Archiwum miesięczne: Październik 2014

Aktywna asysta

Techniką na cztery ręce nie pracuję. Nie nauczyli. Znaczy pracuję tylko chwilami, jak moje dwie ręce to za mało.

Ale mam asystentki dentystyczne na zawołanie. Wierzcie mi, dobra asysta to skarb.

Dobra asysta w wielu przypadkach oznacza osobę, która wie, co robi i umie obserwować lekarza, z którym pracuje.

Jakiś czas temu zastanawiałam się, po co w szkołach asystentek i higienistek stomatologicznych uczą przebiegu zabiegu od strony lekarskiej. U nas nadal pacjent większość czasu podczas wizyty spędza pod bezpośrednim okiem lekarza dentysty, więc wydawało mi się, że taka wiedza u asysty nie jest konieczna.

Ostatnio zmieniłam zdanie.

Do pracy po studiach poszłam z wyrobionymi na uczelni zwyczajami. Owe zwyczaje częściowo uległy zmianie z przebiegiem czasu i zyskiwanym doświadczeniem, są jednak rzeczy, których się trzymam. Przez ponad cztery lata w pierwszej pracy i półtora roku w drugiej, asystentki zdołały wyłapać sporo z tych rzeczy.

I tu się przydaje wiedza odnośnie danego zabiegu.

Dzisiaj przychodzi pacjent. Ząb po dewitalizacji (zatruciu miazgi) na poprzedniej wizycie. Mówię asystentce, że wizyta po zatruciu. Pada tylko pytanie, ile płynów do płukania kanałów ma być. Ja na to, że dwa.

No to dostaję pilniki do opracowania kanałów, owe dwa płyny (podchloryn sodu i EDTA), endometr, linijkę endo i ssak. Jeśli potrzebuję czegoś więcej, to o tym mówię.

Jeśli pacjent na leczenie zachowawcze miał na wcześniejszej wizycie założony określony rodzaj i kolor wypełnienia, na kolejnej, również z leczeniem zachowawczym, dostanę na asystor ten sam materiał, bez proszenia.

Podczas wizyty na NFZ użycie wytrawiacza przeze mnie wiąże się z pytaniem asysty o kolor wypełnienia z kompozytu. Kondycjoner do zębiny oznacza użycie glass-jonomeru i nikt nie musi o to pytać. Wypełnienie estetyczne w zębach przednich asysta zaczęła szybko łączyć z moim proszeniem o trzymadełko do tarczki polerskiej – już nie muszę o nie prosić, dostaję z automatu.

Asystentka musi wiedzieć, co robi lekarz. Musi wiedzieć, dlaczego to robi. Jeśli nie wie, niech zapyta. Jeśli pracuje z lekarzem na cztery ręce, czyli pomaga mu bezpośrednio, siedzi po drugiej stronie pacjenta i ma wgląd w paszczę ofiary, musi wiedzieć, co za zabieg będzie się odbywał, żeby wszystko zawczasu przygotować.

Ostatnio rozmawiałam z higienistką, wyszkoloną w Niemczech. Opowiadała mi, że jeśli u pacjenta miało być na przykład szlifowanie zęba pod koronę protetyczną, lekarz wykonywał tylko samo szlifowanie. Znieczulanie, zakładanie nici retrakcyjnej celem odsunięcia dziąsła, a później wyciski, robiła higienistka. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, w bogatszych miastach. Ale nawet tutaj, na wsi i w małym mieście, już nie będę się dziwić, „po co wam to?”.

Kącik muzyczny u k.

OneRepublic przez długi czas było dla mnie zespołem, który tworzył fajne, wpadające w ucho piosenki; który miał wokalistę o imponującej (dla mnie) skali głosu (chociaż jego trzy oktawy plus cośtam to ogólnie nie jest jakiś wyjątkowy wynik na tle wielu innych wokalistów, ale bardzo mi się podoba sposób, w jaki te trzy oktawy są używane ;) ). I to by było na tyle.

Pewnego dnia siostra wysłała do mnie wiadomość na GG z pytaniem, czy jedziemy na ich koncert do Warszawy.

Spoko, możemy jechać. Sama bym na to nie wpadła. Pojedziemy razem. Miejsca na trybunach na Torwarze wykupione.

Kupiłam ich jedną płytę (najnowszą). Wsłuchałam się w tekst paru piosenek. Na przykład tej, która stała się moją ulubioną, a po stworzeniu tego teledysku wymusiła zbieranie szczęki z podłogi.

I kupiłam kolejną płytę (środkową). Nad zakupem trzeciej (a właściwie pierwszej ;) ) się jeszcze zastanawiam.

Potem przez przypadek trafiłam na filmik, który umieściłam na samej górze tego wpisu. Gitarzysta OneRepublic odwala miażdżącą solówkę w stylu flamenco na gitarze klasycznej. Z drobnym wykorzystaniem efektu pętli.

Ponownie zebrałam szczękę z podłogi i postanowiłam się dowiedzieć, jak w ogóle ten gitarzysta się nazywa. Że wokalista to Ryan Tedder, to wiedziałam od dawna. To się dowiedziałam, że gitarzysta to Zach Filkins, długoletni przyjaciel Teddera. Że w pięcioosobowym składzie zespołu jest jeszcze perkusista Eddie Fisher, gitarzysta Drew Brown i wiolonczelista/gitarzysta basowy Brent Kutzle (który przy okazji jest śliczny).

Mogę jechać na koncert. Wymagane minimum wiedzy zaliczone.

Za dwa tygodnie o tej porze pewnie będę z niego wychodzić (albo będę się już przebijać przez Warszawę w drodze do domu. Albo siostra będzie się przebijać, bo ja prowadzę do Warszawy, bo sobie obiecałam, że pojadę autostradą, o).

Następnym razem miejsce wykupię pod sceną.

Reinkarnacja

Mrówka

Mrówka

Zaczęłam się zastanawiać, kim była Mrówka w poprzednim wcieleniu.

Bo, jak Bozię kocham, tak „ludzkiego” kota nigdy nie widziałam.

Jestem jej karmicielką od dwóch lat, wcześniej karmy do miski dosypywała moja siostra. Jeszcze wcześniej była ratowana w domu tymczasowym w Toruniu i B(rz)ydgoszczy, a jeszcze wcześniej była kotem „działkowym”. Tyle wiemy.

Obecnie ma jakieś 8-9 lat.

Jest raczej nieduża, ma czarne futro z białymi plamami na szyi i w okolicach „bikini”. Ma dość krótki ogonek i wielkie, zielone oczy.

I świetnie rozwinięte z racji częstego używania struny głosowe. O ile koty mają coś takiego. Ale jakoś dźwięki z siebie wydają, nie? Mamy tu jakiegoś weterynarza?

I ma całkiem spory rozumek w małej, czarnej, kociej główce.

I ten rozumek jest chyba w niej najbardziej niesamowity.

Z Mrówką można pogadać. Można się pokłócić. Dobrze wie, co się do niej mówi.

Potrafi się obrazić, jak zabraniam jej wskoczyć do umywalki w łazience. Wyraźnie widać, jak przetwarza moje „nieeee…”, sprawdza kątem oka, czy na nią patrzę, przymierza się do skoku, po czym na moje zdecydowane „NIE!” odwraca się, odpyskowuje po kociemu, wychodzi z łazienki i siada tyłem do drzwi.

Jest pyskata, absorbująca, hałaśliwa, wymusza to, czego chce. Co rano muszę dosypać choć trochę świeżej karmy, choć w misce jest jeszcze żarcie. Po południu głośne miauczenie to informacja, że mam ją wpuścić na górną półkę szafy w korytarzu. Siedzi tam potem kilka godzin i jest spokój.

Przychodzi na kolana, komentuje głaskanie.

Protestuje na tarmoszenie, ale później i tak wraca.

Moja mama ostatnio opowiadała, jak Mrówka kiedyś ją poganiała do płaczącej, siostrowej córki.

Odpowiada, jak się do niej zagada.

Kim więc była w poprzednim wcieleniu? Inteligentnym człowiekiem, nielubiącym kotów, zamienionym w jednego za karę?

Wiem, że moją fascynacją Mrówką krzywdzę trochę Kisiela. Ale Kisiel to jest, niestety, trochę przygłupawy, duży rudzielec. Aż tak się nie angażuje. Trzyma się bardziej z boku. Lubi drapanie za uchem. Wieczorem, kiedy leżę w łóżku, podchodzi i robi bęc! i trzeba go pomiziać. Tulenie (a fajnie się go tuli) już jest ble, długo nie wytrzyma. Na kolana też nie przychodzi.

