Archiwum blogu

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2018

Po świetnym wyniku z 2017 chwycił mnie praktycznie całoroczny kryzys czytelniczy. Jakościowo nie było źle, źle wspominam tylko „Dunkierkę”, ale męczyłam niektóre książki kilka miesięcy. Mam mocne postanowienie poprawienia tego wyniku w tym roku :)

  1. Jon Krakauer „Wszystko za Everest” – 10 maja 1996 kilka wypraw na szczyt Everestu zostaje zaskoczonych przez burzę. W drodze na dół ginie 12 osób. Uczestniczący w jednej z wypraw, ocalały dziennikarz opisuje, co mogło doprowadzić do tragedii, reakcję ocalałych uczestników.
  2. Joshua Levine „Dunkierka” – po lekturze (parokrotnie niemal przerwanej na dłużej) stwierdzam, że książki historyczne składające się w 1/3 z opisów manewrów wojskowych i 1/4 z zachwytów nad Chrisem Nolanem to jednak nie to, co mi się dobrze czyta.
  3. John Ronald Reuel Tolkien „Władca pierścieni” – epicka powieść fantasy, stanowiąca klasykę gatunku. Świat dopracowany w najmniejszych szczegółach, opisany jak powieść historyczna. Czytanie powtórzone. Proszę mnie nie zabić, ale tak szczerze powiedziawszy, to męczyłam tę książkę trzy miesiące. I wolę filmy.
  4. Caitlin Doughty „Smoke gets in your eyes and other lessons from the crematorium” – nie pamiętam już, jak trafiłam na kanał na YT „Ask a mortician„. Śmierć własna i moich bliskich to dla mnie jedna z najbardziej przerażających kwestii życia, a Caitlin Doughty – obdarzona ogromnym poczuciem humoru, a jednocześnie odnosząca się z wielkim szacunkiem dla wszystkich aspektów śmierci – próbuje jakoś przybliżyć temat śmierci i tego, co się dzieje później, i złagodzić lęki. Jej kanał jest świetny, chociaż zazwyczaj nie nadaje się do oglądania ciurkiem albo podczas jedzenia. Książka jest do niego bardzo podobna.
  5. Piotr Tomza, Dominik Szczepański „Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia” – dwóch dziennikarzy towarzyszy polskim wyprawom próbującym zdobyć Nanga Parbat zimą 2016 roku. Jedną z postaci jest Tomasz Mackiewicz, który po przynajmniej sześciu sezonach spędzonych pod Nangą, dwa lata później zdobywa dla siebie szczyt – i już na nim zostaje na zawsze. Ciekawie się to czytało właśnie w tym kontekście.
  6. Remigiusz Mróz „Kasacja” – książka do przeczytania na spokojnie w 3-4 dni, jeśli się jej nie męczy 3 miesiące. Złapał mnie kryzys czytelniczy, na który ten całkiem sprawnie napisany, pełen zwrotów akcji kryminał raczej nie zasługiwał. Pierwsza styczność z Chyłką i Zordonem, jeszcze nie przesycona wykładami, stanowi dobry wstęp do serii.
  7. Mary Beth Keane „Gorączka” – fabularyzowana opowieść o Mary Mallon, imigrantce z Irlandii, która jako zdrowa nosicielka pałeczek tyfusu, pracując na przełomie XIX i XX wieku w nowojorskich domach nieświadomie powodowała epidemie. Ciekawa historia i fajnie się czytało.
  8. Katarzyna Nosowska „A ja żem jej powiedziała” – wygląda to jak zbiór felietonów na temat przyjaźni, zdrowia psychicznego, trochę nałogów… Do szybkiego przeczytania, bez większych kontrowersji.
  9. Paweł Reszka „Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy” – o pracy na SORze i w karetkach. Z perspektywy ratowników i lekarzy, chociaż pisane przez reportera spoza środowiska. Świetna, szybka lektura.
  10. Jerzy A. Wlazło „Chłopak z Katynia” – wbrew tytułowi o Katyniu jest tu bardzo mało. Jest za to o chłopaku: Henryku Troszczyńskim, mieszkańcu warszawskiej Woli, jednym z pierwszych osób, które odkryły ślady zbrodni katyńskiej, żołnierzu AK, uczestniku Powstania Warszawskiego… Przejmująca historia o przetrwaniu, stracie i też często niebywałym szczęściu.
  11. PigOut „Świnia ryje w sieci”. Książka blogera. Chciałoby się obawiać rad „jak żyć”, ale to całe szczęście po prostu komentarz do polskiej, głównie sieciowej rzeczywistości. Bez seksizmu i większych kontrowersji, za to z anglicyzmami. Zdecydowanie lepsze od „Pokolenia IKEA”, a bałam się tworu w tamtym stylu.
  12. Andrzej Pilipiuk „Wampir z KC” – nazwisko Pilipiuka na tyle często widuję w Empikach i FB, że jak zobaczyłam rekomendację tej książki, to postanowiłam zobaczyć, co to za literatura. Dostałam opowieść o stuletnich wampirach żyjących w Warszawie u progu przemian ustrojowych PRL-IIIRP. Fajne i lekkie.
  13. Adam Kay „Będzie bolało” – o losie lekarzy pracujących w państwowej służbie zdrowia powstaje coraz więcej książek. Tu mamy wspomnienia brytyjskiego lekarza, o jego wspinaczce w górę hierarchii w NHS, radościach, smutkach, a także o tym, dlaczego zrezygnował z pracy w zawodzie niedługo przed uzyskaniem specjalizacji. Często śmieszne, ostatecznie gorzkie. Odnoszę wrażenie, że w UK młodzi lekarze mają gorzej niż w Polsce…
  14. Justyna Kopińska „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” – a tu mamy bardzo ciężki kaliber. Przedstawienie afery z 2006-07 roku, kiedy to byli wychowankowie domu opieki dla porzuconych dzieci w Zabrzu mordują chłopca. Drążenie sprawy przez panią prokurator ujawnia lata zaniedbań dzieci, bicia, praktycznie tortur, poniżania, zezwalania na molestowanie seksualne, a wszystko z rąk zarządzających przytułkiem sióstr zakonnych. Poruszające i porażające na przemian.
  15. Martyna Raduchowska „Szamanka od umarlaków” – odpoczywając od ciężkich reportaży pożarłam pierwszą część młodzieżowej serii. Ida Brzezińska, pochodząca ze starego rodu czarodziejów, nie wykazuje żadnych zdolności magicznych. Tylko widzi umarłych. Wizje doprowadzają ją na trop użytkowników czarnej magii i demonów. Takie wakacyjne czytadło. Nie żałuję.
  16. Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” – w maju 1983 roku wskutek pobicia przez funkcjonariuszy ZOMO umiera dziewiętnastoletni warszawiak, Grzegorz Przemyk, syn powiązanej z opozycją poetki. Z powodu jednoznacznej winy milicjantów, praktycznie natychmiast zostaje uruchomiona machina, mająca oczyścić bijących z zarzutów i zepchnąć winę na kogoś innego. Porażające studium realiów PRL.
  17. Jason Schreier „Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry” – jak tytuł wskazuje. Kąsek dość gorący, bo jedną z 10 opisanych gier był „Wiedźmin 3”, ale po miesiącach interesowania się tematem nie dowiedziałam się niczego nowego. ;) Miło jednak było kojarzyć choć ze słyszenia niektóre tytuły. Zmiany kierownictwa studia, zmiany koncepcji, wpływ korpo-matek, za małe budżety, za krótkie terminy, zbyt ambitne podejście do tematu i z pasji tworzenia czegoś nowego robi się crunch (okres intensywnych nadgodzin, w USA nieopłacanych – przy „Wiedźminie” trwał podobno rok, ale CDProjekt za nadgodziny jednak płaci), stres i wypalenie zawodowe.
  18. Mariusz Urbanek „Profesor Weigl i karmiciele wszy” – profesor Rudolf Weigl urodził się Austriakiem pod koniec XIX wieku. Był odkrywcą szczepionki na tyfus plamisty, chorobę regularnie zbierającą swoje śmiertelne żniwo. Podczas IIWŚ w jego instytucie produkującym szczepionkę kilka tysięcy osób znalazło przynajmniej tymczasowe schronienie przed zagrożeniami wojny: wywozem do obozów pracy czy nawet śmiercią. Nigdy nie dostał za swoje zasługi Nagrody Nobla. Szalenie ciekawa opowieść o właściwie zapomnianym bohaterze, pisana znajomym piórem autora biografii Kornela Makuszyńskiego. Pan Urbanek chyba lubi lwowskie klimaty?
  19. Marta Kisiel „Pierwsze słowo” – zbiór opowiadań fantastyczno-horrorowych, pisanych tym znanym już, lekkim piórem, zaskakujące, niepokojące, śmieszne, smutne, czasem proszące się o dalszy ciąg.

