Archiwum blogu

Chcelista

W mojej rodzinie mamy taki pożyteczny zwyczaj, że przed wszelkimi świętami związanymi z kupnem prezentów, wysyłamy sobie chcelisty. Czyli co byśmy chętnie zobaczyli pod choinką (najczęściej).

Może ciężko w to uwierzyć, dzieci, ale nadchodzi taki czas w życiu pewnych szczęściarzy, że nie mają oni pojęcia, co chcą dostać, bo wszystko potrzebne już mają, a na niepotrzebne rzeczy brakuje im miejsca i czasu na odkurzanie.

Ja tak miałam w te Święta. Rodzina mojej chcelisty nie dostała. I tak dostałam fajne prezenty, ale!

Tak sobie siedzę na moim krześle komputerowym, które się rozsypuje od kilkunastu lat (serio, post na Fejsie o tym, że krzesło dogorywa, pisałam jakieś 7 lat temu), przetarte siedzisko przykryte dywanikiem, strach je podnieść wyżej, z drugiej strony i tak siedzę zgarbiona, laptop jest niezdrowy dla pleców.

I tak sobie marzę o nowym krzesełku, ale ilekroć wchodzę do sklepu z meblami i widzę ewentualnych następców, to mi się mózg wyłącza.

Bo chociażby podnoszone podłokietniki, podobno fajna sprawa. We wszystkich dostępnych modelach w Jysku wyglądały na gówniane.

A te, które nie wyglądały, były częścią krzesła za 400 zł. Albo bardzo dużego krzesła, a my nie mamy dużo miejsca. Pewnie gdyby zrobić czystki, byłoby łatwiej, ale do tego potrzeba mobilizacji.

Na brak kasy nie narzekam, ale jak coś do mnie nie zawoła albo nie zrobię solidnego riserczu z wymienianiem cech w tabelce w Excelu z traktowaniem Ctrl+B głównych zalet (dwa laptopy tak kupiłam. Nie jednocześnie! Z półtorarocznym odstępem czasowym, zalety za każdym razem były inne), nie wydam ot tak 400 zł.

Jak zawoła, to i owszem. Po riserczu w sumie też.

No. To ja poproszę krzesło komputerowe na urodziny. Żebym to nie ja musiała robić ten risercz.

(do sierpnia jeszcze troszkę)

Motywację też poproszę, ale to jest bardziej skomplikowana sprawa. Mnie by trzeba było zmobilizować do wielu rzeczy, bez terapeuty się nie obędzie, a do niego też trzeba pojechać i przejść przez ten żmudny proces terapeutyczny, a ja się boję, co jest chyba normalne.

I tak od krzesła komputerowego przeszliśmy do problemów psychicznych.

Z innej beczki: aktywnie acz z przerwami, od kilku lat, piszę fanfiction. Ostatnio również po angielsku. Nie, to nie jest domena wyłącznie gimnazjalistek. Zaczęłam pisać dopiero w klasie maturalnej i jest to proces równie kreatywny co tworzenie własnych historii. Co z tego, że postaci już mamy podane na tacy. Pisze się tag AU (Alternative Universe) albo OOC (Out of Character) i można popuścić wodze fantazji.

Howgh.

(to był tzw. rant w moim wykonaniu.)

Takie tam

Trochę mi przeszedł smutek na brak Fejsbunia. Najprawdopodobniej tam wrócę, ale pierwszą rzeczą będzie ponowne klikanie „Lubię to!” celem oczyszczenia ścianki z rzeczy, które nie są mi do szczęścia potrzebne. Fejsik się nie poddaje, dostaję na email powiadomienia o zdjęciach wrzuconych przez matulę oraz o tęsknocie moich fanów na fajpejdżu blogaska. Ale spokojnie, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie. Nie odliczam, patrzę tak teraz na kalendarz wiszący mi nad biurkiem ;).

Przez cały luty nie tknęłam książki. Znaczy kryzysu ciąg dalszy. Szamałek nadal pokrzywdzony.

