Archiwum miesięczne: Wrzesień 2014

Urlopiątko

Sobotnim popołudniem zaczął mi się miniurlop. Byłam bardzo szczęśliwa z powodu tego faktu. Miało to być ładowanie baterii przed ciężkim październikiem.

W niedzielę wieczorem poczułam, że coś mnie bierze. Cały poniedziałek czułam się rozbita, bolała mnie głowa i gardło, mam wrażenie, że mam gorączkę; poszłam wcześniej spać, pod kołderką miałam jeszcze kocyk. We wtorek rano było mi już lepiej, ale nie idealnie. Był to też dzień, który z dumą przebimbałam, siedząc przed kompem i czytając. Jedyne, co udało mi się zrobić, to pojechać na zakupy.

Wczoraj postanowiłam się trzymać mojej zasady Środy Bez Komputera. Sprzęt zatem po porannym przeglądzie „prasy” (Facebook, Twitter, Tumblr ;) ) został wyłączony, około 10. Znowu pojechałam na zakupy, bo zabrakło mi kilku rzeczy (dziwne, po zmianie samochodu na większy, szybszy, bezpieczniejszy i cichszy jazda zaczęła sprawiać mi autentyczną przyjemność!), zrobiłam pyszny obiad (dorsz z pomidorami i szczypiorkiem wg przepisu z kwestiasmaku.com. Opróżniałam zamrażalnik z zaległości, pozbyłam się nie tylko dorsza, ale też otwartego opakowania ziemniaczków do pieczenia) i ogarnęłam trzeci pokój, tzw. graciarnię, która była istotnie składowiskiem, że tak powiem, „czystych śmieci”, czyli przepłukanych i posegregowanych opakowań plastikowych i szklanych, makulatury, kartonów po paczkach i starych ciuchów, dawno temu przeznaczonych do wywalenia. Po ogarnięciu wszystkiego śmieci w workach powędrowały do… korytarza, skąd je powoli wynoszę na śmietnik. Mieszkam na 3 piętrze, nie chce mi się wynosić wszystkiego od razu. Porządku idealnego nie ma i nie będzie, ale na pewno jest lepiej, niż było.

Miałam jeszcze zamiar wypucować łazienkę, ale mi nie wyszło.

Dzisiaj z kolei zabrałam się za zalegające na półkach w graciarni papiery. Wzięłam trzy segregatory i stosik koszulek na dokumenty, co się dało, to poukładałam, co można było, to wywaliłam. Męczyło mnie to też od dłuższego czasu i wreszcie się udało.

Poza tym, dobrałam się do kupionej wczoraj dyni hokkaido (która ma tę zaletę, że nie trzeba jej obierać) i zrobiłam z niej PRZEPYSZNĄ zupę z dodatkiem soku pomarańczowego, imbiru i serka philadelphia (również z kwestiasmaku.com – to przynajmniej trzeci wypróbowany przeze mnie przepis z tej strony i mogę ją z czystym sumieniem polecić). Ma ładny kolor, podana z płatkami migdałów wygląda tak (jeden z końcowych etapów przygotowania wymaga użycia blendera):

Zupka

Zupka, jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości

Ponieważ zostało mi jeszcze ponad pół kilo dyni (bez miąższu i pestek – w przypadku pestek się zastanawiam, czy je wywalić, czy uprażyć, bo generalnie pestek dyni nie jadam. Z drugiej strony dynia do tej pory w ogóle nie gościła na moim stole – w domu rodzinnym też nie – więc może powinna zacząć), to z reszty zrobiłam puree (kawałki dyni w przykrytym naczyniu żaroodpornym podpiekłam w piekarniku przez godzinę, do miękkości, ostudzone przepuściłam przez blender), podzieliłam na porcje po 100 g, każdą porcję wrzuciłam do kubeczka plastikowego i do zamrażalnika. Na jakiejś stronie radzą po pewnym czasie rozciąć kubeczek, wydobyć puree, przełożyć do woreczka na mrożonki i tak ostatecznie przechowywać w zamrażalniku. Pewnie wykorzystam do ciastek na Halloween ;).

Nadal nie posprzątałam łazienki. Może w weekend się uda.

A jutro na 14 do pracy. Weekend wolny. Nadal nie czuję się idealnie, chciałam sobie dzisiaj pojechać na molo do Orłowa, ale stwierdziłam, że to się może źle skończyć. Mam nadzieję, że niedługo dojdę w pełni do siebie …

Zatem pięć bonusowych dni wolnego było bardzo satysfakcjonujące pod względem kulinarno-porządkowym. ;)

Kolejny przypływ luzu, choć nie tak długi – w listopadzie. W tym wypad do Warszawy na koncert, squee! Potem w grudniu, na Święta. A potem się zobaczy.

Dzień strachliwych

Pewnego dnia w Drugiej Pracy był Nalot Strachliwych. Z 6 czy 7 pacjentów trzech w stanie dygotu przyznało się przy samym wejściu do gabinetu, że się boi.