Damska torebka

Na mojej trasie do pracy jest kawałek zwany podjazdem na Górkę. W tym miejscu droga rozszerza się na dwa pasy dla osób jadących w górę, w dół jest jeden pas (do pracy korzystam z dwupasmówki). Na górnym końcu owego podjazdu, który jest długości około kilometra, droga się zwęża do jednego pasa, jest skrzyżowanie i przejście dla pieszych. Nie ma tam świateł, jest zebra, niedaleko jest przystanek autobusowy. Ogólnie skrzyżowanie dość paskudne, bo ze względu na duży ruch bardzo trudny jest tam skręt w lewo, ograniczenie prędkości jest do 90 km/h, przejście dla pieszych nie jest jakoś szczególnie oświetlone i z dołu jest kiepska widoczność. Ogólnie koszmar.

Jechałam dzisiaj rano do pracy. Ze względu na dość meandrujący charakter drogi, jak zbliżałam się do początku podjazdu, widziałam na szczycie migające, policyjne światła. I jakoż na dolnym początku zaczął się korek. Domyśliłam się, że wypadek. Wyjechałam na lewy pas, do czego zresztą mam chyba pełne prawo?

Na owym kilometrowym odcinku widziałam pięć przykładów drogowego buractwa.

Trzech szeryfowało. Szkoda, że nie jechałam bezpośrednio za jednym z nich, zrobiłabym zdjątko i wysłała gdzie trzeba. Szeryfowanie, czyli blokowanie lewego pasa, żeby nie jechał szybciej niż prawy, jest nielegalne, z tego, co wiem.

Jeden się wkurzył na to szeryfowanie i pojechał po podwójnej ciągłej, wyprzedził szeryfów i pognał dalej. Dobrze, że służby na szczycie robiły chyba ruch wahadłowy, bo w dół o tej porze jest masakryczny korek. Byłyby dwa wypadki.

W końcu przed przewężeniem chciałam zjechać na prawy pas. Po mojej prawej było teoretycznie pusto, bo samochód na prawym, za mną, nieco zwolnił. Zawsze patrzę przez ramię, nie polegam tylko na lusterkach. Włączyłam kierunkowskaz. Zaczynam zmianę pasa. Za mną auto daje po garach i prawie we mnie wjeżdża, nie wpuszcza na pas. Zjeżdżam za nim, patrzę na markę wozu.

BMW. Wcale mnie to nie zdziwiło. Z całym szacunkiem.

Na tym trudnym skrzyżowaniu na szczycie podjazdu, z boku stoi osobówka. Z drugiej strony karetka, straż pożarna i policja. A na środku leży damska torebka i brązowa peruka.

To drugi wypadek ze skutkiem śmiertelnym, który widziałam na tamtym przejściu.

Podobno mają tam zrobić światła.

Znak życia

Żyję.

Od początku czerwca mam nowego kota. Ma na imię Rysiek i przed chwilą wyglądał tak:

Syf na biureczku i koteczek

A chwilę później tak:

Nie powinno go tam być

Przywiozłam go z Olsztyna, jak miał 8 tygodni. Podobno to półkrwi Syberyjczyk. Fakt, ogon mu się robi coraz bardziej puchaty. Najpuchatszy z całego kota.

I stałe zęby mu rosną.

Rozrabia jak na kocie dziecko przystało (głównie biega po mieszkaniu i próbuje pobić kolejne rekordy wysokości. Pogryzł nam też jeden kabel od głośnika) i urodą nadrabia to swoje rozrabianie.

