własnymi sztućcami (w sensie mamusia poczęstuje dziecię czymś z własnego, już wykorzystanego podczas tego posiłku i nieumytego widelca czy łyżeczki). Tak samo oblizywanie smoczka i wkładanie go młodzieży do paszczy. W ten sposób zarażamy dziecko własnymi bateriami próchnicotwórczymi.

Węglowodany – wiadomo. Przy czym chipsy i chleb są pod tym względem groźniejsze od czekolady, bo ciężej się wypłukują.

Czas, czyli jak długo węglowodany i bakterie zostają na podatnych zębach. Im dłużej, tym dłuższe działanie kwasów wydzielanych przez bakterie i tym głębsza demineralizacja szkliwa. Dlatego zaleca się mycie zębów po każdym posiłku, żeby ów czas był jak najkrótszy.

Więc dobry stan zębów sprowadza się głównie do profilaktyki – regularnego, prawidłowego mycia zębów i kontroli u dentysty.

Tak więc, mamusiu i chłopino na fotelu – z tymi słabymi zębami to tak niekoniecznie. Ktoś coś kiedyś musiał zawalić albo zawala nadal.

Idę spać.