Nie jestem dużą osobą. Wzrostu jestem raczej średniego, budowy też zdecydowanie Medium. Asystentka jest nieco niższa ode mnie. Ogólnie dwie dość drobne babki.

– Nas się pan/i boi? – z uśmiechem spytała asystentka.

Na takie pytanie pacjenci nie wiedzą, co odpowiedzieć. Czego właściwie się boją?

Swój strach uzasadniają różnie. W 80% przypadków to trauma z dzieciństwa. Znane wyciąganie z lekcji, wiertarki zasilane systemem napędu nożnego (pamiętam taki u mojej ortodontki, całe szczęście, nie traktowała nim zębów, tylko aparaty :) ), leczenie bez znieczulenia, w porywach do krzyku (ze strony dentysty). Mnie to jakoś ominęło, o co zadbali rodzice.

Pozostałe przypadki to pośpiech i/lub brak informacji udzielonej przez dentystę, co, jak i dlaczego. Jeden dentysta zatruł zęba i wypuścił pacjenta w świat, według pacjenta (który trafił po jakimś czasie do mnie) nie informując, że leczenie trzeba kontynuować. Nie wiem, może pracuję za krótko, ale jakoś nie potrafię zrozumieć, jaki to wysiłek powiedzieć trzy zdania: „Ząb został zatruty. Leczenie należy kontynuować w ciągu dwóch tygodni u pani/pana dentysty. W przypadku pozostawienia w obecnym stanie, dolegliwości mogą się znowu pojawić.” Inny pacjent obraził się na lekarza, bo ten zostawił ząb otwarty. Lekarz najwyraźniej nie wytłumaczył, dlaczego – tak się czasem po prostu robi. Te dwa przypadki, mam nadzieję, to przykład braku zrozumienia i niepamięci związanej ze stresem – pacjent nie zapamiętał, co mówił dentysta. Jeśli rzeczywiście odpowiednia informacja nie została udzielona, to mi smutno. Pacjenci często nie wiedzą i nie rozumieją, co dentysta robił i co dalej ewentualnie trzeba z zębem zrobić.

W jeszcze innym wypadku lekarz po podaniu znieczulenia nie zaczekał, aż zacznie ono działać i zabrał się od razu do usuwania zęba.

Jeśli o mnie chodzi, jeśli widzę, że pacjent może nie zarejestrować tego, co do niego mówię, piszę to na kartce albo daję wcześniej przygotowany druczek. Robię to szczególnie w sytuacji, kiedy wydaję receptę na kilka leków (antybiotyk, przeciwbólowy, probiotyk) lub po ekstrakcji zęba.

Na oświadczenie pacjenta o strachu przed bólem z uśmiechem oświadczam, że sama jestem jednym z pacjentów, którzy od wejścia wołają o znieczulenie i nigdy go pacjentom nie żałuję (chyba, że wiem, że nie zadziała, ale wtedy też mówię, co, jak i dlaczego). Zazwyczaj działa. Asystentka też mocno się udziela w rozluźnieniu atmosfery i uspokojeniu pacjenta.

Tamtego dnia, podczas Nalotu Strachliwych, od jednego Strachliwego usłyszałyśmy na koniec, że jesteśmy aniołami. Od innego, że jesteśmy the best i jeszcze tu wróci.

Czasami radą na strach przed dentystą jest zmiana lekarza. Pod warunkiem, że się dobrze trafi.

Tamci Strachliwi pewnie jeszcze parę razy usiądą z dygotem na fotelu. Ale wrócą na leczenie, zgłoszą się potem na kontrolę. A ja na ich widok będę od razu przygotowywać Ciepły Uśmiech #2 i karpulę do znieczulenia.

Nick Mason „Pink Floyd. Moje wspomnienia”

PINK-FLOYD-Moje-wspomnienia_Nick-Mason,images_big,27,978-83-60157-45-9

Książkę tę daaaaawno temu kupiłam Tacie na urodziny. Tata Floydów bardzo lubi i zresztą mnie tą sympatią zaraził. Jakiś czas po zakupie książkę „ukradłam” i tak sobie ze mną przebywała przez kilka lat. W końcu udało mi się ją przeczytać.

Nick Mason był perkusistą Pink Floyd od początku do końca istnienia tego zespołu. Pozostał w jego składzie nawet po odejściu Rogera Watersa.

Książka, wiele lat temu bardzo „skrycie” reklamowana w programie TopGear, jest opasłym tomiszczem, zawierającym, jak dla mnie, wyczerpujący opis dziejów zespołu. Pełno jest w nim nazwisk, anegdot, zdradzonych sekretów zza kulis czy zdjęć. Historie momentami smutne, momentami gorzkie, czasami zabawne, z widocznym staraniem autora, aby były przedstawione w miarę neutralnie czy chociaż z opisem argumentów obu stron w przypadku sporu – a tych trochę w czasie 30 lat istnienia zespołu jednak było.

