k. walczy z nosem

Lato, gdzieś w połowie lat 90-tych. Rodzinka k. wybrała się na wczasy. Śpią w jednym domku, córki na jednej kanapie, rodzice na drugiej.

Nad ranem Rodziciel rzuca w przestrzeń, że ktoś w nocy ciężko oddycha. k., lat około 10 (nie pamięta dokładnie), prawdopodobnie się rumieni.

I tak sobie żyje z wiecznie przytkanym nosem. Dużo oddycha przez usta i obecnie zwala na to dość dziwny kształt jej górnego łuku zębowego. Musi myć twarz po każdym smyraniu przybrudzonego kota, rezydującego tymczasowo w pokoiku w piwnicy. Czasami ma mniejszy katar, czasami większy. Ma też awersję do kropli do nosa, bo jej Rodziciel używa ich od zawsze i podobno ma w przegrodzie nosowej wypaloną dziurę wielkości złotówki. Zwiększony katar nad ranem to skuteczna przypominajka, że trzeba zmienić pościel. Całymi latami ma jednak nadzieję, że to krzywa przegroda nosowa. W końcu w rodzinie jest dwóch „zatokowców”.

Jedna wizyta u laryngologa, pod koniec studiów, przynosi zaprzeczenie. Przegroda nosowa nie jest aż tak skrzywiona, żeby powodować takie problemy. Wydane wtedy skierowanie do alergologa traci ważność, niewykorzystane.

Drugie skierowanie do alergologa, wydane przy okazji wizyty u lekarza z innym problemem, też nie zostaje wykorzystane. Mijają jakieś 2 lata.

k. postanawia zostać krwiodawcą. Zawsze o tym marzyła – o tym poczuciu satysfakcji ze zrobienia czegoś dobrego dla ludzkości (jej codzienna praca też czasami jej to daje, ale k. popycha chęć nowości). Do tej pory spróbować się nie udało, bo albo była na lekach (dermatologicznych), albo w badaniu krwi wychodziła anemia. Może nie ma jakieś specjalnie rzadkiej grupy krwi, ale na stronie gdańskiego RCKiK jej 0 Rh+ świeci się na żółto albo czerwono, znaczy potrzebna. Kilka dni wcześniej robi ogólne badania krwi, które wychodzą bardzo dobrze. Którejś soboty stawia się zatem w centrum krwiodawstwa, wypełnia ankietę, wchodzi do gabinetu lekarskiego, gdzie spotyka lekarkę, z którą na studiach miała ćwiczenia na jakimś oddziale szpitalnym, tylko nie pamięta już, na jakim.

Tam wychodzi kwestia kataru. „To pewnie zatokowe!”. Niestety, krwi tego dnia nie oddaje, bo trzeba postawić jednoznaczną diagnozę.

Zebranie się do laryngologa trwa jednak kilka tygodni. W międzyczasie k. zaczyna łykać leki przeciwhistaminowe sprzedawane bez recepty, które, o zgrozo, pomagają. W końcu wybiera się na wizytę prywatną, bo jej się nie chce śmigać jeszcze do rodzinnego po skierowanie. Pan doktor oświadcza, że jej objawy są „na 200% alergiczne”. Tym samym kariera krwiodawcy poszła się bujać. Pociesza on jednak k., że w jej wieku jest jeszcze szansa na odczulanie.

Mając w perspektywie kolejnych kilkaset złotych wydanych na alergologa, k. postanawia skorzystać ze zwiększonej ilości wolnego czasu w pewnym czerwcowym tygodniu i załatwić to jednak przez NFZ. Ze zdumieniem odkrywa, że w przychodni, do której jakiś czas temu się zapisała, można się zapisać na wizytę u lekarza rodzinnego z dwudniowym wyprzedzeniem i na rano.

W dniu wyznaczonej wizyty okazuje się, że podana godzina jest jedynie umowna, ale i tak udaje się tego dnia otrzymać odpowiednie skierowania. Niestety, najbliższy wolny termin do alergologa jest na początek września.

W okresie oczekiwania na wizytę k. nadał łyka leki przeciwhistaminowe.

Odstawia je na dwa tygodnie przed wizytą u alergologa. Znowu ma gorszy katar.

Na początku września ląduje u alergologa. Krótka rozmowa, krótkie badanie („Laryngolog nie powiedział, że ma pani skrzywioną przegrodę?”), potem testy skórne.

13 alergenów, próba kontrolna, próba z histaminą. k. podejrzała w kasetce z opisem alergenów, że nr 10 to sierść kocia.

I tak siedziała kilka minut, patrząc, jak rośnie jej bąbel pod histaminą. I bąbel przy numerze 10. Dwa jedyne bąble.

Z późniejszej wizyty u lekarza wychodzi z receptą, przykazem wyeliminowania alergenów i mokrymi oczami. Wsiadłszy do samochodu oświadcza płaczliwie, że „ku*wa, przecież się ich nie pozbędę”. Receptę postanawia wykupić dopiero następnego dnia, jak nie będzie zaryczana. Plany wzięcia na wiosnę trzeciego kota stają teraz pod znakiem zapytania.

Po powrocie do domu żali się znajomym na FB i szuka mniej alergizujących ras. Wymarzony Ragdoll odpada. Na tapetę wchodzi kot syberyjski (też ładny).

Może, kiedyś.

Dyskusja z kociarzami poprawia jej humor.

Uczulające Mrówka (ciemna sierść) i Kisiel (samiec) mogą się czuć bezpiecznie.

Z kariery krwiodawcy zdecydowanie nici.

{ Skomentuj }

  1. PRODENT dentysta

    Niby zwykły katar, a jednak coś więcej ;o

    Świetnie napisana ta historia :)

  2. Alexa

    Przykro mi strasznie, że masz tę alergię. Kociarze ponoć się odczulają, tyle że portfel od tego boli :P
    „Alergia na sierść” nie jest alergią na sierść (każdy będzie kichał jak mu włos wlezie do nosa), tylko na wydzieliny skóry, na łój. Więc jeśli kot ma suchą sierść, to będzie uczulał mniej, a jeśli tłustą, to bardzo. Mam nadzieję, że uda ci się to jakoś rozwiązać, strasznie, strasznie współczuję.
    Ja dostałam kataru siennego w sierpniu. Jasna cholera, w sierpniu? Przecież normalnie ja smarczę w kwietniu, a nie w sierpniu. W dodatku trochę mi zajęło, żeby się skapnąć że to nie infekcja, i zanim się zorientowałam, to się to spaprało bakteryjnie, z zapaleniem ucha środkowego włącznie… Ale gdy załapałam że to alergiczne, to jakaż była moja ulga, gdy zauważyłam, że gorzej jest na dworze, a nie w domu! Obawa, że to może być od sierści była straszna.
    Co do antyhistamin, wiadomo, że różnym osobom różne leki mogą lepiej działać, ale moją ukochaną antyhistaminą jest Clatra. Jedyne, co mnie w niej wnerwia, to że trzeba brać dwa razy dziennie, a nie raz, i że jest na receptę. Sama rozumiesz, że jeśli to jedyne zastrzeżenia, to jest to dla mnie czysta genialność. Niektóre inne działały jakoś tak na pół gwizdka, trochę, no i zamulały, a ten wynalazek rzeczywiście ze stanu „smarcząca kupka nieszczęścia” doprowadził mnie do używalności bez żadnego zamulenia. Jeżeli jeszcze nie znalazłaś antyhistaminy która by ci pasowała, to możesz spróbować.

      • Alexa

        Może ze śliną też jest coś na rzeczy, ale teoria z łojem sprawdza się o tyle nieźle, że często koty długowłose uczulają mniej, a krótkowłose bardzo. Długowłose często mają sierść suchą, a krótkowłose łatwo się przetłuszczają, a przecież nie jest tak, że któreś się więcej liżą. Dlatego ja stawiam na hipotezę o wydzielinach skóry. Możesz spróbować „odtłuścić” sierść kota, pudrując go mąką ziemniaczaną, i wyczesać to gęstym grzebieniem. Może w ten sposób trochę zmniejszysz ilość alergenu w otoczeniu nie pozbywając się kota… o ile oczywiście kot nie pozbędzie się ciebie w trakcie tych zabiegów… ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *