Smrodziciele.

Koleżanka czyta dużo książek i je recenzuje. Do pewnego stopnia zainspirowała moje książkowe wypociny, na których temat nikt się nie chce wypowiedzieć, chociaż wątpię, że brak zainteresowania by mnie powstrzymał przed pisaniem recenzji. Wszak to mój blogasek, o.

Rzeczona koleżanka (a nigdy się na oczy nie widziałyśmy) recenzuje nie tylko książki, ale też m.in. woski Yankee Candle. To takie coś, co się odkrusza, kawałki umieszcza w miseczce kominka, odpala się w nim podgrzewacz do herbaty i się czeka na aromat.

Ponieważ dzisiaj skończyłam wcześnie pracę, wróciłam do domu, wcześniej zaliczywszy obiad u mamy, stwierdziłam, że skoro nie mam za dużo sprzątania w planach i na sumieniu, będę się nudzić do 20 (środy bez komputera – od wyjścia do pracy do 20 – nadal są praktykowane, czasami rozszerzane na inne dni tygodnia). To pojechałam do Gdyni. A tam, na parterze Centrum Handlowego Riviera, stoisko Yankee Candle.

No sorry, Kasiek. Twoja wina. Kupiłam trzy woski.

Odkruszyłam troszeczkę. Odpaliłam świeczkę. Dwie minuty i poczułam moim wiecznie przytkanym nosem pierwsze sygnały, że wosk się topi.

Tak to wygląda:

swieczki

(to są moje trzy nabytki. Rodzajów wosków są generalnie dziesiątki)

Ta odrobina oderwanego wosku (widać, jakiej są wielkości w porównaniu ze świeczką w kominku) wystarczyła do rozniesienia słodkiego aromatu na moje całe, 43-metrowe mieszkanie.

Nie kupiłam Miękkiego Kocyka, choć korciło. Podobno produkt flagowy ;)

Fajowa sprawa, generalnie. Jak ktoś lubi sobie smrodzić w mieszkaniu, już teraz mogę polecić :).

Ale recenzować ich nie będę. Wystarczy tych inspiracji. Poza tym, nie mam do tego nosa ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *