Archiwum miesięczne: Grudzień 2014

Koniec roku 2014

Co do zeszłorocznych postanowień:

1. udało mi się przeczytać trochę książek, jak widać w Kąciku Czytelniczym. Nie wiem, czy dalej będę go prowadzić. Na pewno w 2015 wchodzę ze stosikiem książek świeżo nabytych i pożyczonych, które wypadałoby przeczytać.

2. pierogi w tym roku robiłam chyba dwa razy i stwierdziłam, że to nie dla mnie. Pierogi mnie nie lubią. Za to ugotowałam i upiekłam wiele innych rzeczy, z efektem całkiem zadowalającym.

3. hiszpańskiego nawet nie tknęłam.

4. pojechałam za granicę i było bardzo fajnie. Siostra coś przebąkuje o wyprawie do Holandii i Belgii latem – zobaczymy.

5. przytyłam. Sporo. I potem też schudłam. Jeszcze więcej. I ostatnio znowu trochę przytyłam, ale były Święta. Mam nadzieję, że znowu uda się schudnąć ;)

Postanowień na nowy rok na razie brak – może poza wyjazdami z domu? Ruszyć się trochę z podwórka? Po Nowym Roku jadę do SPA pod Ostródą, myślę o wyskoku Pendolino do Krakowa (lubię jeździć pociągami, o ile nie jedzie się 14 godzin, bo już po 6 zaczyna mnie boleć tyłek), plus jakiś dłuższy wyjazd latem.

Uważam swoje życie za całkiem satysfakcjonujące, może nie do końca, ale na pewno mogło być gorzej.

Więc satysfakcjonującego życia w nowym roku 2015 życzę Wam, Szanowni Czytelnicy. :)

Rozjeżdżanie

Siostra niedawno pisała, że prawie rozjechała samochodem rowerzystę. Miał czarne ubranie, nieoświetlony rower i jechał po przejściu dla pieszych.

Ja dzisiaj prawie rozjechałam pieszego. Miał ciemne ubranie i chciał przejść po nieoświetlonym przejściu dla pieszych. Wylazł mi prawie pod koła samochodu. Znaczy, byłaby to moja wina.

Jako pacholę byłam przekonana, że skoro ja widzę światła zmierzającego w moją stronę samochodu, to i samochód (znaczy kierowca) widzi mnie. Odblaski nosiłam bardzo rzadko.

Przeżyłam. Nikt mnie nigdy nawet nie drasnął. Może dlatego, że zawsze schodziłam na pobocze.

Obecnie, kiedy przechodzę nocą po przejściu dla pieszych i jestem ubrana na czarno (bądź ogólnie w ciemne kolory, co mi się często zdarza), to zachowuję szczególną ostrożność. Nie włażę nikomu pod koła. Aż tak mi się nie spieszy.

Ale to nie zmienia faktu, że nie, kierowca nie widzi pieszego w momencie, kiedy pieszy widzi samochód. Zauważa go bardzo, bardzo późno. Często pewnie za późno.

Ja wiem, że wielu osobom, jak muszą się przemieszczać na własnych nogach, wyłącza się instynkt samozachowawczy. Tak, wiem, masz pierwszeństwo na przejściu, ale cholera jasna, weź pomyśl przed wpakowaniem się na nie tuż przed nadjeżdżającym samochodem. Ja ci chętnie ustąpię. Tylko pomyśl i nie daj się przejechać.

Dni seryjne

Każdy dzień w pracy dentysty niesie coś innego. Każdy pacjent to indywidualny przypadek, który trzeba odpowiednio potraktować. Nawet, jeśli przychodzi kilka podobnych przypadków jeden po drugim, nie mogę powiedzieć, że o, u pana zrobię dokładnie to samo, co u tamtej pani. Tak samo ukształtuję ubytek, założę taki sam kolor i wielkość materiału. Bułeczki sobie można formować w ten sposób, u ludzi to tak nie wygląda.

Ale czasami się zdarza, że jakiś konkretny zabieg czy przypadek określa cały dzień, bo „przychodzi” serią.

Na przykład są dni chirurgiczne. Co drugi pacjent (znaczy wszyscy bólowi) żegnają się u mnie z jakimś swoim zębem. I nie dlatego, że takie jest moje postanowienie, ale dlatego, że do niczego innego się te zęby nie nadają…

W upały zdarzają się dni ropne. Wtedy schodzi kilka skalpeli, a ja dzielę się z asystentką usatysfakcjonowanym „mlask mlask” na widok zielonkawej, gęstej cieczy, wypływającej z wytworzonej przeze mnie dziurki w śluzówce .