Poza tym byłam już na urlopie. W Bułgarii, w kurorcie Słoneczny Brzeg, 7,5 km od Nesebyru. Na wycieczkach były m.in. takie widoki:

Ogólnie miejsce fajne na totalne lenistwo, bo koło Słonecznego Brzegu nie ma nic ciekawego, poza samym Nesebyrem, który jest urokliwy, bardzo zabytkowy i pełen straganów. Większość czasu spędziliśmy nad hotelowym basenem, opalając się i pijąc drinki. W rezultacie tego drinkowania niemal totalnie straciłam ochotę na alkohol. Od powrotu chlapnęłam sobie kieliszek różanej nalewki, której reszta ostatecznie dostała się siostrze mojej jedynej, i kieliszek Krupniku Słony Karmel (siostra ma na mnie zły wpływ). Nie, żebym wcześniej piła dużo i regularnie, ale nawet piwka na koniec gorącego dnia się nie chciało.

Widoki powyżej to z wycieczki fakultatywnej do Bałcziku (piękne ogrody Marii, królowej rumuńskiej) i na półwysep Kaliakra (gdzie było zrobione powyższe zdjęcie). Bułgaria jest krajem z bardzo długą i ciekawą historią, ale jeśli ktoś chce mieć tanie wakacje, to Słoneczny Brzeg odpada, bo jak na kurort przystało jest drożej niż w Polsce.

Widok na pałacyk królowej Marii

Dla mnie dodatkową rozrywką był lot samolotem (leciałam pierwszy raz), który głównie utwierdził mnie w przekonaniu, że zwierzęciem jestem wybitnie lądowym. Widoki w drodze powrotnej mieliśmy wprawdzie fajne

Ujście Wisły, Mierzeja Wiślana

ale jakieś to dla mnie wszystko za kruche jest.

Wiem, jeden rzut oka na flightradar24.com i widać, jaki jest ruch w powietrzu i jak rzadko cokolwiek się dzieje, ale mimo wszystko. Jak coś się dzieje, to z przytupem.

I tak w przyszłym roku lecimy do Grecji, na Zante, albowiem moja siostra jedyna ma na mnie zły wpływ. Rodzice chcą mnie namawiać na Korfu na następny rok, ale ja już myślę o Chorwacji albo Hiszpanii. Czy innej Portugalii. Zobaczymy.

Ogólnie po dwóch tygodniach pracy po urlopie dochodzę do wniosku, że potrzebny mi kolejny wyjazd. Najlepiej do SPA. I nawet wiem, którego.

Albo jest to potrzeba zrobienia czegoś ze swoim życiem, najchętniej zawodowym. Jakieś podniesienie kwalifikacji czy coś, bo ostatnio kolega ze studiów się do mnie odezwał z propozycją pracy, na cztery ręce, mikroskop, a ja pomyślałam, że ja nie ta liga, ja prosty wiejski dentysta jestem. Trochę stoję w miejscu. Mam chrapkę na jedno szkolenie z protetyki na początku grudnia, ale, kurna, jakoś mnie nosi. Kopsnąć się gdzieś w sobotę, posłuchać czegoś pożytecznego, ciastek zjeść i darmowej kawy się napić.

W szkole już nie pracuję. Raz do mnie zadzwonili, tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nie mogłam odebrać, nie oddzwoniłam, od tamtej pory cisza. Chyba wreszcie muszę definitywnie zamknąć tamten rozdział.

Nie przeszkadza?

Czasem mam ochotę zapytać niektórych moich pacjentów, czy im naprawdę nie przeszkadza ta wielka czarna dziura, jaką sobie wyhodowali w przednich zębach. Zwłaszcza nastolatków przed studniówkami/balami gimnazjalistów itp. Strach przed dentystą czy nie, ale naprawdę lepiej narazić się na drwiny kolegów (chyba najlepszy argument) niż pozbyć się tego wątpliwego ozdobnika? W XXI wieku, dobie znieczuleń i świetnych materiałów do wypełnień estetycznych?

Najlepsze są takie dziury u wypacykowanych na paszczy dziuń. Też się zdarza.

Albo czy nie czują, że od wczorajszego obiadu mają strzępki kurczaka między zębami. Wygrzebuję to potem zgłębnikiem i żartuję o zapasach na zimę.

Mnie osobiście żarcie między zębami wkurza niemożebnie, a mam ze dwie przestrzenie międzyzębowe, które gromadzą mięsko na potęgę. Znaczy gromadziłyby, gdyby nie nitka dentystyczna. Przy jednej przestrzeni jest wypełnienie do wymiany, przy drugiej też, ale ząb do zrobienia jest jakieś 21 lat po leczeniu kanałowym (właśnie poczułam się staro) i trochę strach go ruszać. Nastawiam się na wkład k-k i koronę.

A co do przednich zębów, fiksacja na temat moich sporawych górnych siekaczy kazałaby mi biegać do dentysty na pierwsze podejrzenie, że coś się z nimi dzieje. W rezultacie u mnie jedyne zęby nietknięte do tej pory próchnicą to właśnie fronty, od trójki do trójki (jakaś czwórka też się znajdzie). Pozostałe połatane, ale trzymają się kupy.

Czasem mam wrażenie, że zęby są traktowane jako nie do końca udany dodatek do reszty ciała. Się wyrwie i zrobi protezę. Mleczaki nie mają korzeni i i tak wypadną, a synek lat 6 nie chce myć zębów, no co mamusia zrobi? Krówa, zmusi. Ręce myje, buzię myje, tyłek po siku i kupie wyciera, to niech myje też zęby, to podstawowy element codziennej higieny. Mamusia na bilanse dziecko zaciągnie, czasem nawet zaszczepi, to niech zaprowadzi raz na pół roku do dentysty. Mamy wolny rynek i internet, jeden dentysta nie będzie odpowiadał, to się znajdzie innego.

* * *

Z innych wieści, Mrówka nadal jest jedynaczką. Myślę o wzięciu drugiego kota, ale a) zabieram się za to jak pies do jeża, b) dobrze by było, żebym wzięła drugiego sierściucha w momencie, w którym spędzę chociaż kilka dni w domu, a tego się chyba do listopada nie uświadczy, bo wszelkie moje długie weekendy i urlopy są związane z wyjazdami, c) zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jakaś certyfikowana w międzynarodowych stowarzyszeniach hodowla sprzeda mi kota syberyjskiego do mojego 43-metrowego mieszkania bez możliwości wybiegu. Dlaczego syberyjskiego? Bo są puchate i nie uczulają, ale podobno bywają wysokogórskie, a ja wolałabym kota przypodłogowego. Zaczęłam myśleć, że może pal licho alergię, pomęczę się kolejne kilkanaście lat, a może wziąć w takim razie wymarzonego ragdolla? Z drugiej strony, kotów normalnie uczulających jest na pęczki w schroniskach i to za darmo, nie za 1500-2000 zł.