Mam zapitolnik w pracy, bo często wszyscy pacjenci z bólem spadają na mnie. Niestety, muszę ograniczać ich ilość, bo zwyczajnie nie daję rady przyjąć wszystkich. W niesprzyjających okolicznościach osoby przybyłe do przychodni po 9 wychodzą z niej przed 13, bo paców dodatkowych przyjmujemy między pacjentami już zapisanymi. Absencje pacjentów to ogólnie czasami dar bóstw, zwłaszcza na początku zmiany.

Blox ogłosił zamykanie się. Dostałam powiadomienia o blogach, o których w sumie zapomniałam. Oczywiście ściągnęłam zawartość wszystkich trzech ( ;) ), ale raczej nie będę ich już nigdzie wrzucać. Trochę szkoda, bo na jednym z nich (z czasów studenckich) ostatnio posypały się komentarze. Najlepsze były te z życzeniami powodzenia pod notkami o egzaminach. Z, powiedzmy, 2009 roku.

Zastanawiam się też nad zmianą wyglądu tego bloga. Chyba muszę pogrzebać w skórkach na WordPressie i może w jakąś zainwestować. Znowu będzie grzebanie w CSSie.

Kakałko wypite, czas na ząbki, prysznic i spać.

„Nie chce iść”

Dziecko lat 12. Ząb boli od miesiąca. Ostatnio dokuczył mocniej, więc dziecko dało się zaciągnąć na fotel dentystyczny.

Oczywiście dolna szóstka do kanałówki. Dziura jak studnia, jak to mój dentysta lubił mawiać (na temat moich własnych zębów, fakt).

„Nie chce chodzić do dentysty, tym razem też go ledwo zaciągnęłam.”

Przepraszam bardzo, dziecko lat 12 decyduje o tym, czy idzie lub nie do dentysty?

Chyba rzeczywiście nie mogę mieć dzieci, bo mam pod tym względem charakter właściwie despotyczny. Ja tej sytuacji nie rozumiem. Jak dziecko lat 12 może decydować o własnym zdrowiu? Pije słodkie, gazowane napoje i nie lubi myć zębów. Od dwóch lat ma w przeglądzie zaznaczone dziury w zębach stałych. Jedna szóstka nadaje się do usunięcia.

Dziecko. LAT DWANAŚCIE.

OK, w tym wieku nie byłam lepsza, z myciem i słodyczami miałam ten sam problem. Ale nie przypominam sobie, żebym nie dawała się zawieźć kilkadziesiąt kilometrów do dentysty celem leczenia. Pamiętam regularne jazdy, pamiętam leczenie, przez dłuższy czas bez znieczulenia, później z. Nie było, że nie chcę, po co, skoro nie boli. Siadałam na fotelu, otwierałam paszczę, słuchałam gadania pana doktora i odkładałam odpowiedzi na jego liczne pytania na później (a potem i tak nie udawało się ich udzielić).

Może i byłam dziwna. Może nadal jestem. Jestem spaczona jako dentysta. Dodatkowo profilaktyka w naszym kraju leży i kwiczy (chociaż NFZ zaczyna inwestować w zabiegi profilaktyczne więcej kasy), w rezultacie zęby są chyba traktowane jako kłopotliwy dodatek do reszty ciała, a studenci z Norwegii uczą się o próchnicy butelkowej na polskich zębach.

Nie chce iść. A co mnie to obchodzi? Złapać za kołnierz i ruszyć dupę, skoro boli od miesiąca, a ostatnia wizyta była dwa lata temu. Na przegląd. Z zaznaczeniem sześciu zębów do leczenia.

Odwyk

Wylogowałam się z Fejsa dziś rano.

Założenie: zaloguję się najwcześniej za miesiąc. Jeśli w ogóle.

Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle zniknę z mediów społecznościowych. Na Instagramie od ogłoszenia odwyku doszło mi 5 śledzących. Pszypadeg? Nie sądzę. Te blogi, które lubię, mogę sobie śledzić gdzie indziej. Ogólnie raczej nie będę spędzać w sieci mniej czasu.

