Archiwum miesięczne: Maj 2018

Nie przeszkadza?

Czasem mam ochotę zapytać niektórych moich pacjentów, czy im naprawdę nie przeszkadza ta wielka czarna dziura, jaką sobie wyhodowali w przednich zębach. Zwłaszcza nastolatków przed studniówkami/balami gimnazjalistów itp. Strach przed dentystą czy nie, ale naprawdę lepiej narazić się na drwiny kolegów (chyba najlepszy argument) niż pozbyć się tego wątpliwego ozdobnika? W XXI wieku, dobie znieczuleń i świetnych materiałów do wypełnień estetycznych?

Najlepsze są takie dziury u wypacykowanych na paszczy dziuń. Też się zdarza.

Albo czy nie czują, że od wczorajszego obiadu mają strzępki kurczaka między zębami. Wygrzebuję to potem zgłębnikiem i żartuję o zapasach na zimę.

Mnie osobiście żarcie między zębami wkurza niemożebnie, a mam ze dwie przestrzenie międzyzębowe, które gromadzą mięsko na potęgę. Znaczy gromadziłyby, gdyby nie nitka dentystyczna. Przy jednej przestrzeni jest wypełnienie do wymiany, przy drugiej też, ale ząb do zrobienia jest jakieś 21 lat po leczeniu kanałowym (właśnie poczułam się staro) i trochę strach go ruszać. Nastawiam się na wkład k-k i koronę.

A co do przednich zębów, fiksacja na temat moich sporawych górnych siekaczy kazałaby mi biegać do dentysty na pierwsze podejrzenie, że coś się z nimi dzieje. W rezultacie u mnie jedyne zęby nietknięte do tej pory próchnicą to właśnie fronty, od trójki do trójki (jakaś czwórka też się znajdzie). Pozostałe połatane, ale trzymają się kupy.

Czasem mam wrażenie, że zęby są traktowane jako nie do końca udany dodatek do reszty ciała. Się wyrwie i zrobi protezę. Mleczaki nie mają korzeni i i tak wypadną, a synek lat 6 nie chce myć zębów, no co mamusia zrobi? Krówa, zmusi. Ręce myje, buzię myje, tyłek po siku i kupie wyciera, to niech myje też zęby, to podstawowy element codziennej higieny. Mamusia na bilanse dziecko zaciągnie, czasem nawet zaszczepi, to niech zaprowadzi raz na pół roku do dentysty. Mamy wolny rynek i internet, jeden dentysta nie będzie odpowiadał, to się znajdzie innego.

* * *

Z innych wieści, Mrówka nadal jest jedynaczką. Myślę o wzięciu drugiego kota, ale a) zabieram się za to jak pies do jeża, b) dobrze by było, żebym wzięła drugiego sierściucha w momencie, w którym spędzę chociaż kilka dni w domu, a tego się chyba do listopada nie uświadczy, bo wszelkie moje długie weekendy i urlopy są związane z wyjazdami, c) zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jakaś certyfikowana w międzynarodowych stowarzyszeniach hodowla sprzeda mi kota syberyjskiego do mojego 43-metrowego mieszkania bez możliwości wybiegu. Dlaczego syberyjskiego? Bo są puchate i nie uczulają, ale podobno bywają wysokogórskie, a ja wolałabym kota przypodłogowego. Zaczęłam myśleć, że może pal licho alergię, pomęczę się kolejne kilkanaście lat, a może wziąć w takim razie wymarzonego ragdolla? Z drugiej strony, kotów normalnie uczulających jest na pęczki w schroniskach i to za darmo, nie za 1500-2000 zł.

Excuses, excuses.

Także ten. Do drugiego kota jeszcze daleko.

Smutny element posiadania zwierzaka

Mam dwa koty, oba w wieku ok. 14 lat.

Czarną Mrówkę, która swoim gadulstwem, zwłaszcza w nocy, doprowadza nas czasem do szału, ale nadrabia tym, że włazi na kolana i ma spory rozumek, oraz rudego pręgowanego kocura Kisiela, który wprawdzie żyje raczej obok nas, ale jest mniej upierdliwy.

Kisiel od kilku lat chorował na przewlekłą niewydolność nerek. Dostawał specjalistyczną karmę, odpowiednie suplementy i sobie żył po staremu.

Jakiś miesiąc temu zauważyłam, że schudł. Zwróciłam uwagę, że jadł dużo mniej, niechętnie pił, ale poza tym zachowywał się normalnie. Podczas wizyty u weta okazało się, że zjechał z prawie 7 kg wagi na 5,5. Podejrzewano zapalenie gardła, bo wyniki badań krwi wyszły po staremu, nerki w miarę działały, nie było gorzej. Dostał antybiotyki, został odrobaczony, zmieniłam karmę, zaczął jeść trochę więcej. Kontrola miała być po dwóch tygodniach, z zastrzeżeniem, że może na czczo, to się zrobi USG.

Pojechałam wczoraj. Waga zjechała do 5 kg. Na wstępnym USG wyszedł guz w brzuchu, niedaleko ściany jelita, rozmiar 4×3 cm. Kot został w przychodni na cały dzień – dostał „Głupiego Jasia”, został przebadany dokładniej, od razu zrobiono biopsję i podano kroplówkę dożylnie.

Szczerze powiedziawszy, diagnoza mnie nie zdziwiła, biorąc pod uwagę wyniki krwi. Zasmuciła, ale brałam ją pod uwagę.

Podano mi opcje. Można było zostawić go w spokoju i czekać, aż mu się pogorszy. Tego robić niespecjalnie chciałam, bo żal było na niego patrzeć, jak chudł. Można było zrobić operację, otworzyć go, zobaczyć, czy dałoby się toto wyciąć, a jeśli nie, to po prostu go nie wybudzać. Miałam czekać na wyniki biopsji, chciałam się skonsultować też z innym wetem.

Niestety, wieczorem decyzja sama się podjęła. Kisiel leżał pod moim łóżkiem, doczłapawszy się tam na chwiejnych nogach kilka godzin wcześniej, i nie oddychał.

Mogę się tylko pocieszać, że nie zdążył się nacierpieć.