Excuses, excuses.

Także ten. Do drugiego kota jeszcze daleko.

Smutny element posiadania zwierzaka

Mam dwa koty, oba w wieku ok. 14 lat.

Czarną Mrówkę, która swoim gadulstwem, zwłaszcza w nocy, doprowadza nas czasem do szału, ale nadrabia tym, że włazi na kolana i ma spory rozumek, oraz rudego pręgowanego kocura Kisiela, który wprawdzie żyje raczej obok nas, ale jest mniej upierdliwy.

Kisiel od kilku lat chorował na przewlekłą niewydolność nerek. Dostawał specjalistyczną karmę, odpowiednie suplementy i sobie żył po staremu.

Jakiś miesiąc temu zauważyłam, że schudł. Zwróciłam uwagę, że jadł dużo mniej, niechętnie pił, ale poza tym zachowywał się normalnie. Podczas wizyty u weta okazało się, że zjechał z prawie 7 kg wagi na 5,5. Podejrzewano zapalenie gardła, bo wyniki badań krwi wyszły po staremu, nerki w miarę działały, nie było gorzej. Dostał antybiotyki, został odrobaczony, zmieniłam karmę, zaczął jeść trochę więcej. Kontrola miała być po dwóch tygodniach, z zastrzeżeniem, że może na czczo, to się zrobi USG.

Pojechałam wczoraj. Waga zjechała do 5 kg. Na wstępnym USG wyszedł guz w brzuchu, niedaleko ściany jelita, rozmiar 4×3 cm. Kot został w przychodni na cały dzień – dostał „Głupiego Jasia”, został przebadany dokładniej, od razu zrobiono biopsję i podano kroplówkę dożylnie.

Szczerze powiedziawszy, diagnoza mnie nie zdziwiła, biorąc pod uwagę wyniki krwi. Zasmuciła, ale brałam ją pod uwagę.

Podano mi opcje. Można było zostawić go w spokoju i czekać, aż mu się pogorszy. Tego robić niespecjalnie chciałam, bo żal było na niego patrzeć, jak chudł. Można było zrobić operację, otworzyć go, zobaczyć, czy dałoby się toto wyciąć, a jeśli nie, to po prostu go nie wybudzać. Miałam czekać na wyniki biopsji, chciałam się skonsultować też z innym wetem.

Niestety, wieczorem decyzja sama się podjęła. Kisiel leżał pod moim łóżkiem, doczłapawszy się tam na chwiejnych nogach kilka godzin wcześniej, i nie oddychał.

Mogę się tylko pocieszać, że nie zdążył się nacierpieć.

News dnia

Ściągnęli mi aparat!

Podobno pierwsze, co ludzie zazwyczaj mówią, widząc swoje zęby, to „jakie one są duże!”. Ja ucieszyłam się tylko, że znowu widać, że je wybielałam przed zakładaniem zamków. Bo że mam duże zęby, to wiem.

Obyło się przez ten czas bez odwapnień, znaczy higiena chyba była nienajgorsza ;).

Aż głupio mi było dzisiaj się uśmiechać w pracy, chociaż wyszczerzyłam się do wszystkich współpracowników ;). I zanabyłam okazyjne ciacho.

Zauważyłam, że przez te półtora roku wytworzył mi się odruch czyszczenia zębów językiem z lekkim zasysaniem po każdym posiłku: wyciąganie jedzenia spod łuku ;). Pewnie chwilę potrwa, zanim się z tego wyleczę.

Ogólnie też cieszę się, że jutro mam wolne. Ślepia mnie już bolą, łeb trochę też. Filmów nie chce się oglądać, w Wieśka grać też nie… (dodatek „Krew i wino”: wielkie propsy dla Twórców za trzymanie się materiału źródłowego; a Jan Frycz jako Regis brzmi całkiem nieźle. No i jest Wojciech Mann. I Krystyna Czubówna…) Nie wiem, kiedy się wyśpię. Może w poniedziałek.

Padam na nos.

To żem załatwiła zimę

Kiedy kupowałam Auriskę (u blacharza stoi do niedzieli i tęsknię za nią strasznie, bo chociaż autko mojej mamy też się dobrze sprawuje, to jednak przy jeździe do pracy w siedmiostopniowym mrozie podgrzewane siedzenia to skarb; poza tym, co swoje cztery kółka, to swoje), musiałam do niej dokupić zimowe opony. Szukałam ich na portalu porównawczym. Wybrałam jakieś tańsze, z całkiem niezłymi parametrami, tylko w komentarzach powtarzano, że kiepsko radzą sobie na śniegu.

Pomyślałam wtedy, że u nas i tak od lat nie było porządnie śnieżnej zimy, poza tym nie mieszkam w górach, tylko na Pomorzu, w mieście, więc śniegu na drogach i tak nie ma dużo.

Więc teraz wszystkich tych, którzy nie lubią śniegu, bardzo serdecznie przepraszam. To chyba zadziałało jak mycie okien w słoneczny dzień (znaczy gwarancja, że dzień później będzie padać)…

Odezwa

Czasem mam ochotę wysłać odezwę do środowiska, więc zrobię to teraz:

Jak się koledzy/koleżanki wtryniają komuś do zaczętego leczenia kanałowego (z jakiegokolwiek powodu, np. po wizycie boli że ojej i pacjent ratuje się na pogotowiu stomatologicznym, do czego ma przecież pełne prawo) bądź coś zaczynają, a pacjent mówi, że dokończy toto u swojego dentysty, to w sumie miłym gestem byłoby napisanie na karteczce, jak się wtryniło/co się zrobiło. Lekarzowi prowadzącemu by to pomogło.

A przynajmniej mi.

