Archiwum miesięczne: Luty 2014

„Chomik na widelcu” Claudia Torres, Jacek Krawczyk

chomik

Jestem fanką „prostej” literatury. Moje półki  z książkami są okupowane głównie przez thrillery, kryminały i książki przygodowe. Nie jest to literatura, z której można wyciągać jakieś mądre cytaty. Znamienne jest też to, że moje Środy Bez Komputera zostały wymuszone przez godziny, jakie spędzam na czytaniu fanfiction (amatorskich opowiadań opartych na książkach, filmach, grach komputerowych itp.) po angielsku, wśród których, nie ukrywajmy, trudno o arcydzieło. Czasami się zdarzy coś takiego znaleźć, ale tak czy siak, zazwyczaj sięgam po literaturę wybitnie rozrywkową.

„Chomika…” kupiłam w promocji, w Matrasie. Niecałą dychę mnie kosztował. Okładka i tytuł mnie zaintrygowały, stwierdziłam, że czemu nie, skoro chcę wrócić do czytania.

Psycholog policyjny śni o chomiku nabitym na widelec. Deserowy. Zawsze miał ten sen, kiedy dochodziło do jakiejś intrygującej śmierci. Śmierć dziewczyny w klubie nie wydawała się taka intrygująca, ot, przyczyny naturalne, była chora na serce. Ale okoliczności i osoby związane z tą śmiercią już takie oczywiste nie były…

Książka ma dwóch autorów: urodzoną w Łodzi córkę znanego, meksykańskiego pisarza i reżysera, oraz psychologa. Wpływ tego drugiego autora jest wyraźny: sprawa kryminalna jest jakby tłem dla opisów i rozwoju licznych, związanych z ofiarą postaci. Każda postać ma swoją historię, każda intryguje, każda wzbudza zainteresowanie, powoduje, że czekamy na jakieś nowe szczegóły z ich życia. Nie są to postaci budzące jakąś szczególną sympatię, ale nie jest to z powodu sposobu, w jaki są zbudowane, tylko raczej z braku czasu. Powieść jest stosunkowo krótka – 230 stron. I chociaż sprawa kryminalna rozwija się powoli, to jednak całość czyta się świetnie i szybko – poświęciłam na nią może 6-8 godzin.

To jest właśnie przykład takiej prawie idealnej, „lekkiej” lektury. Chciałabym poświęcić tym postaciom więcej czasu, bardziej je polubić, ale przy czytaniu odpoczęłam po „ościach” Ignacego Karpowicza, które mimo wszystko – bo to dobrze napisana książka i na pewno są osoby, którym się spodoba – mnie trochę zmęczyły (i których z powodu przerwy w czytaniu recenzować nie będę – powieści obyczajowe jednak nie są dla mnie).

I taki ten „Chomik…” jest. Żeby odpocząć. Następnego dnia można się wziąć znowu za coś cięższego. Może za Lackberg?

Gdybym pisała książkę #2

„… Czasami miło było nie włączyć komputera zaraz po wstaniu z łóżka. Można było wtedy – zwłaszcza, jeśli był weekend – spokojnie zjeść śniadanie, wypić herbatę, dokończyć książkę, która od miesięcy leżała na półce niczym wyrzut sumienia. Można było posłuchać specyficznej ciszy w mieszkaniu. Niby cisza, a jednak szum samochodów na drodze krajowej, jakieś 100 metrów od okna, pomiaukiwanie kotów… Była to miła cisza. W domu rodzinnym nie do uzyskania. …”

Nope. Nic lepiej.

(miałam napisać więcej, ale wyleciało mi ze łba. Chodziłabym z dyktafonem, gdybym nie bała się potem usłyszeć własny głos.)

Gdybym pisała książkę…

„… środa zawsze była punktem „teraz to już z górki”. Krótka, spokojna, prywatna zmiana, potem pracowita popołudniówka w czwartek i praca do 22 w piątek, sobota jakimś cudem wolna. Po środzie czas do weekendu szybko mijał.

Wypiekany właśnie w maszynce do chleba chlebek był mile żółciutki i pachnący pizzą. Postanowiła przetestować nowy przepis i wrzuciła do formy składniki niekonwencjonalne w przypadku codziennego pieczywa, między innymi 400 mililitrów maślanki i łyżkę suszonej bazylii. Tak było w przepisie. Zawsze gotowała według przepisu, „na oko” robiła tylko jajecznicę i określała czas pieczenia w piekarniku. Gdyby w tym drugim wypadku trzymała się ściśle wskazówek, wszystko spaliłoby się na wiór.

Nie musiała dzisiaj sprzątać, chociaż środy były zazwyczaj dniem na porządki. Odkurzyła tylko i nastawiła jedno pranie.

Wróciła do książki, odłożonej kilka miesięcy temu. Trochę z obowiązku, bo przerwała czytanie ze względu na zmęczenie materiałem, ale szkoda tak „osierocić” książkę, skoro się jeszcze pamięta, o co w niej chodziło. Zdziwiła się, że powrót był tak lekki i przyjemny. Ciurkiem przeczytała ponad 50 stron, w rezultacie zostało jej nieco ponad 100 do końca 460-stronicowego tomiszcza. Pewnie doczyta przez weekend i zacznie coś nowego.

Żółciutki chlebek ze słodką papryką, oregano i bazylią stygł na kratce. Maszynka do chleba została pogłaskana z wdzięczności: z trudem wymęczyła prawie kilogram ciasta. K. przez chwilę zastanawiała się, czy nie będzie musiała jechać do marketu po nową, ale nie, nie tym razem.

K. ukroiła sobie dwie jeszcze ciepłe kromki. Jedną zjadła z posolonym nieco masłem, drugą z serkiem śmietankowym i kiełkami. Taka mała uczta, drobna przyjemność.

Włączyła sobie niedawno kupioną płytę One Republic. Jej ciche gniazdko wypełniły pełne optymizmu dźwięki…”

Dzięki Bogu nie piszę. Byłaby do kitu.

Starzeję się…

Kiedyś wcale nie używałam kremów do twarzy.

No dobra, przez rok łykania wysuszających wszystko piguł tak się łuszczyłam, że musiałam się zaopatrzyć w krem nawilżający. Ale dosyć szybko mi przeszło jego używanie. Stosowałam w chwilach kryzysu.

No i moja alergia na lateks na jednej ręce powoduje, że jest ona (ręka) wrażliwa też na zimno. Jeden dzień zaniedbań i prawą rękę mam jak wziętą od jakiejś zmizerniałej babci lat 80+. Babci, która w dodatku kogoś pobiła, bo grzbiet dłoni mam suchy i czerwony, zaś knykcie ślicznie i krwawo popękane. Używanie środka do dezynfekcji rąk w tej sytuacji jest wprost wybornym przeżyciem.

No ale dobra. To jeden krem. Najlepiej zwykła, niebieska Nivea. I to na rękę, a nie na twarz.

Ale na twarz też się zaczęło.

Najpierw kremik na noc. Ostatnio kremik też na dzień. Poza niebieską Niveą na łapkę mam jeszcze Niveę Soft. Wszystkie kremiki tak w ogóle produkcji Nivea.

Się kremikuję jak szalona.

Dobrze, że to nie kremy przeciwzmarszczkowe.

Aczkolwiek…

(PS.: Wpis nie jest sponsorowany)