Kronika remontowa

[Wstęp napisany 17.10.2014, później wpis aktualizowany na bieżąco]
Mieszkam w obecnym mieszkaniu ponad 2 lata. To nie był mój wybór, by tu zamieszkać, w sensie to nie była swobodnie podjęta decyzja, tylko sytuacja wynikła z różnych wskazań życiowych. Tak czy siak, przez te dwa lata ze średnią akceptacją patrzałam na przybrudzone ściany w pokoju dziennym i wybitnie niepasujący mi, ciemny kolor tych fragmentów ścian łazienki, które nie są wyłożone białymi kaflami. Wynajmuję to mieszkanie, nie jest moje, często mi mówiono, że nie ma co inwestować w nie kasę i czas, bo nie wiadomo, jak długo w nim pomieszkam. Na razie zainwestowałam w rolety. I trochę mebli. I nic więcej.

2.10.2014 – dowiaduję się, że moja nadzieja na rychły powrót do domu rodzinnego raczej nie ma większych podstaw. Po kilku godzinach dochodzę do wniosku, że równie dobrze można się tu (w obecnie zajmowanym mieszkaniu) bliżej urządzić.

3.10.2014 – postanowienie malowania ścian w pokoju dziennym i łazience.

6.10.2014 – zebrane pierwsze ulotki z tabelami kolorów farb.

12.10.2014 – przyszłe kolory ścian praktycznie wybrane. Zakupione mydło malarskie, spisane ceny farb w Leroy Merlin. Postanowienie rozszerzenia obecnej umowy z dostawcą internetu i kablówki o pakiet programów tv. Chwilowe myśli o wymianie kanapy po remoncie.

15.10.2014 – mierzenie ścian w mieszkaniu. Obliczona ilość potrzebnej farby: 5 L kolorowej do pokoju dziennego. Do tego 2,5 L na sufit w pokoju dziennym, 2,5 L na ściany w łazience. Zmiana myśli o wymianie kanapy na myśli o przemalowaniu drewnianych, nieco poplamionych krzeseł.

17.10.2014 – siostra (właściciel mieszkania) umówiła się z dostawcą kablówki na 22.10.2014 na podpisanie nowej umowy, jako że poprzednia podobno się kończy. Podpisywanie umowy na nowo, przeze mnie, raczej byłoby średnio opłacalne, ale było brane pod uwagę, gdyż siostra myślała, że umowa jest na jej męża, z którym z różnych powodów nie mam ochoty rozmawiać.
Wyciągnęłam ze ścian wkręty pod dawno ściągniętą półkę na książki nad telewizorem. Dziury do zaszpachlowania w późniejszym terminie. Zastanawianie się, jak ja do cholery odkleję przyklejone do ścian ramki ze zdjęciami, bez robienia kolejnych dziur w ścianie z kartongipsu. Ładowanie akumulatora wkrętarki.

18.10.2014 – this shit got serious.

Duże zakupy w Obi

Duże zakupy w Obi

19.10.2014 – po naładowaniu wkrętarki wykręciłam ze ścian i sufitu wszelkie niepotrzebne wkręty. Doczytałam, w jakie wałki i pędzle powinnam się zaopatrzyć.

22.10.2014 – umowa z dostawcą kablówki podpisana.

25.10.2014 – kolejne zakupy w Leroy Merlin.
Przy okazji opowieść genderowa:
Ustawiła się baba w kolejce do kasy. W koszyku folia malarska, pędzle, wałek, taśma maskująca i parę innych drobiazgów. Momencik później za babą ustawił się niewiele od baby starszy, zupełnie babie obcy facet, dzierżąc w dłoniach plastikowe rury.
Pytanie pani na kasie: Mają państwo kartę Leroy Merlin?
Baba i facet [chóralnie]: My jesteśmy osobno.
Znaczy baba nie może samodzielnie przepłacić za materiały malarskie?
;)

27.10.2014 – prawdopodobnie ostatnie zakupy w Leroy’u: mały wałek z rączką do łazienki, zapas dużego wałka (w sensie sam wałek, bez rączki, bo kupiłam wcześniej) i papier ścierny. I chyba coś jeszcze. Tak czy siak, resztę narzędzi, mam nadzieję, wysępię od Rodziciela.