Nie mówię, że wara ruszać zęby leczone regularnie przez kogoś innego, bo nie w tym rzecz. Ale takie minimum informacji? Bo pac nie wie, jak mu grzebano w zębie, co mu założono. Czasem powie, że ząb zatruty, a to np. tylko opatrunek leczniczy i wystarczy plombę założyć. A tak takie krótkie notki, np. „z. 12 – Metronidazol”, albo „z. 36: ZnOE” i byłoby jasne. Trzy słówka i już lepiej wiadomo, co dalej.

Owszem, info dla pacjenta i wpis w karcie, że takie info się wydało to zawsze kilka sekund dłużej, które trzeba poświęcić; nie ma też gwarancji, że pacjent karteczkę zachowa, że jej nie zgubi.

Jeśli pacjent leczy się w tej samej przychodni, w której (przynajmniej u nas tak jest) wszyscy lekarze mają dostęp do całej dokumentacji, więc nawet, jeśli pacjent zmienia lekarza, to w zależności od sumienności prowadzenia karty wszystko jest mniej-więcej jasne i karteczek pisać nie trzeba. Jest to odezwa głównie do lekarzy w pogotowiach stomatologicznych. Więc jeśli ktoś z Czytelników takowego zna, to proszę przekazać i ewentualnie rozważyć. :)

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2017

Wg mnie to był bardzo udany rok pod względem czytelniczym. Dużo książek (jak dla mnie), sporo bardzo dobrych, przeczytanych trochę nowości, było też parę powtórek z odkrywaniem na nowo. Trochę himalaizmu, sporo przygody, dużo literatury faktu, kilka klasyków. Zobaczymy, jak będzie w 2018 :)