A może jednak? Jak nie będę karmić swojego FOMO, to jednak może się uda spełnić tegoroczne postanowienie przeczytania średnio trzech książek w miesiącu? Zaczęłam dobrze, z końcem stycznia utknęłam na, uwaga, dobrze ocenianym kryminale napisanym przez scenarzystę „Wiedźmina 3”! No heloł! Coś jest nie tak! To trzeba leczyć, skoro się nie ma motywacji do czytania Szamałka!

Już fakt, że miałam konkretną reakcję emocjonalną (smutek, uczucie straty) na samo postanowienie wylogowania się, sugeruje, że jest mi to potrzebne. Mam podszepty, żeby zerknąć tylko na minutkę, sprawdzić reakcje, może jednak ktoś będzie tęsknił? A może sprawdzić „Wspomnienia”, które pokazują, co za durnoty wypisywałam w poprzednich latach. Niejednokrotnie pytałam siebie, po co o tym pisałam? kogo to obchodziło?

Rodzicielka zareagowała emotką „Haha!”. Chyba we mnie nie wierzy. Albo tak ją rozbawiła lista innych portali, na których można mnie znaleźć.

Fejs karmi nasz narcyzm. Pozwala się chwalić sobą, patrzcie i podziwiajcie, dawajcie lajki. A potem osoba z tysiącem znajomych i tak nie ma z kim pójść na piwo wieczorem. To już chyba lepiej zrobić coś wartościowego.

Kaszelek i urlop

Tydzień do urlopu. Od tygodnia kaszlę męcząco, nawet poszłam do lekarza, lekarz stwierdził zakażenie wirusowe, dostałam na wyciszenie sterydy w dwóch postaciach i syropek. Te sterydy jakoś do mnie nie przemawiają. Zawsze byłam kiepska (nawet bardzo) z farmakologii, ale sterydy przy infekcji to chyba średnio? Miałam się zgłosić ponownie, gdyby syropek po trzech dniach nadal nie pomógł.

I chyba się zgłoszę w poniedziałek.

Tak po prawdzie, to nie wiem, czy zdzierżę ten tydzień w pracy. Jestem chyba niemożebnie wręcz zmęczona, muszę mieć chociaż tydzień nicnierobienia. Jeszcze chętniej dwa. Nie chce mi się jeździć do pracy i kręcić kolejnych kanałów. Rzygam już tymi Kerrami i podchlorynem sodu. Jeden pacjent czeka na odbiór protezy; najbliższe terminy do mnie są za miesiąc, a gdzieś trzeba by było ewentualnie powciskać paców w przypadku nieplanowanej nieobecności. Tylko to mnie powstrzymało przed odpowiedzią twierdzącą na pytanie lekarza: „Zwolnienie?”. Dzisiaj żałuję.

Wypalenie zawodowe mi się włącza? Czy to naprawdę tylko kwestia tego, że od lipca nie miałam pełnego tygodnia wolnego, bo pracowałam nawet 27 i 28 grudnia?

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2018

Po świetnym wyniku z 2017 chwycił mnie praktycznie całoroczny kryzys czytelniczy. Jakościowo nie było źle, źle wspominam tylko „Dunkierkę”, ale męczyłam niektóre książki kilka miesięcy. Mam mocne postanowienie poprawienia tego wyniku w tym roku :)