Głosik ma z rodzaju „ostatni kastrat”, czasami jego miauki wychodzą bezgłośne. Za to bardzo głośno mruczy.

Jest wybredny, podczas gdy Mrówka żebrze. Nie wiem, co gorsze. Z drugiej strony to Kisiel ma lepiej rozwinięty instynkt łowiecki: poluje na większość owadów w mieszkaniu i na świetlne zajączki. Potrafi biegać po ścianach ;).

Nie kuma idei drapaka, drapie wszystko (znaczy moje łóżko, fotel komputerowy, kanapę, uszczelkę uchylonych drzwi balkonowych, ścianę z kartongipsu…), tylko nie drapak. Nie zawsze wychodzą mu skoki na odległość. Bardzo łatwo go przestraszyć.

Więc jest to kot tak jakby z drugiego bieguna.

Też się cieszę, że go mam. Tak się często kocha. Inaczej, ale równie mocno :)

Kisiel

Kisiel

Praca jest niezdrowa, lekarze odradzają

Alergii na lateks dorobiłam się na 5 roku studiów. Najpierw na czwartym roku niechcący na grzbiet prawej dłoni sypnęłam sobie proszek od mieszanego materiału do wypełnień (zazwyczaj do proszku dodaje się specjalny płyn, miesza to razem, pakuje do ubytku i to twardnieje przez kilka minut), później, na piątym, zaczęły się pojawiać podrażnienia, spękania i przesuszenie skóry na tej dłoni. Z rękawiczek lateksowych przerzuciłam się na winylowe, kupowałam ich określony rodzaj, jako że generalnie ciężko je założyć na ręce, które są chociaż trochę wilgotne. Obecnie używam nitrylowych. Jak się zrobi trochę chłodniej na zewnątrz, zacznie działać ogrzewanie, kremik nawilżający idzie w ruch. Latem jest OK.

Rok temu prawy nadgarstek zaczął zdradzać objawy zespołu cieśni. Znaczy bolało, miałam osłabiony chwyt i trzymanie czegoś ciężkiego (typu talerz z obiadem) w wyciągniętej ręce też było niekomfortowe, chociaż noszenie w ręce opuszczonej w dół takiego problemu nie stanowiło. Pomęczyłam się tydzień, w dniu, kiedy wreszcie poszłam do lekarza, przestało boleć. Dostałam skierowania na rehabilitację, nie skorzystałam, bo kilka tygodni wcześniej byłam na 3-tygodniowym zwolnieniu lekarskim, przez kilka wcześniejszych miesięcy okazjonalnie nie było mnie w pracy – szef wprawdzie nie narzekał, ale wolałam nie zgłaszać się do niego z kolejnym zwolnieniem.

W zeszły poniedziałek znowu zabolało. Wkurzyłam się. Zaczęłam się dopytywać o możliwość przeniesienia do innej przychodni – w tej, w której jestem zarejestrowana, dostanie się do lekarza równa się stanie w kolejce w rejestracji od 6:30, poza tym jest daleko. Wzięłam odpowiednie druczki z przychodni na osiedlu obok. Jeszcze ich nie wypełniłam i nie zawiozłam. Bo we wtorek rączka przestała boleć.

Piątek, tydzień temu. Wstałam po szóstej (co się rzadko zdarza), pojechałam na kurs do Gdańska. Po kursie obiad w McDonald’s (dzisiaj się ważyłam, poniżej 68 kg, uff ;) ), po Macu do pracy. W pracy zapitolnik. Wafelek przegryziony w pośpiechu koło 19, chwila na wypicie herbaty zrobionej po 15, dopiero koło 20. O 22 w domu. Ok. 24 spać. Pobudka przed siódmą, śniadanie, herbatki, na 8:30 do pracy. W drodze do pracy migotanie obrazu na peryferiach pola widzenia prawego oka. Dojechałam do pracy. Było coraz gorzej. Trzymając butelkę wody w prawej ręce na wysokości twarzy, jakieś 45 stopni w prawo od osi widzenia na wprost, stwierdziłam, że jej nie widzę. Popiłam wodę, zabrałam się do pracy. Przy pierwszym pacjencie sytuacja z oczami zaczęła wracać do normy. Prawdopodobnie odwodnienie i zmęczenie. Raz mi się coś takiego dziwnego zdarzyło po szczepieniu.

Pracuję 4 lata. Mam pracować jeszcze jakieś 39-40.

Dożyję do emerytury?