Dni „endodontyczne” mnie męczą. Leczenie kanałowe to czasochłonna, mało zyskowna dłubanina z dużym ryzykiem trudności i powikłań. Znacznie bardziej lubię zwykłe leczenie próchnicy.

Niedawno miałam z kolei dzień obolałych osiemnastolatków. Trzech panów lat około 18 wyszło ode mnie z terminem na wizyty na leczenie kanałowe dolnych trzonowców. Szef się ucieszy, bo część poleci do niego ;).

Szkoda, że dni, w których nie ma żadnych kanałów, zdarzają się bardzo rzadko.

Są dni nudne, kiedy pacjenci serią nie przychodzą. Są dni z robotą po pachy, kiedy przychodzą wszyscy wcześniej zapisani plus dodatkowi, z bólem. Są też dni zrównoważone, kiedy po prostu przyjmuje się kolejnych pacjentów bez nerwów, bez obsuw, jest czas na zjedzenie ciacha po trzech godzinach pracy, jest miło, satysfakcjonująco i po wyjściu z przychodni ma się jeszcze siły na cokolwiek.

Ale zazwyczaj co pacjent, to coś innego.

I tak też jest fajnie.

Certyfikaty

Dentysta powinien się regularnie dokształcać. Może to czynić, będąc członkiem towarzystwa naukowego (PTS, PTE…), prenumerując aprobowaną prasę, jeżdżąc na punktowane kursy.

Punktowane, znaczy poza dawką wiedzy, w programie znajduje się też dawka punktów edukacyjnych i certyfikat. Izby Lekarskie zalecają zebranie 200 punktów w 4 lata. Punkty dostaje się za każdą z wyżej wymienionych (i parę innych) aktywności. Zdobyte punkciki wpisuje się do specjalnego zeszyciku (wydanego przez Izbę) i razem z certyfikatami, co 4 lata się je zawozi celem weryfikacji. Tak powinno być w teorii, bo w praktyce nie wszyscy dentyści to robią.

Moje certyfikaty się walają po kilku szufladach i segregatorach. Wiem, że limitu nie wyrobię i za bardzo się tym nie przejmuję. Od czasu do czasu zaklepię sobie wolną sobotę (o które coraz trudniej) i se pojadę na kilkugodzinny, zazwyczaj darmowy kurs, organizowany albo przez Izbę, albo przez firmę farmaceutyczną. Posiedzę, posłucham, wypiję kawkę, zjem ciasteczko. Czasami zdarzy się coś ciekawego. Na nieciekawe rzeczy szkoda mi czasu.

Ostatnio usłyszałam opowieść o dentyście, który wszystkie certyfikaty wieszał sobie na ścianach poczekalni.

Trzy całe ściany (na czwartej były drzwi ;) ), obwieszone oprawionymi w ramkę dyplomami. Zaświadczenia z kursów za np. 3 punkty (czyli 3-godzinnych).

Opowiadający historię do tej pasji podchodził bardzo negatywnie, chociaż mogło mieć na to wpływ generalnie negatywne podejście do wizyty u tego akurat dentysty. Ale słyszałam też parę innych głosów na ten temat, może nie aż tak negatywnych, ale na pewno z lekka ironicznych i lekceważących. Chwalenie się kursami jednodniowymi zostało porównane do wystawki ze szkoleń w salonie fryzjerskim.

W obu moich pracach nic takiego nie wisi. Widziałam kiedyś tylko oprawione dyplomy ukończenia odpowiedniej szkoły przez pracujące w gabinecie asystentki. Jeden mój szef ma specjalizację I stopnia, ale o tym informuje tylko na swojej pieczątce lekarskiej, do czego ma zresztą pełne prawo.

Każdy dentysta ze swoimi dyplomami robi, co chce. Ten z pasją wieszania, w okresie rozliczania się z punktów z Izbą będzie musiał te wszystkie obrazki ściągnąć ze ścian, zaświadczenia wyciągnąć z ramek i dostarczyć do siedziby samorządu lekarskiego, razem ze wspomnianym zeszycikiem. Jeśli o mnie chodzi, to ewentualnie powiesiłabym zaświadczenie z kursu, który znacząco podnosiłby moje kwalifikacje w jakiejś konkretnej dziedzinie (coś takiego nigdy nie jest darmowe i na pewno nie za pojedyncze punkty). Raczej nie ładny druczek na białym kredowym papierze, z paroma punktami za kurs o temacie „Ból w endodoncji”, na który to kurs wybieram się w sobotę.

A Wy, szanowni Czytelnicy i zapewne też Pacjenci? Co byście woleli? Wystawkę ze wszystkiego, z ważniejszych rzeczy czy w ogóle puste ściany w poczekalni? Jak byście zareagowali na trzy ściany obwieszone dyplomami z kursów za 3 punkty?