Archiwum miesięczne: Styczeń 2015

Zorganizowana grupa przestępcza zwana NFZ…

Dzisiaj czytałam artykuł, który traktował o tym, że wprowadzenie wymogu skierowania od lekarza rodzinnego do dermatologa czy okulisty owszem, spowodowało, że w przychodniach specjalistycznych jest mniej pacjentów, ale owi pacjenci wcale nie zaczęli oblegać lekarzy rodzinnych, tylko w ogóle zrezygnowali z wizyty lub poszli leczyć się prywatnie. (już sobie wyobrażam te dyskusje pod gabinetami lekarzy rodzinnych: „ja tylko po skierowanie!”, „ja też i czekam w kolejce!”. Pytanie, czy lekarze rodzinni są bardziej chętni, żeby te skierowania wydawać?)

Znajoma pani psychoonkolog ponadto podała ostatnio, że obecnie do postawienia diagnozy onkologicznej już nie wystarczy sam onkolog i lista wyników badań, tylko musi się zebrać całe konsylium, z psychologiem, chirurgiem, radiologiem i radioterapeutą w składzie. I onkologiem zapewne również. Na pewno bardzo to przyspieszy rozpoznanie i wdrożenie leczenia. Mnie na pewno za parę lat zmotywuje do usunięcia mojej drugiej, rosnącej powoli, niezłośliwej jeszcze-nie-„śliwki”. Jak pomyślę, ile będzie trzeba zachodu, by się owej „śliwki” pozbyć, pewnie dam sobie spokój. Bardzo rozsądnie, prawda?

A młodzi lekarze opuszczają uczelnie i już nie mają spadochronu w postaci stażu. Materiał, który już w ciągu sześciu lat był ciężki do ogarnięcia, teraz ma być ogarnięty w pięć lat, bo ostatni rok to podobno mają być głównie ćwiczenia kliniczne, które zastąpią staż.

A miejsc specjalizacyjnych chyba wcale nie ma więcej.

Tyle w temacie zmniejszania kolejek do specjalistów.

Utrudniajmy do nich dostęp, to ludziom nie będzie się chciało do nich chodzić!

Życzę powodzenia.

Tak w ogóle to chciałam pisać o czym innym. Miałam napisać jedno zdanie, które przyszło mi dziś do głowy podczas wymiany u jednego pacjenta dwóch wypełnień na powierzchniach stycznych dwóch różnych zębów.

Owo zdanie to:

„Wkurwiające jest, kiedy podczas wypełniania ubytków w II klasie Blacka NFZ daje mi do wyboru materiał, który za dwa lata trzeba będzie wymienić, bo się częściowo wypłucze, lub materiał, który za dwa lata trzeba będzie wymienić, bo będzie chciał wypaść.”

Sektor prywatny służby zdrowia zaciera łapki. Problem w tym, że stosunkowo niewiele osób stać na leczenie prywatne. Ja bym bardzo chętnie temu pacjentowi założyła w tych zębach materiał światłoutwardzalny, który się ani nie wypłucze, ani nie wypadnie, tylko kto za to zapłaci? Pacjenta nie stać. Plomba takiej wielkości wg NFZ kosztuje do 50 zł, prywatnie ok. 120. Kiedyś były tzw. dopłaty, teraz nich nie ma. Z własnej kieszeni mam te 70 zł dać?

Aha, jeszcze jedno pytanie:

czy Sanepid bierze udział w akcjach sadzenia drzew w zamian na ilość druków, jakich wymaga od przychodni w trakcie kontroli?

(PS. Tekst z tytułu notki nie ja wymyśliłam, tylko jakiś wykładowca na kursie. Dentysta pracujący wyłącznie prywatnie.

I domyślam się, że sporo z powyższych pretensji powinno wędrować do Ministerstwa Zdrowia, które to wszystko wymyśla, a NFZ podobno płaci.)

Archive „Restriction”

archive

Niecały rok po wydaniu poprzedniej płyty, „Axiom”, która była albumem dość dziwnym, brytyjski kolektyw Archive wypuścił nową. Dopadłam poprzez preorder. I z autografami założycieli zespołu ;).

Poprzedni krążek był dziwny, bo nastawiony na dokręcenie do niego filmu (którego do tej pory nie widziałam, choć został wydany razem z albumem). Brzmiał zatem jak soundtrack, przez co głębszym sentymentem darzę jeno połowę utworu tytułowego i jeden bonus, którego zresztą nie było na płycie. Album zły nie był, ale rzadko do niego wracam. Archive generalnie tworzy muzykę bardzo ilustracyjną, ale z „Axiom” trochę przesadzili ;).

„Restriction” powraca do bycia płytą ilustracyjną niechcący. Pewnie dałoby się podkleić ją pod sceny w filmie, ale słuchając kolejnych kawałków nie myślimy o tym, że byłoby to potrzebne do pełni odbioru.

Płyta startuje dość ostro. Dużo tu niedrażniącej elektroniki i perkusji, w aranżacji ocierającej się o bałagan. Głośne dźwięki są połączone z dość łagodnymi głosami wokalistów i często niebanalnymi tekstami. Przejście w spokojniejsze nuty po trzech utworach i następnie powrót do ostrości po kolejnych dwóch powodują, że płyta nie męczy, wręcz mile się kojarzy z wcześniejszymi dokonaniami kolektywu, który wszak trzyma się rocka progresywnego.

Jednak to poczucie bałaganu czyni tę płytę nieco inną od wcześniejszych. Najwyraźniej padła decyzja, żeby zagrać ostrzej. W środku albumu mamy ciszę przed burzą. Jeden z wypuszczonych przed premierą singli w pojedynkę wydawał mi się nudny, brakowało mi w nim kopa. W zestawieniu z resztą piosenek ten brak kopa nie przeszkadza, to miły oddech.

Jak zwykle pojawia się dużo głosów, że płyta jest „inna”, ale to nadal Archive. Zaczęłam się zastanawiać, co dla osób tak twierdzących wyznacza brzmienie Archive? Czasy kultowego już „Again” (nagranego w 2002 roku! Kawał czasu) minęły dawno, wraz z odejściem w 2004 śpiewającego ten utwór Craiga Walkera i zmiany Archive z zespołu na kolektyw. Od „Lights” kolejne płyty to eksperyment, każda różni się czymś od poprzedniej. Dwie płyty to był powrót do trip-hopowych korzeni, przeplatany balladami. Potem ten dziwny soundtrack. Teraz mamy mocniej, bardziej rockowo, bardziej elektronicznie. I dobrze. I fajnie.

Fajna płyta. Spodobała mi się znacznie szybciej od przed-Axiom-owego „With us until you’re dead”. Będę do niej wracać. Baaaardzo chętnie usłyszę, jak wypadnie w wykonaniu na żywo w marcu. Bo Archive na koncertach daje czadu. Dodać więcej czadu do tego, co jest na płycie? Wyjdę bez bębenków w uszach ;).

Z życia dzisiejszego

Wolontariusze WOŚP dziś dopadnięci, dwa serduszka przyklejone do deski rozdzielczej autka. W sumie to pierwszy raz od kilku lat, kiedy dołożyłam do puszki – poprzednie 2-3-4 razy albo nie wychodziłam z domu w trakcie finału, albo nie dopadłam wolontariusza.

Osoby psioczące na Owsiaka i WOŚP proszone o znalezienie sobie w sieci i podpisanie treści oświadczenia (ktoś już takie wymyślił), w którym nie zgadzają się na wykorzystanie sprzętu fundowanego przez WOŚP podczas ewentualnej hospitalizacji własnej czy własnych dzieci.

Mam nadzieję, że jakoś przeżywacie tę paskudną pogodę… Tutaj od kilku dni wieje i pada :(

Gdańska stacja krwiodawstwa apeluje o oddawanie krwi, szczególnie grupy 0 i A. Ja się dzisiaj dowiedziałam, że teoretycznie też mogę oddawać krew (choć myślałam, że nie mogę), chyba że mi lekarz w stacji powie jednak inaczej.

Co jeszcze?

Na 75% będę podczas Majówki straszyć w Krakowie. Jeśli ktoś chciałby się spotkać na piwie/kawie/zapiekance czy po prostu na trawniku pod Wawelem (ustawię się pod smokiem, może nikt nie pozna), to proszę dać znać. ;)

I tym, nie wiem, czy pozytywnym, akcentem kończę ten wpis :)

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2014

Chyba jednak będę go prowadzić w 2015 roku (może z pominięciem pisania recenzji książek, bo nigdy nie czytam nowości, ale jeśli kogoś to bardzo interesuje, to może po prostu zaglądać), więc oto kopiuj-wklej z tego, co zdecydowałam się wpisać do Kącika w 2014 roku.

Przeczytane w 2014 roku (w sumie 13,5 książki):

  • Szymon Hołownia, Marcin Prokop „Wszystko w porządku” – zaczęta w 2013, skończona już w 2014. Panowie sprzątają pudełka – tematy, o których chcieliby napisać, ale które nie są wystarczająco „rozległe” na osobną książkę. Zbiór osobistych rankingów. Prokop pisze dużo o muzyce, Hołownia o świętych. Fajne.
  • Jeremy Clarkson „Moje lata w TopGear” (też zaczęte w 2013) – zbiór felietonów Clarksona do magazynu TopGear. Nie wszystko o samochodach. Styl – humor, teorie, częste zaprzeczanie samemu sobie – typowe dla Clarksona znanego z telewizji. Również szansa na poznanie kulisów kręcenia programu.
  • Ignacy Karpowicz „ości” (zaczęte w 2013). Obyczajowo o kręgu znajomych, zmagających się z trudnościami życia nie dla wszystkich codziennego. Trochę zagmatwane, momentami ciężkie, momentami śmieszne. Ostatnio doszłam do wniosku, że to książka o fasadach. O twarzach, które pokazuje się innym, wnętrze głęboko chowając. Bo każda z tych postaci ma taką swoją fasadę i swoje prawdziwe ja, które potrafi ujawniać się w niespotykany sposób.
  • Claudia Torres, Jacek Krawczyk „Chomik na widelcu” – recenzja tutaj.
  • Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu” – recenzja tutaj.
  • Marcin Meller „Między wariatami” – recenzja tutaj.
  • Mirosław Tomaszewski „Marynarka” – recenzja tutaj.
  • Harlan Coben „Sześć lat później” – recenzja tutaj.
  • Camilla Läckberg „Kamieniarz” – dobry, zaskakujący kryminał. Autorka ma własny styl, którego się trzyma, co jest niby zaletą, ale z drugiej strony czyni tę książkę podobną do poprzedniej, czytanej przeze mnie. Wątki kilku, powiązanych ze sobą osób, plus opowieść „na boku”, która dopiero pod koniec ukazuje swój sens dla reszty fabuły. Klasa sama w sobie.
  • Franz Kafka „Zamek”. Doczytałam do połowy i się poddałam. „Wybitna” literatura jest zdecydowanie nie dla mnie. Ta książka to jedna wielka metafora, której nie rozumiem, postaci zachowujące się irracjonalnie, ciężki styl. Nienienie.
  • Camilla Läckberg „Niemiecki bękart” – recenzja tutaj.
  • Wojciech Cejrowski „Wyspa na prerii” – recenzja tutaj.
  • Nick Mason „Pink Floyd. Moje wspomnienia” – recenzja tutaj.
  • Greg Marinovich i João Silva „Bractwo Bang Bang” – o czteroosobowej grupie fotoreporterów wojennych u schyłku apartheidu w RPA. Uwaga, MOCNE.

Trochę tego mało mi się wydaje i chyba nie wszystko wkleiłam. Tak czy siak, na pewno przeczytałam więcej książek, niż jeszcze rok czy dwa lata wcześniej.

Nie biorę udziału w fejsbukowej akcji „52 książki w 2015” czy jak to się nazywa, bo wiem, że nie dam rady, ale moje zeszłoroczne postanowienie czytelnicze jest nadal aktualne, bo czytanie jest fajne i daje odpocząć od durnot w sieci i panów na Sympatii, z którymi tak w ogóle wcale nie mam ochoty dzisiaj rozmawiać i tym bardziej się spotkać.

Tym samym rok 2014 mogę z Kącika wyrzucić i zacząć tworzyć rok 2015…

I po Świętach

Wigilia i 25 grudnia przesiedziane u rodziców. 26 grudnia odpoczynek od relacji międzyludzkich. 30 grudnia – wybitnie niesatysfakcjonująca druga zmiana w pracy. Sylwester spędzony trochę w kuchni, potem w kinie („Hobbit: Bitwa pięciu armii” bardzo smutno rozczarowująca nijakim poziomem emocji. Wizualnie ekstra, jak zwykle. Ale niewiele poza tym), potem na domowym piciu drinków i oglądaniu filmów z Ł. 2 stycznia koleżanka w pracy myląca piątek z poniedziałkiem. Ponieważ razem miałyśmy pracować też w sobotę, 3 stycznia, przypomniałam jej, żeby przyszła na dobrą godzinę do pracy ;).

3-5 stycznia siedziałam znowu (po raz drugi) w SPA niedaleko Ostródy i się rozpieszczałam (nie wiem, ile przytyłam i boję się sprawdzać). Jak zwykle było miło, relaksująco, profesjonalnie, czysto, uprzejmie, smacznie… O uszczerbku na koncie nie wspomnę. ;) Jeszcze tam wrócę. Parę rzeczy zrobię inaczej. Dobiorę jeszcze jeden czy dwa zabiegi. Podobno odcięcie się od codzienności raz na kwartał jest wręcz wskazane. Długich weekendów mi w tym roku zabraknie.

Choinka rozebrana 6 stycznia, choć mogła stać dłużej, bo sztuczna. Większa część ozdób zawieziona siostrze – w końcu należą do niej. Mój jest tylko niebieski czubek, 12 czerwonych bombek, lampki i bardzo profesjonalne ozdoby ze słomy. Przed następnymi Świętami BN mogę bezwstydnie polować na nowe bombki :).

Kolęda zapowiada się u mnie na 15 stycznia. To czwartek. Pracuję do 18. Nie będę się spieszyć do domu. Jestem żywym przykładem hipokryty świątecznego – Boże Narodzenie obchodzę, ale perspektywa poinformowania księdza z parafii, której członkiem się nie czuję, że właściwie nie praktykuję i nie widzę powodu dla przyjęcia kolędy, wywołuje u mnie uczucie pewnego niepokoju. Może nawet nie zapuka? Z opłatkiem mnie tym razem nie zastali, to może kolędę też sobie odpuszczą?

Zresztą, wychodzę z założenia, że Boże Narodzenie (Wielkanoc też) to w dużej części wydarzenie bardziej kulturalne i tradycyjne niż religijne. ;) (przynajmniej u mnie w rodzinie. Do kościoła nikt nie chodzi, parę osób jest bardzo cięte na stan duchowny, ale prezenty pod choinką co roku leżą)

Tylko teraz przyzwyczaić się znów do pracy i nabierać sił na dość ciężki luty.

Chyba miałam napisać coś jeszcze. Zapomniałam. Na pewno miałam posprzątać mieszkanie. Idę spać.