  1. Bartłomiej Dobroch, Przemysław Wilczyński „Broad Peak. Niebo i Piekło” (zaczęte w 2016). Co doprowadziło do sukcesu i chwilę później do tragedii na Broad Peak w marcu 2013 roku? Autorzy prezentują głównych uczestników tamtych wydarzeń w kontekście całej historii polskiego himalaizmu, zwłaszcza zimowego.
  2. Patrick O’Brian „Kapitan” – zagrożony aresztowaniem z powodu długów Jack przyjmuje dowództwo na eksperymentalnym statku wojennym „Polychrest”. Oprócz niedogranej załogi i niesterowalnego statku, do listy problemów dochodzi kryzys w jego przyjaźni ze Stephenem. Z czasem docenia się to, jak często zmusza się czytelnika do szukania między wierszami. O’Brian nie bawi się w zbędne subtelności, to są w końcu książki przygodowe, ale smaczku lekturze dodają te wszystkie zawoalowane treści. Fajny jest łagodny humor i to, jak dwie skrajnie różne od siebie postaci (Jack jest prawdziwym wilkiem morskim, ale dość nieporadny na lądzie, Stephen natomiast jest nieuleczalnym szczurem lądowym, w swoich sprawach jednak niedoścignionym autorytetem) są w stanie wytrzymać ze sobą na ciasnym okręcie, na którym rządzi surowe prawo i ścisła etykieta.
  3. Marta Kisiel „Dożywocie” – napisana z dużą dozą humoru i ironii historia młodego pisarza, który od dalekiego krewnego dziedziczy dom na odludziu wraz z jego dożywotnimi mieszkańcami. Biorąc pod uwagę postać i charakter owych mieszkańców, szybko zdaje sobie sprawę, że to on jest dożywotnikiem… Serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą się pośmiać, a którym nie przeszkadzają elementy fantasy. Spoko, to nie Władca Pierścieni, fantasy jest nasze, zwykłe, polskie, bez udziwnień, a z polotem.
  4. Jonathan Green „Morderstwo w Himalajach” – literatura faktu. W 2006 roku chińscy żołnierze otwierają ogień do grupy 75 Tybetańczyków, próbujących przedostać się do Indii przez przełęcz Nangpa La pod Czo Oju. Na oczach wspinaczy ginie jedna osoba. Życie w Tybecie pod chińską okupacją, mordercza droga do wolności, próby ujawnienia prawdy i konsekwencje dla wszystkich uczestników tych wydarzeń: uchodźców, wspinaczy, dziennikarzy… Poruszające.
  5. Bryan Jay „George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia” – wolałabym biografię Stevena Spielberga, ale to też się fajnie czyta ;). Dla kinomanów i fanów Gwiezdnych Wojen.
  6. Andrzej Sapkowski „Ostatnie życzenie”. W świecie, w którym wciąż żyją elfy i krasnoludy, ale rządzą ludzie, po bocznych traktach wędruje wiedźmin Geralt – mutant stworzony do walki z potworami. Chociaż obdarzony nadludzkimi umiejętnościami, jest nadal bardzo ludzki: ma swój własny kodeks moralny, ironiczne poczucie humoru, czasami też popełnia błędy, które go srogo kosztują. Pierwszy zbiór opowiadań żywo, z humorem i licznymi nawiązaniami do folkloru wprowadza w świat Geralta z Rivii, rozpoczynając serię kultową dla fanów fantasy.
  7. Thomas Maier „Masters of sex” – Bill Masters, poważany ginekolog i chirurg, specjalista w leczeniu niepłodności. Virginia Johnson, sekretarka, nadrabiająca braki w wykształceniu otwartością na ludzi i pomysłowością. Razem w pruderyjnej Ameryce lat 60 i 70 rozpoczynają badania nad ludzką seksualnością, tworzą szybką terapię leczenia zaburzeń seksualnych, często ocierając się o granice przyzwoitości, ale urastając do miana gwiazd. Historia ich badań, działania ich kliniki, popularności i problemów prywatnych, a później długi zjazd w samotność i chorobę. Ciekawe, choć pod koniec męczące – albo to ja miałam ochotę poczytać wreszcie coś innego.
  8. Marta Kielczyk „# WPADKI” – z humorem o poprawności językowej. Aczkolwiek miałam wrażenie, że w pierwszych rozdziałach brakowało kilku przecinków. Z przecinkami jednak zawsze miałam problem, więc się nie czepiam.
  9. Andrzej Sapkowski „Miecz przeznaczenia” – nieco lżejsza od „Ostatniego życzenia”, trochę lepiej wprowadza nas w postaci. Geralt wyjaśnia swoje pochodzenie i ujawnia parę nowych cech charakteru, a jego związek z Yennefer można określić wyłącznie facebookowym „to skomplikowane”. Tym razem nasz znajomy nie ucieka przed śmiercią, ale przeznaczeniem – i chociaż w nie nie wierzy, uciec się nie udaje.
  10. Margot Lee Shetterly „Ukryte działania” – o czarnoskórych matematyczkach, zatrudnionych w NACA/NASA w okresie, w którym wciąż trwała segregacja rasowa. Przecieranie szlaków dla kolejnych, walka o równouprawnienie w życiu publicznym, otrzymywanych płacach i awansie zawodowym, ich wkład w program kosmiczny i dotarcie człowieka na Księżyc. Dla osoby żyjącej w kraju, w którym takiej segregacji nigdy nie było (jest tylko zwykła, chamska nietolerancja) jest to trudne do pomyślenia, dla kolorowych obywateli USA te panie były pionierkami.
  11. Jarosław Molenda „Zwiać za wszelką cenę” – o wielkich ucieczkach z PRL. Książka w sumie na wzrusz, chyba się trochę zawiodłam.
  12. Patrick O’Brian „HMS Surprise” – moja ulubiona część serii. Jack dostaje przydział na fregatę „Surprise”, na której sam uczył się marynarskiego fachu. Wraz ze Stephenem, angielskim posłem i resztą załogi płyną do Kampongu z misją dyplomatyczną. Po drodze zmagają się ze sztormami, francuskim admirałem, który już raz pokonał okręt dowodzony przez Jacka, i niespełnioną miłością Stephena.
  13. Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski „Kukuczka”. Czasem się tak uda, że jak czegoś nie ma na Legimi, to się to znajdzie po promocji w Lidlu. Pan Kortko znany z książki o Relidze (którą też zresztą kupiłam w Lidlu…), tym razem przybliża świat najbardziej znanego polskiego himalaisty. Bardzo, bardzo fajne, momentami śmieszne, często wzruszające, zawsze prawidłowo neutralne, jeśli chodzi o ocenę osoby i tym, czym się zajmowała. Nie umniejsza legendy Kukuczki, opisuje trudy nie tylko samych wypraw, ale też ich organizacji.
  14. Stephen Hawking „Jeszcze krótsza historia czasu”. Biorąc pod uwagę, że samo wspomnienie fizyki w szkole wywołuje u mnie traumę, nie wiem, co mnie podkusiło, żeby przeczytać dość trudną książkę o astrofizyce. Może to, że tu nie ma wzorów, ale są możliwie przystępnie (znaczy na tyle, na ile się dało) opisane najważniejsze teorie, według których może funkcjonować nasz wszechświat. Warto być chociaż świadom istnienia takich teorii, jak ogólna i szczególna teoria względności Einsteina, mechanika kwantowa i teoria strun, chociaż książka stara się je przybliżyć w sposób zrozumiały dla kogoś takiego, jak ja – osoby z pofizyczną traumą ;)
  15. Patrycja Bukalska „Krwawa Luna” – o budzącej postrach dyrektor Departamentu V Urzędu Bezpieczeństwa, słynącej z okrucieństwa podczas przesłuchań, która później podobno stała się gorliwą katoliczką… To jest bardziej rozprawienie się z legendą. Na pewno fajnie się czyta.
  16. Umberto Eco „Imię róży” – klasyk, trochę przeze mnie wymęczony. Młody mnich z zakonu Benedyktynów towarzyszy doświadczonemu Franciszkaninowi w podróży do opactwa w Italii. W opactwie mają się spotkać poselstwa cesarza i papieża, ale wcześniej rozpoczyna się seria zbrodni. Powieść współczesna, ale stylizowana na średniowieczną, więc są i rozwlekłe opisy, i jeszcze rozwleklejsze monologi. Ale Wilhelm z Baskerville na tyle przypomina Sherlocka Holmesa, że jak najbardziej trzeba przeczytać ;)
  17. Paweł Reszka „Mali bogowie” – o znieczulicy polskich lekarzy. Bałam się, że będzie wyłącznie o tym, jacy to wszyscy lekarze są źliii, pazerni i leniwi. Całe szczęście, oberwało się też systemowi, który dopuszcza maksymalne przepracowanie lekarzy w imię godnego życia. Lektura szybka, czasami wstrząsająca.
  18. Andrzej Sapkowski „Krew elfów” – pierwsza część Sagi. Ciri pod opieką Geralta najpierw przechodzi szkolenie wiedźmińskie w Kaer Morhen, a potem przenosi się do świątyni, gdzie pod okiem Yennefer uczy się panować nad swoimi – niemałymi – magicznymi mocami. Tymczasem w wielkim świecie szuka ją większość władców, by wykorzystać jej królewskie pochodzenie do własnych celów.
  19. Joanna Mielewczyk „Matka Polka Feministka” – historie przedstawione w felietonach radiowej Trójki. Różne spojrzenia na macierzyństwo i ojcostwo. Książka ciepła, dająca siłę i czasami też do myślenia.
  20. Terry Goodkind „Stone of tears” – Richard, Kahlan i Zedd rozdzielają się. Granica między światem żywych i umarłych zostaje osłabiona. Kawał dobrego fantasy, pełnego magii, zagadek, trudności i… krwi.
  21. Jennifer Worth „Zawołajcie położną” – o pracy świeckiej położnej, pracującej przy zakonie w Londynie w latach 50-tych XX wieku. Trudności, radości, smutki i dramaty życia w dzielnicy portowej, o której władze zdążyły już zapomnieć.
  22. Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – sentymentalna opowieść o matce, wspominanej przez pryzmat posiadanych przez nią książek i innych szpargałów. Bardzo sympatyczne, momentami wzruszające. Dość lekkie.
  23. Anna Kamińska „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz” – co kształtowało jedną z najlepszych himalaistek na świecie, jaka była podczas wypraw i co mogło doprowadzić do jej zaginięcia w 1992 roku. Ciekawe studium postaci.
  24. Jacek Hugo-Bader „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” – doświadczony reporter wprasza się na wyprawę, która wyrusza w czerwcu 2013 roku z zamiarem znalezienia i pochowania Tomka Kowalskiego i Macieja Berbeki, którzy w marcu tego samego roku zginęli w trakcie schodzenia ze zdobytego właśnie (pierwszy raz zimą) szczytu Broak Peak. Bardzo ciekawa książka, żywo napisana, przedstawiająca różne punkty widzenia na temat rozegranej pod szczytem tragedii, a wszystko piórem osoby, która poszła w te góry, ale himalaistą nie jest – więc raczej rzetelnie, a przy tym obiektywnie pisze o tym jednym z najmniej rozumianych sportów? hobby? Serdecznie polecam, to chyba najlepsza z tych kilku przeczytanych przeze mnie książek o tematyce himalaistycznej.
  25. Bralczyk, Miodek, Markowski w rozmowie z Jerzym Sosnowskim „Wszystko zależy od przyimka” – bardzo fajna, dowcipna, a przede wszystkim kształcąca rozmowa o poprawności językowej.
  26. Andrzej Sapkowski „Czas pogardy” – trwają przygotowania do wojny państw Północy z Nilfgaardem. Yennefer, Ciri, Geralt przybywają na wyspę Thanedd, na radę czarodziejów. Ta część jest moim zdaniem lepsza od poprzedniej – bardziej żywa, z większą ilością akcji; więcej zwrotów akcji, bardziej absorbująca.
  27. Aleksandra Marinina „Zabójca mimo woli” – ktoś mi polecał serię o Kamieńskiej. Przyznam szczerze, że chyba trafiłam na jakiś słabszy tom (wzięłam losowo), bo ani to mnie na kolana nie rzuciło, ani nawet specjalnie nie wiem, o czym było. Za dużo postaci i wątków, ciężko się to śledzi, a główna bohaterka jest wszystkowiedząca i na wzrusz.
  28. Erik Durschmied „Jak pogoda zmieniała losy wojen i świata” – historycznie-reportażowo. O tym, jak wielkie armie (Napoleona, Hitlera…) bywały pokonane przez nieprzyjazne warunki pogodowe i jak mógłby wyglądać nasz świat, gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej.
  29. Andrzej Sapkowski „Chrzest ognia” – do Geralta w jego misji poszukiwania zaginionej Ciri dołącza łuczniczka z Brokilonu Milva, stary przyjaciel Jaskier, cyrulik z przeszłością Regis i nilfgaardzki żołnierz Cahir. Jest to powieść tym razem wybitnie przygodowa, z silnym akcentem lojalności, ojcowskiej miłości i bardzo cierpliwej przyjaźni.
  30. Remigiusz Mróz „Czarna Madonna” – dochodzi do tajemniczego zaginięcia samolotu z Warszawy do Izraela, na pokładzie którego znajduje się narzeczona Filipa – byłego księdza. Niedługo potem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Filip jest opętany i zbliża się Sąd Ostateczny. Książka z pogranicza horroru, który u mnie koszmarów nie wywołał, chociaż – zwłaszcza na początku – uczucie niepokoju było na tyle silne, że zaczęłam się zastanawiać, czy dam radę to skończyć.
  31. J. Maarten Troost „Życie seksualne kanibali” – młody Amerykanin wyrusza do Kiribati (wyspiarskie państewko na Oceanie Spokojnym) z narzeczoną pracującą w fundacji rozwojowej. Razem zderzają się z rzeczywistością życia w raju, w którym panuje bród, smród i ubóstwo. Pełna humoru, ale też bardzo prawdziwa opowieść o życiu codziennym na tropikalnym atolu.
  32. Jerzy Stuhr „Ja kontra bas” – trochę utknęłam podczas czytania „Paragrafu 22”, widziałam tę książkę na zdjęciu u znajomej, więc ją przeczytałam w dwa dni. Znaczy to nie kryzys czytelniczy, tylko z książką problem (albo nastrój nie ten). A tu mamy wspomnienia dookoła granego od 30 lat przez p. Jerzego monodramu „Kontrabasista”. Plus trochę poglądów.
  33. Adam Rutherford „Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli” – byłam sceptyczna co do tej książki, a niesłusznie. Genetyk pisze o naszym pochodzeniu, historii, możliwej przyszłości ludzkiego gatunku i o tym, co można odczytać w DNA. Bardzo fajnie i całkiem lekko, chociaż to książka naukowa.
  34. Joseph Heller „Paragraf 22”– o świrach w armii USA podczas II WŚ. Przewrotna, ironiczna, śmieszna, ale też gorzka i absurdalna. Kultowa. Ciężka. Uwielbiana przez wielu. Mnie zmęczyła. Must-read tak czy siak.
  35. Marta Kisiel „Siła niższa” – kontynuacja „Dożywocia”, tak samo fajna, lekka i pozwalająca odpocząć :)
  36. Andrzej Sapkowski „Wieża jaskółki” – intrygi ciąg dalszy. Książka bardzo skoncentrowana na Ciri i jednocześnie pierwsze (z podobno dwóch) solidne źródło dla… trzeciej gry „Wiedźmin” :). To chyba w środku tej książki przerwałam czytanie poprzednim razem – w momencie, w którym Geralt traci medalion (bo jak to tak, wiedźmin bez medalionu???). Tym razem doczytałam do końca i sagę na pewno już dokończę.
  37. David Grann „Zaginione miasto Z” – reporter zaczyna poszukiwania odkrywcy i badacza Amazonii zaginionego w dżungli w 1925 roku. Czytało się bardzo fajnie (fajność przerywana opisami aktów kanibalizmu ;) ), ale mam wrażenie, że takie trochę pobieżne to było.
  38. Mariusz Urbanek „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce” – bardzo fajnie napisana biografia autora mojej ulubionej książki z lat szkolnych ;). Od początków twórczości w gimnazjum, przez złote lata w 20-leciu międzywojennym do zapomnienia i biedy tuż po IIWŚ. A na koniec się wzruszyłam. Warto.
  39. Andrzej Sapkowski „Pani jeziora” – Ciri wpada w ręce Ludu Olch, Geralt i jego ciekawa kompania próbuje ją znaleźć, zaś Yennefer jest więziona przez czarodzieja, który chce wykorzystać magię Ciri do własnych celów. A w tle nadal trwa wojna. Dla fanów gier jest to absolutna lektura obowiązkowa – znacząco ułatwia zrozumienie wielu wątków, bo CDPRed czerpało z niej garściami.  Sapkowski dalej się bawi chronologią, poza tym parę razy zaliczyłam szczękopad i zwilgotnienie oczek.
  40. Henryk Sienkiewicz „Ogniem i mieczem”. Kochliwi rycerze, piękne niewiasty, wierni przyjaciele, honor, gorąca krew kozacka, a wszystko otoczone wojną domową. Z czytania w nastolęctwie zostało mi wrażenie, że to dość ciężka lektura. Błąd! Czytało się super. Klasyka powieści przygodowej :)
  41. Magdalena Grzebałkowska „Beksińscy. Portret podwójny” – Zdzisław Beksiński – pochodzący z Sanoka genialny malarz, który zaczynał od rzeźb i rysunków, a skończył na grafice komputerowej, wycofany, znerwicowany, często zadziwiająco wręcz naiwny. Tomasz Beksiński – pokrzywdzony niedoborem miłości ojcowskiej, ufiksowany na śmierci, genialny tłumacz i dziennikarz muzyczny. Gdzieś w tle kręci się Zofia Beksińska, cicha gospodyni, kochana przez męża, wykańczana przez syna. Książka świetna, często śmieszna, a jeszcze częściej smutna – aż chce się pojechać znowu w Bieszczady i obejrzeć sanocką wystawę jeszcze raz.
  42. Henryk Sienkiewicz „Potop” – Andrzej Kmicic, młody litewski żołnierz i hulaka otrzymuje w spadku od przyjaciela rodziny wioskę i rękę wnuczki, Aleksandry. Młodzi bardzo przypadają sobie do gustu, ale na drodze do szczęścia staje im rozbójnicza zuchwałość rycerza i wojna ze Szwedami. Pohańbiony, zdesperowany Kmicic zmienia nazwisko na Babinicz i rusza na ratunek królowi polskiemu. Od dawna twierdziłam, że to moja ulubiona książka, co zostało mi z czasów namiętnego pochłaniania książek przygodowych. Ponowna lektura po kilkunastu latach pozwoliła odkryć na nowo wartkość narracji i dowcip. Bo chociaż za główne źródło humoru u Sienkiewicza jest uważany Zagłoba, to Andrzej Kmicic, choć początkowo naiwny i z prostym podejściem do życia, okazuje się szalenie inteligentny i w tej inteligencji również niezmiernie dowcipny (np. zatargi z panem Zamoyskim). I jakoś tak się lubi tego rozbójnika, trzyma się za niego kciuki, się wzrusza i niepokoi za każdym razem, gdy obrywa po łbie.