Z dyskografii Floydów bardziej lubię krążki z późniejszego okresu, kiedy odeszli od początkowej psychodeli (momentami niedającej się słuchać) w stronę rocka. Z książki się dowiedziałam, że owo przejście miało miejsce jakiś czas po odejściu z zespołu jednego z jego założycieli, kompozytora i twórcy tekstów: Syda Barretta (który na praktycznie wszystkich zdjęciach miał znacząco nieobecne spojrzenie)…

Dowiedziałam się, że spektakl, jakim od początku było The Wall (bo chyba każdy kojarzy kultowe, maszerujące młotki), wcale nie był wyjątkiem. Każdy ich koncert to był spektakl – zarówno do wcześniejszych, jak i późniejszych płyt. Panowie fascynowali się efektami dźwiękowymi i świetlnymi, i wykorzystywali je podczas całej kariery.

Ta książka pozwoliła mi poznać dokładnie historię jednego z moich ulubionych zespołów, zrozumieć konflikty, które doprowadzały do zmian składu… I nabrać ochoty na powtórkę tej lubianej przeze mnie części ich twórczości :)

Padam na twarz

Wspomniane jakiś czas temu expienie czy też levelowanie w górę kosztowało mnie kilka nieprzespanych nocy i wyrzutów sumienia. Psychiczne zmęczenie całą sprawą – mimo jej zakończenia – ciągnie się za mną od połowy sierpnia. Mam dość, jestem zmęczona, mam ochotę raz nie wstać w poniedziałek do pracy.

Drugi szef dołożył zwiększenie mi godzin od października z powodów życiowych, dla mnie to oznacza tylko jedno popołudnie w tygodniu wolne. Ma to swoje plusy, ale nie mam siły o nich myśleć.

Podliczyłam wydane z NFZtu punkty, okazało się, że w sumie jestem na plusie (przekroczyłam osobisty, wewnątrzpracowy limit). Kiedy jakiś czas temu zdradziłam asystentkom, że chcę wziąć dodatkowych kilka dni urlopu, w sumie się ucieszyły. Szefa interesował tylko stan punktów z NFZ, jak mu powiedziałam, że się wyrabiam, to stwierdził, że mam tylko zaznaczyć w grafiku wybrany termin wolnego.

To zmęczenie podobno po mnie już nawet widać.

Jeszcze 5 dni roboczych. Jakieś 32 godziny pracy. I miniurlop.

4 dni. No, może 5, od niedzieli do czwartku. W piątek do pracy. Potem weekend wolny.

Wszystko fajnie pięknie, ale nie będzie opierdzielania się, bo w moim Nissanie powoli sypie się zawieszenie i to idealna okazja, żeby się za to zabrać.

Ale.

ALE.

Ale w poniedziałek nie będę musiała wstać rano do pracy.

Im bliżej tego wolnego, tym ciężej mi się zebrać.

Satysfakcja

Ogólnie fajnie, jeśli pacjent wychodzi z wizyty zadowolony.

W mojej krótkiej karierze dentysty obraziło się na mnie kilka osób. Niestety, albo ja się nadal uczę, albo nie można zadowolić wszystkich. Zazwyczaj nie rozpamiętuję takich przypadków. W pierwszej sytuacji dopisuję wydarzenie do listy doświadczeń z ewentualną nauczką na przyszłość, w drugiej wzruszam ramionami i robię dalej swoje.

Jeszcze fajniej, jeśli dentysta żegna pacjenta, również zadowolony.

Parę razy pisałam o fajnych dzieciach na fotelu. Takich, co cierpliwie wysiedzą 20, 25 minut na fotelu, wytrzymają wiercenie i chwile nudy, kiedy nic nie robię, tylko wołam o niemajtanie językiem, bo plomba twardnieje. Najbardziej satysfakcjonujące są „anioły” w wieku 3-6 lat. Od starszych już wymagam większej cierpliwości. Od młodszych nie wymagam nic poza otwartą paszczą do przeglądu. Wszystko, co się dzieje później, nie ma znaczenia.

Ale dorośli też potrafią dać mi satysfakcję.

Odbudowa zęba na wkładzie z włókna szklanego, kiedyś trwająca u mnie ponad godzinę, dziś zaliczana w 30-40 minut, z tym samym efektem, jeśli nie lepszym. W przyszłości będzie pewnie jeszcze krócej.

Skrócenie czasu leczenia średniej wielkości ubytku z ponad godziny na studiach do 20 minut cztery lata później.

I ostatnio licówki z kompozytu na jedynkach u pewnej pacjentki. Zęby dość ciemne, o brzydkim kształcie. Lekkie profilowanie, kryjący materiał, porządna polerka, na koniec zachwyt pacjentki. Rzadko jestem ze swojej pracy tak dumna, zwłaszcza, że prace estetyczne zawsze mnie stresują.

To są drobiazgi, które może z czasem mi spowszednieją. Na razie cieszę się z każdego małego zwycięstwa.