Małe pracowe radości

Raz czy dwa zdarzyło się, że u mnie na fotelu lądował pacjent, którego inny dentysta w którejś z moich dwóch prac nie dał rady znieczulić. Główny problem jest ze znieczuleniem przewodowym do otworu żuchwy. Wymaga ono dłuższej igły i trafienia w okolice odpowiednich struktur anatomicznych, do których jest kilka centymetrów w głąb od powierzchni błony śluzowej i do których trzeba dotrzeć trochę na ślepo. Znaczy wiadomo teoretycznie, gdzie co jest (nerw zębodołowy dolny i językowy), ale czy u pacjenta nie ma jakiejś małej anomalii anatomicznej, czy się igła nie wygnie gdzieś po drodze – tego nigdy nie wiadomo. Słyszałam o dentystach, którzy tego znieczulenia nie lubią. Ja go nie lubię jako pacjent, bo wkłucie, cholera, boli.

Albo kiedy na fotelu siada dzieć z historią histerii przy poprzednich podejściach do leczenia. Siada u mnie, widzi nieznajomą, bladą gębę w okularach, która za chwilę maskuje się na zielono albo niebiesko i coś chce robić w buzi.

Kiedy zatem trudnoznieczulający się pacjent podaje drętwienie dolnej wargi i języka po wstrzyknięciu pierwszej ampułki albo kiedy dzieć wychodzi z gabinetu z wyleczonym na spokojnie zębem, czuję, że lubię swoją pracę.

Bo to jasne, że takie sytuacje dają satysfakcję. Inni nie dali rady, ale ja tak.

I fajnie, że mi jeszcze za to płacą… ;)

{ Skomentuj }

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.