  1. Jon Krakauer „Wszystko za Everest” – 10 maja 1996 kilka wypraw na szczyt Everestu zostaje zaskoczonych przez burzę. W drodze na dół ginie 12 osób. Uczestniczący w jednej z wypraw, ocalały dziennikarz opisuje, co mogło doprowadzić do tragedii, reakcję ocalałych uczestników.
  2. Joshua Levine „Dunkierka” – po lekturze (parokrotnie niemal przerwanej na dłużej) stwierdzam, że książki historyczne składające się w 1/3 z opisów manewrów wojskowych i 1/4 z zachwytów nad Chrisem Nolanem to jednak nie to, co mi się dobrze czyta.
  3. John Ronald Reuel Tolkien „Władca pierścieni” – epicka powieść fantasy, stanowiąca klasykę gatunku. Świat dopracowany w najmniejszych szczegółach, opisany jak powieść historyczna. Czytanie powtórzone. Proszę mnie nie zabić, ale tak szczerze powiedziawszy, to męczyłam tę książkę trzy miesiące. I wolę filmy.
  4. Caitlin Doughty „Smoke gets in your eyes and other lessons from the crematorium” – nie pamiętam już, jak trafiłam na kanał na YT „Ask a mortician„. Śmierć własna i moich bliskich to dla mnie jedna z najbardziej przerażających kwestii życia, a Caitlin Doughty – obdarzona ogromnym poczuciem humoru, a jednocześnie odnosząca się z wielkim szacunkiem dla wszystkich aspektów śmierci – próbuje jakoś przybliżyć temat śmierci i tego, co się dzieje później, i złagodzić lęki. Jej kanał jest świetny, chociaż zazwyczaj nie nadaje się do oglądania ciurkiem albo podczas jedzenia. Książka jest do niego bardzo podobna.
  5. Piotr Tomza, Dominik Szczepański „Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia” – dwóch dziennikarzy towarzyszy polskim wyprawom próbującym zdobyć Nanga Parbat zimą 2016 roku. Jedną z postaci jest Tomasz Mackiewicz, który po przynajmniej sześciu sezonach spędzonych pod Nangą, dwa lata później zdobywa dla siebie szczyt – i już na nim zostaje na zawsze. Ciekawie się to czytało właśnie w tym kontekście.
  6. Remigiusz Mróz „Kasacja” – książka do przeczytania na spokojnie w 3-4 dni, jeśli się jej nie męczy 3 miesiące. Złapał mnie kryzys czytelniczy, na który ten całkiem sprawnie napisany, pełen zwrotów akcji kryminał raczej nie zasługiwał. Pierwsza styczność z Chyłką i Zordonem, jeszcze nie przesycona wykładami, stanowi dobry wstęp do serii.
  7. Mary Beth Keane „Gorączka” – fabularyzowana opowieść o Mary Mallon, imigrantce z Irlandii, która jako zdrowa nosicielka pałeczek tyfusu, pracując na przełomie XIX i XX wieku w nowojorskich domach nieświadomie powodowała epidemie. Ciekawa historia i fajnie się czytało.
  8. Katarzyna Nosowska „A ja żem jej powiedziała” – wygląda to jak zbiór felietonów na temat przyjaźni, zdrowia psychicznego, trochę nałogów… Do szybkiego przeczytania, bez większych kontrowersji.
  9. Paweł Reszka „Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy” – o pracy na SORze i w karetkach. Z perspektywy ratowników i lekarzy, chociaż pisane przez reportera spoza środowiska. Świetna, szybka lektura.
  10. Jerzy A. Wlazło „Chłopak z Katynia” – wbrew tytułowi o Katyniu jest tu bardzo mało. Jest za to o chłopaku: Henryku Troszczyńskim, mieszkańcu warszawskiej Woli, jednym z pierwszych osób, które odkryły ślady zbrodni katyńskiej, żołnierzu AK, uczestniku Powstania Warszawskiego… Przejmująca historia o przetrwaniu, stracie i też często niebywałym szczęściu.
  11. PigOut „Świnia ryje w sieci”. Książka blogera. Chciałoby się obawiać rad „jak żyć”, ale to całe szczęście po prostu komentarz do polskiej, głównie sieciowej rzeczywistości. Bez seksizmu i większych kontrowersji, za to z anglicyzmami. Zdecydowanie lepsze od „Pokolenia IKEA”, a bałam się tworu w tamtym stylu.
  12. Andrzej Pilipiuk „Wampir z KC” – nazwisko Pilipiuka na tyle często widuję w Empikach i FB, że jak zobaczyłam rekomendację tej książki, to postanowiłam zobaczyć, co to za literatura. Dostałam opowieść o stuletnich wampirach żyjących w Warszawie u progu przemian ustrojowych PRL-IIIRP. Fajne i lekkie.
  13. Adam Kay „Będzie bolało” – o losie lekarzy pracujących w państwowej służbie zdrowia powstaje coraz więcej książek. Tu mamy wspomnienia brytyjskiego lekarza, o jego wspinaczce w górę hierarchii w NHS, radościach, smutkach, a także o tym, dlaczego zrezygnował z pracy w zawodzie niedługo przed uzyskaniem specjalizacji. Często śmieszne, ostatecznie gorzkie. Odnoszę wrażenie, że w UK młodzi lekarze mają gorzej niż w Polsce…
  14. Justyna Kopińska „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” – a tu mamy bardzo ciężki kaliber. Przedstawienie afery z 2006-07 roku, kiedy to byli wychowankowie domu opieki dla porzuconych dzieci w Zabrzu mordują chłopca. Drążenie sprawy przez panią prokurator ujawnia lata zaniedbań dzieci, bicia, praktycznie tortur, poniżania, zezwalania na molestowanie seksualne, a wszystko z rąk zarządzających przytułkiem sióstr zakonnych. Poruszające i porażające na przemian.
  15. Martyna Raduchowska „Szamanka od umarlaków” – odpoczywając od ciężkich reportaży pożarłam pierwszą część młodzieżowej serii. Ida Brzezińska, pochodząca ze starego rodu czarodziejów, nie wykazuje żadnych zdolności magicznych. Tylko widzi umarłych. Wizje doprowadzają ją na trop użytkowników czarnej magii i demonów. Takie wakacyjne czytadło. Nie żałuję.
  16. Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” – w maju 1983 roku wskutek pobicia przez funkcjonariuszy ZOMO umiera dziewiętnastoletni warszawiak, Grzegorz Przemyk, syn powiązanej z opozycją poetki. Z powodu jednoznacznej winy milicjantów, praktycznie natychmiast zostaje uruchomiona machina, mająca oczyścić bijących z zarzutów i zepchnąć winę na kogoś innego. Porażające studium realiów PRL.
  17. Jason Schreier „Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry” – jak tytuł wskazuje. Kąsek dość gorący, bo jedną z 10 opisanych gier był „Wiedźmin 3”, ale po miesiącach interesowania się tematem nie dowiedziałam się niczego nowego. ;) Miło jednak było kojarzyć choć ze słyszenia niektóre tytuły. Zmiany kierownictwa studia, zmiany koncepcji, wpływ korpo-matek, za małe budżety, za krótkie terminy, zbyt ambitne podejście do tematu i z pasji tworzenia czegoś nowego robi się crunch (okres intensywnych nadgodzin, w USA nieopłacanych – przy „Wiedźminie” trwał podobno rok, ale CDProjekt za nadgodziny jednak płaci), stres i wypalenie zawodowe.
  18. Mariusz Urbanek „Profesor Weigl i karmiciele wszy” – profesor Rudolf Weigl urodził się Austriakiem pod koniec XIX wieku. Był odkrywcą szczepionki na tyfus plamisty, chorobę regularnie zbierającą swoje śmiertelne żniwo. Podczas IIWŚ w jego instytucie produkującym szczepionkę kilka tysięcy osób znalazło przynajmniej tymczasowe schronienie przed zagrożeniami wojny: wywozem do obozów pracy czy nawet śmiercią. Nigdy nie dostał za swoje zasługi Nagrody Nobla. Szalenie ciekawa opowieść o właściwie zapomnianym bohaterze, pisana znajomym piórem autora biografii Kornela Makuszyńskiego. Pan Urbanek chyba lubi lwowskie klimaty?
  19. Marta Kisiel „Pierwsze słowo” – zbiór opowiadań fantastyczno-horrorowych, pisanych tym znanym już, lekkim piórem, zaskakujące, niepokojące, śmieszne, smutne, czasem proszące się o dalszy ciąg.

