Historia zaginionej kablówki

Kiedy wprowadzałam się do tego mieszkania, miałam telewizję. Kablówkę, około 40 kanałów. Czasem i tak za mało, żeby znaleźć coś ciekawego do obejrzenia (szkoda, że Discovery nie jest już programem popularnonaukowym…), poza tym, spędzając całe dnie w pracy albo przed kompem, rzadko z owej telewizji korzystałam.

Chciałam skorzystać podczas Mundialu. Mianowicie chciałam obejrzeć mecz finałowy (słynne 7:1 mnie ominęło). Po włączeniu telewizora po raz pierwszy od kilku tygodni okazało się, że nie odbieram żadnych kanałów. No nie stroi. Nie ma. Bałam się, że coś jest nie tak z moim tv, któremu gwarancja skończyła się dawno temu.

Po kilku tygodniach okazało się, dlaczego nie mam żadnych kanałów.

Otóż jakieś 3 lata temu moja siostra i jej mąż (od których wynajmuję mieszkanie) założyli sobie telewizję satelitarną. Napisali do dostawcy kablówki, że rezygnują z telewizji – ma zostać tylko internet.

Abonament został dostosowany chyba na bieżąco. A kablówka nadal była.

Przez ponad rok, sporadycznie, ale jednak z niej korzystałam. Za darmo. Dostawca w końcu się zorientował i wyłączył.

Co jakiś czas myślałam o zakupie kabla sieciowego, bo mój tv ma odpowiednie gniazdo. Dzisiaj szwagier znalazł kabelek przypięty do routera. Wieczorem sprawdziłam, że telewizor do internetu podłączyć się rzeczywiście da. Działa to niechętnie i średnio intuicyjnie, ale podejrzewam, że odpowiedni stream by się jakoś znalazł.

I tak pewnie nie będę z tego korzystać, bo, jak to na Tumblrze (tak, mam konto na Tumblrze. Nie, nie podam Wam adresu) napisał ktoś mądry (acz z błędem, chociaż nie piszę, że ja nie popełniłabym ich więcej):

tv

{ Skomentuj }

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.