Co tam u mnie?

  1. uwielbiam swój samochód. Często jak podchodzę do niego na parkingu, stwierdzam, że jest cholerne ładne. Potem wsiadam, włączam podgrzewanie fotela, przełączam skrzynię w tryb Drive i jadę. W trasie włączam tempomat i spuszczam nogę z gazu, kierownicę trzymam jedną ręką, w drugą czasem łapię herbatkę albo hot doga kupionego na stacji. Podczas konferencji, jak stoi na parkingu wypełnionym Mercedesami, BMW i Audi bogatszych kolegów po fachu, też mi nie robi wstydu.
    Mojemu tacie też się podoba, chociaż ostatnio przeprosił się ze swoją Hondą UFO (Civic 8 generacji). ;)
  2. przez rok zdążyłam przejść gry „Wiedźmin” (dwa razy) i „Wiedźmin 3” (podstawkę, dodatki jeszcze czekają). Drugiej gry nie mam na czym odpalić ;) (może za rok się szarpnę na nowego lapcia, tym razem takiego z kartą graficzną, chociaż właściwie bardzo lubię swój obecny sprzęt). Jestem teraz wierną członkinią fandomu, moja przygoda z wesołą gromadką dowodzoną przez zawodowego zabójcę potworów nie jest zakończona. Tylko książki muszę dokończyć, ostatnio zaczęłam „Sezon burz”, ale chwilowo ją odłożyłam na lepsze czasy.
    A Geralt w trzecim „Wiedźminie” to ciacho. Jacek Rozenek karmi moje uwielbienie dla męskich głosów (chociaż jako Geralt mówi niższym i bardziej chrapliwym głosem od swojego naturalnego).
  3. zawodowo bez zmian. „Dorabiam” w szkole dla higienistek stomatologicznych, niestety moje lenistwo coraz mniej się widzi w tej karierze.
  4. książki też nadal czytam. Podsumowanie Kącika Czytelniczego będzie tradycyjnie po przeczytaniu pierwszej książki w nowym roku.
  5. nadal noszę aparat ortodontyczny, jestem na finiszu (jeszcze jakieś dwa miesiące). Próbujemy ustawić w szeregu moją nieco wystającą do przodu prawą górną jedynkę. W rezultacie z położenia, którego nieprawidłowości nie było widać od frontu, zrobiła mi się diastema (niecały milimetr) i wyraźne wysunięcie do przodu (niecały milimetr) lewej jedynki. Się w przyszłym tygodniu dowiem, czy mam panikować, czy się po prostu nie uśmiechać szeroko przez najbliższy miesiąc (diastemę jeszcze bym przeżyła, ale ten jeden ząb wysunięty do przodu mnie znacznie bardziej mierzi. A tak nie lubię myśli, że ktoś mi przy siekaczach będzie grzebał).
    Od kilku miesięcy noszę też „wyciągi” między górnym a dolnym łukiem zębowym (gumki łączące zamki na górze i na dole), co żartobliwie nazywam kagańcem. Miałam cichą nadzieję, że dzięki temu schudnę, niestety, przyjmowane na drugie śniadanie jogurty pitne zawierają tyle cukru, że waga ani mi drgnęła (gumki oczywiście ściągam do jedzenia i zakładam później nowe, ale nie chce mi się tego robić za często, więc drugie śniadanie w pracy jest zwykle płynne).
  6. opcja „Tego dnia” na Facebooku jest świetnym narzędziem do uświadomienia sobie własnego ekshibicjonizmu. Czasami czytam, co zamieściłam 4-6 lat wcześniej i sobie myślę, „kogo to krówa obchodziło???”. Chociaż pewnie nadal tak jest, że jak zobaczę za kilka lat obecne wpisy, będę myśleć to samo.
  7. i przestroga zdrowotna: jeśli zdrowa, względnie trzeźwa osoba podczas rozmowy nagle zacznie bełkotać i dostanie niedowładu połowy twarzy, to nie sprawdzajcie objawów udaru w internecie, tylko od razu wzywajcie karetkę, nawet, jak się owej osobie chwilowo poprawi.