Damska torebka

Na mojej trasie do pracy jest kawałek zwany podjazdem na Górkę. W tym miejscu droga rozszerza się na dwa pasy dla osób jadących w górę, w dół jest jeden pas (do pracy korzystam z dwupasmówki). Na górnym końcu owego podjazdu, który jest długości około kilometra, droga się zwęża do jednego pasa, jest skrzyżowanie i przejście dla pieszych. Nie ma tam świateł, jest zebra, niedaleko jest przystanek autobusowy. Ogólnie skrzyżowanie dość paskudne, bo ze względu na duży ruch bardzo trudny jest tam skręt w lewo, ograniczenie prędkości jest do 90 km/h, przejście dla pieszych nie jest jakoś szczególnie oświetlone i z dołu jest kiepska widoczność. Ogólnie koszmar.

Jechałam dzisiaj rano do pracy. Ze względu na dość meandrujący charakter drogi, jak zbliżałam się do początku podjazdu, widziałam na szczycie migające, policyjne światła. I jakoż na dolnym początku zaczął się korek. Domyśliłam się, że wypadek. Wyjechałam na lewy pas, do czego zresztą mam chyba pełne prawo?

Na owym kilometrowym odcinku widziałam pięć przykładów drogowego buractwa.

Trzech szeryfowało. Szkoda, że nie jechałam bezpośrednio za jednym z nich, zrobiłabym zdjątko i wysłała gdzie trzeba. Szeryfowanie, czyli blokowanie lewego pasa, żeby nie jechał szybciej niż prawy, jest nielegalne, z tego, co wiem.

Jeden się wkurzył na to szeryfowanie i pojechał po podwójnej ciągłej, wyprzedził szeryfów i pognał dalej. Dobrze, że służby na szczycie robiły chyba ruch wahadłowy, bo w dół o tej porze jest masakryczny korek. Byłyby dwa wypadki.

W końcu przed przewężeniem chciałam zjechać na prawy pas. Po mojej prawej było teoretycznie pusto, bo samochód na prawym, za mną, nieco zwolnił. Zawsze patrzę przez ramię, nie polegam tylko na lusterkach. Włączyłam kierunkowskaz. Zaczynam zmianę pasa. Za mną auto daje po garach i prawie we mnie wjeżdża, nie wpuszcza na pas. Zjeżdżam za nim, patrzę na markę wozu.

BMW. Wcale mnie to nie zdziwiło. Z całym szacunkiem.

Na tym trudnym skrzyżowaniu na szczycie podjazdu, z boku stoi osobówka. Z drugiej strony karetka, straż pożarna i policja. A na środku leży damska torebka i brązowa peruka.

To drugi wypadek ze skutkiem śmiertelnym, który widziałam na tamtym przejściu.

Podobno mają tam zrobić światła.

Znak życia

Żyję.

Od początku czerwca mam nowego kota. Ma na imię Rysiek i przed chwilą wyglądał tak:

Syf na biureczku i koteczek

A chwilę później tak:

Nie powinno go tam być

Przywiozłam go z Olsztyna, jak miał 8 tygodni. Podobno to półkrwi Syberyjczyk. Fakt, ogon mu się robi coraz bardziej puchaty. Najpuchatszy z całego kota.

I stałe zęby mu rosną.

Rozrabia jak na kocie dziecko przystało (głównie biega po mieszkaniu i próbuje pobić kolejne rekordy wysokości. Pogryzł nam też jeden kabel od głośnika) i urodą nadrabia to swoje rozrabianie.

Poza tym byłam już na urlopie. W Bułgarii, w kurorcie Słoneczny Brzeg, 7,5 km od Nesebyru. Na wycieczkach były m.in. takie widoki:

Ogólnie miejsce fajne na totalne lenistwo, bo koło Słonecznego Brzegu nie ma nic ciekawego, poza samym Nesebyrem, który jest urokliwy, bardzo zabytkowy i pełen straganów. Większość czasu spędziliśmy nad hotelowym basenem, opalając się i pijąc drinki. W rezultacie tego drinkowania niemal totalnie straciłam ochotę na alkohol. Od powrotu chlapnęłam sobie kieliszek różanej nalewki, której reszta ostatecznie dostała się siostrze mojej jedynej, i kieliszek Krupniku Słony Karmel (siostra ma na mnie zły wpływ). Nie, żebym wcześniej piła dużo i regularnie, ale nawet piwka na koniec gorącego dnia się nie chciało.

Widoki powyżej to z wycieczki fakultatywnej do Bałcziku (piękne ogrody Marii, królowej rumuńskiej) i na półwysep Kaliakra (gdzie było zrobione powyższe zdjęcie). Bułgaria jest krajem z bardzo długą i ciekawą historią, ale jeśli ktoś chce mieć tanie wakacje, to Słoneczny Brzeg odpada, bo jak na kurort przystało jest drożej niż w Polsce.

Widok na pałacyk królowej Marii

Dla mnie dodatkową rozrywką był lot samolotem (leciałam pierwszy raz), który głównie utwierdził mnie w przekonaniu, że zwierzęciem jestem wybitnie lądowym. Widoki w drodze powrotnej mieliśmy wprawdzie fajne

Ujście Wisły, Mierzeja Wiślana

ale jakieś to dla mnie wszystko za kruche jest.

Wiem, jeden rzut oka na flightradar24.com i widać, jaki jest ruch w powietrzu i jak rzadko cokolwiek się dzieje, ale mimo wszystko. Jak coś się dzieje, to z przytupem.

I tak w przyszłym roku lecimy do Grecji, na Zante, albowiem moja siostra jedyna ma na mnie zły wpływ. Rodzice chcą mnie namawiać na Korfu na następny rok, ale ja już myślę o Chorwacji albo Hiszpanii. Czy innej Portugalii. Zobaczymy.

Ogólnie po dwóch tygodniach pracy po urlopie dochodzę do wniosku, że potrzebny mi kolejny wyjazd. Najlepiej do SPA. I nawet wiem, którego.

Albo jest to potrzeba zrobienia czegoś ze swoim życiem, najchętniej zawodowym. Jakieś podniesienie kwalifikacji czy coś, bo ostatnio kolega ze studiów się do mnie odezwał z propozycją pracy, na cztery ręce, mikroskop, a ja pomyślałam, że ja nie ta liga, ja prosty wiejski dentysta jestem. Trochę stoję w miejscu. Mam chrapkę na jedno szkolenie z protetyki na początku grudnia, ale, kurna, jakoś mnie nosi. Kopsnąć się gdzieś w sobotę, posłuchać czegoś pożytecznego, ciastek zjeść i darmowej kawy się napić.

W szkole już nie pracuję. Raz do mnie zadzwonili, tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nie mogłam odebrać, nie oddzwoniłam, od tamtej pory cisza. Chyba wreszcie muszę definitywnie zamknąć tamten rozdział.

Nie przeszkadza?

Czasem mam ochotę zapytać niektórych moich pacjentów, czy im naprawdę nie przeszkadza ta wielka czarna dziura, jaką sobie wyhodowali w przednich zębach. Zwłaszcza nastolatków przed studniówkami/balami gimnazjalistów itp. Strach przed dentystą czy nie, ale naprawdę lepiej narazić się na drwiny kolegów (chyba najlepszy argument) niż pozbyć się tego wątpliwego ozdobnika? W XXI wieku, dobie znieczuleń i świetnych materiałów do wypełnień estetycznych?

Najlepsze są takie dziury u wypacykowanych na paszczy dziuń. Też się zdarza.

Albo czy nie czują, że od wczorajszego obiadu mają strzępki kurczaka między zębami. Wygrzebuję to potem zgłębnikiem i żartuję o zapasach na zimę.

Mnie osobiście żarcie między zębami wkurza niemożebnie, a mam ze dwie przestrzenie międzyzębowe, które gromadzą mięsko na potęgę. Znaczy gromadziłyby, gdyby nie nitka dentystyczna. Przy jednej przestrzeni jest wypełnienie do wymiany, przy drugiej też, ale ząb do zrobienia jest jakieś 21 lat po leczeniu kanałowym (właśnie poczułam się staro) i trochę strach go ruszać. Nastawiam się na wkład k-k i koronę.

A co do przednich zębów, fiksacja na temat moich sporawych górnych siekaczy kazałaby mi biegać do dentysty na pierwsze podejrzenie, że coś się z nimi dzieje. W rezultacie u mnie jedyne zęby nietknięte do tej pory próchnicą to właśnie fronty, od trójki do trójki (jakaś czwórka też się znajdzie). Pozostałe połatane, ale trzymają się kupy.

Czasem mam wrażenie, że zęby są traktowane jako nie do końca udany dodatek do reszty ciała. Się wyrwie i zrobi protezę. Mleczaki nie mają korzeni i i tak wypadną, a synek lat 6 nie chce myć zębów, no co mamusia zrobi? Krówa, zmusi. Ręce myje, buzię myje, tyłek po siku i kupie wyciera, to niech myje też zęby, to podstawowy element codziennej higieny. Mamusia na bilanse dziecko zaciągnie, czasem nawet zaszczepi, to niech zaprowadzi raz na pół roku do dentysty. Mamy wolny rynek i internet, jeden dentysta nie będzie odpowiadał, to się znajdzie innego.

* * *

Z innych wieści, Mrówka nadal jest jedynaczką. Myślę o wzięciu drugiego kota, ale a) zabieram się za to jak pies do jeża, b) dobrze by było, żebym wzięła drugiego sierściucha w momencie, w którym spędzę chociaż kilka dni w domu, a tego się chyba do listopada nie uświadczy, bo wszelkie moje długie weekendy i urlopy są związane z wyjazdami, c) zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jakaś certyfikowana w międzynarodowych stowarzyszeniach hodowla sprzeda mi kota syberyjskiego do mojego 43-metrowego mieszkania bez możliwości wybiegu. Dlaczego syberyjskiego? Bo są puchate i nie uczulają, ale podobno bywają wysokogórskie, a ja wolałabym kota przypodłogowego. Zaczęłam myśleć, że może pal licho alergię, pomęczę się kolejne kilkanaście lat, a może wziąć w takim razie wymarzonego ragdolla? Z drugiej strony, kotów normalnie uczulających jest na pęczki w schroniskach i to za darmo, nie za 1500-2000 zł.

Excuses, excuses.

Także ten. Do drugiego kota jeszcze daleko.

Smutny element posiadania zwierzaka

Mam dwa koty, oba w wieku ok. 14 lat.

Czarną Mrówkę, która swoim gadulstwem, zwłaszcza w nocy, doprowadza nas czasem do szału, ale nadrabia tym, że włazi na kolana i ma spory rozumek, oraz rudego pręgowanego kocura Kisiela, który wprawdzie żyje raczej obok nas, ale jest mniej upierdliwy.

Kisiel od kilku lat chorował na przewlekłą niewydolność nerek. Dostawał specjalistyczną karmę, odpowiednie suplementy i sobie żył po staremu.

Jakiś miesiąc temu zauważyłam, że schudł. Zwróciłam uwagę, że jadł dużo mniej, niechętnie pił, ale poza tym zachowywał się normalnie. Podczas wizyty u weta okazało się, że zjechał z prawie 7 kg wagi na 5,5. Podejrzewano zapalenie gardła, bo wyniki badań krwi wyszły po staremu, nerki w miarę działały, nie było gorzej. Dostał antybiotyki, został odrobaczony, zmieniłam karmę, zaczął jeść trochę więcej. Kontrola miała być po dwóch tygodniach, z zastrzeżeniem, że może na czczo, to się zrobi USG.

Pojechałam wczoraj. Waga zjechała do 5 kg. Na wstępnym USG wyszedł guz w brzuchu, niedaleko ściany jelita, rozmiar 4×3 cm. Kot został w przychodni na cały dzień – dostał „Głupiego Jasia”, został przebadany dokładniej, od razu zrobiono biopsję i podano kroplówkę dożylnie.

Szczerze powiedziawszy, diagnoza mnie nie zdziwiła, biorąc pod uwagę wyniki krwi. Zasmuciła, ale brałam ją pod uwagę.

Podano mi opcje. Można było zostawić go w spokoju i czekać, aż mu się pogorszy. Tego robić niespecjalnie chciałam, bo żal było na niego patrzeć, jak chudł. Można było zrobić operację, otworzyć go, zobaczyć, czy dałoby się toto wyciąć, a jeśli nie, to po prostu go nie wybudzać. Miałam czekać na wyniki biopsji, chciałam się skonsultować też z innym wetem.

Niestety, wieczorem decyzja sama się podjęła. Kisiel leżał pod moim łóżkiem, doczłapawszy się tam na chwiejnych nogach kilka godzin wcześniej, i nie oddychał.

Mogę się tylko pocieszać, że nie zdążył się nacierpieć.