Archiwum miesięczne: Luty 2016

Nocne przemyślenia

Zastanawiam się czasami, skąd się bierze ludzka potrzeba opowiedzenia swojej całej historii życiowej podczas rozmowy telefonicznej w sprawie terminu wizyty u dentysty. Czy po prostu ja tak mam, że dzwonię gdzieś, proszę o termin z wyjaśnieniem w kilku krótkich słowach, o co chodzi. Z mojej – lekarskiej – perspektywy jest duża różnica między „małe wypełnienie wypadło przed chwilą” a „złamał mi się ząb” (często spotykane w przypadku górnych siekaczy. Mówią to drugie, przychodzą z tym pierwszym) i „pobolewa od kilku dni” a „tydzień temu spuchła mi połowa twarzy”. I to wystarczy.

Jak zapytają o więcej szczegółów, to mówię. Wychodzę jednak z założenia, że nikomu nie muszę się z niczego tłumaczyć.

A poza tym chyba wreszcie powinnam się nauczyć numerów telefonów do obu prac (dziwne, kiedyś pamiętało się numer stacjonarny do domu i przynajmniej kilku koleżanek, teraz pamiętam tylko i wyłącznie oba własne komórkowe. I ŻADNEGO innego, co jest bardzo pomocne, jak się zapomni telefonu i trzeba gdzieś zadzwonić), bo jednak czasami dzwonią do mnie bezpośrednio, a ja w domu nie mam żadnej kontroli nad grafikiem…

A tak jeszcze z innej beczki, mający premierę półtora tygodnia temu film „Deadpool” był durny (przepraszam: rozrywkowy), wulgarny (kategoria wiekowa 16+), wypełniony niskich lotów humorem (aczkolwiek w jakiś taki umiejętnie wyważony sposób. Było kilka poważniejszych scen, których nie zepsuto jakimś wyjętym z czapy tekstem), nie za bardzo miał fabułę (jakąś tam miał, na pewno trzeba docenić fajnie rozegrany wątek miłosny), wyłącznie dla dorosłych (kategoria wiekowa 16+ ;) ), ale w tym wszystkim widać było taką pasję twórców, że nie mogę się doczekać, aż wyjdzie na BluRay i go sobie upoluję i postawię na półeczce. 8/10. Bo ja jestem laską z rodzaju tych oglądających częściej filmy o superbohaterach (Marvela z wyłączeniem Spider-Mana, choć nie wiem, czemu. Batman i pochodne mnie w ogóle jakoś tak nieeeee…) niż Ambitne Produkcje Nominowane Do Oscara. Rodzina mnie pod tym względem w ogóle nie rozumie. Znaczy też raczej nie oglądają Ambitnych Produkcji, ale mojej tolerancji dla fiction bez science zdecydowanie nie podzielają. Genialnego „Mad Max: Na drodze gniewu” Rodziciel podobno ledwo zmęczył.

Idę spać…

Magiczne słowo

Druga praca. Pacjent na ekstrakcję. Stały klient, acz nieco przestraszony.

Dwa spróchniałe korzonki obok siebie. Na RTG daleko od wszelkich ryzykownych struktur anatomicznych (typu zatoka szczękowa), tylko przy jednym zębie coś, co nazywam gałą, czyli dość duża zmiana okołowierzchołkowa.

Znieczulam, grzebię, nie boli. Korzonki się ruszają, tylko się zaklinowały i nie chcą wyjść. Korzonek z gałą zaczyna się obracać, w pewnym momencie zaczynam wyciągać zmianę, a nie korzonek. Asystentka patrzy na mnie z niepokojem, jak w trakcie zabiegu postanawiam sprawdzić, czy nie ma połączenia z zatoką. Nie ma. Grzebiemy dalej. Mija mi na tym grzebaniu jakieś pół godziny, oba korzonki nadal w zębodołach.

– Grunt, że pacjent cierpliwy – uśmiecha się asystentka.
– Ale ja już powoli nie – przyznaję.
– Musisz powiedzieć magiczne słowo, we wtorki wieczorem [kiedy przyjmuje szefowa – przyp.aut.] zawsze działa.

Wzruszam ramionami, nie domyślając się jeszcze, o jakie magiczne słowo chodzi.

Mija kolejne pięć minut grzebania. Nadal bez efektu.

– Ja pie*dolę – wymyka mi się, całe szczęście nie na głos, ale ruch głową i paszczą pod maseczką był wyraźny.
– O, to było magiczne słowo. Zaraz wyjdzie – uśmiechnęła się asystentka. – Słyszał to pan? – spytała.
– Nie.
– To dobrze, bo powiało cenzurą.

Dwie minuty później wyszedł jeden korzonek. Kolejne dwie minuty drugi. Bez powikłań. Gazik, zalecenia.

– Możesz powiedzieć szefowej, że rzeczywiście działa – oświadczam.