3.11.2014 – wysępienie od rodziców doszło do skutku.

5.11.2014 – pierwsze poważniejsze działania: zmatowienie powierzchni błyszczącej farby w łazience, mycie ścian w łazience, początki sprzątania pokoju dziennego.

6.11.2014 – zaszpachlowanie zbędnych dziur w łazience. Opróżnienie regałów na książki i filmy w pokoju dziennym.

7.11.2014 – opróżnianie kuchni.

9.11.2014 – czas start – przestawianie mebli, oklejanie wszystkiego folią (kafelków w łazience, mebli i podłogi w salonie, włączników światła i gniazdek elektrycznych), gruntowanie ścian w łazience, mycie ścian w salonie, szpachlowanie dziur w salonie. Przy okazji wkurw pt. ale by mi się jakiś facet przydał do tego durnego klejenia, który przeszedł we wkurw pt. na cholerę mi facet??? przy przewracaniu regału na bok.

10.11.2014 – malowanie sufitów wszędzie (w salonie dwa razy, a i tak wyszło do kitu), malowanie części ścian w salonie (między szafkami kuchennymi a blatem), malowanie ścian w łazience, sprzątanie łazienki, gruntowanie wcześniej zaszpachlowanych ścian w salonie. Przy okazji kolejny wkurw, z różnych powodów. Hormonalno-towarzyskich głównie.
Wieczorem stwierdziłam, że nowy kolor w pokoju dziennym wychodzi chyba zbyt żarówiasty, ponadto koleżanka na FB zdołowała mnie na jego temat tak, że się poryczałam i później nie mogłam spać w nocy.

11.11.2014 – stwierdziłam, że jednak mam gdzieś opinię koleżanki na temat koloru ścian. Trzeci raz pomalowałam ściany w łazience, smarnęłam wszystkie w pokoju dziennym (niektóre, przemalowywane z ciemniejszego koloru, pomalowałam trzykrotnie w zaleconym odstępie czasowym między warstwami). Sprzątanie i poprawki w łazience. Sprzątanie i poprawki w pokoju dziennym. Zerwanie folii malarskiej z podłogi, odkurzenie. Wypuszczenie kotów z sypialni – spędziły w niej prawie 3 dni (zamknięte koło południa 9.11., uwolnione wieczorem 11.11.), z szoku łaziły po mieszkaniu w wersji niskopodłogowej ;).
Ponowne rozkładanie mebli i głośników zestawu kina domowego w salonie w planie na czwartek i piątek. Dzisiaj zwyczajnie już mi się nie chce, a jutro jestem cały dzień w pracy.

Nie wyszło idealnie. Tu zaciek, tam plama, sufit w ogóle wyszedł beznadziejnie, bo farba nie chciała kryć, a wałek się kręcić na wysięgniku. Biały pas pod sufitem trochę nierówny… Ale to mój malarski debiut. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Opierałam się na artykułach na stronach sklepów typu Leroy Merlin i na wcześniejszych obserwacjach przy tego typu pracach w domu. W dodatku robiłam to zupełnie sama. Następnym razem po prostu wynajmę ekipę…

Mieszkanie na 3 (najwyższym) piętrze, w mieszkaniu na środku (czyli mam sąsiadów z dwóch stron) ma pewną, niezaprzeczalną zaletę. Ogrzewanie mam podłogowe. Bojąc się, że z folii na podłodze zrobi się balon, ogrzewanie wyłączyłam. Praktycznie cały czas miałam uchylone przynajmniej jedno okno. Mimo wszystko cały czas było mi ciepło. Owszem, wymachiwanie pędzlem i wałkiem pewnie przyczyniało się do tego uczucia, ale podczas przerw było mi komfortowo.

Dzisiaj wreszcie, po raz pierwszy od trzech dni… wezmę prysznic. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *