Archiwum miesięczne: Styczeń 2014

Dwie prace są fajne

W pierwszej pracy – w przychodni stomatologicznej na dużej wsi, z kontraktem z NFZ – pracuję, odkąd skończyłam studia. Dostałam się tam na staż, pozwolono mi zostać po jego zakończeniu. Mam swoich pacjentów, czasami przychodzą nowi i mówią, że chcą wizytę u mnie, choć nigdy wcześniej u mnie nie byli i pracuje tam jeszcze czterech innych lekarzy (często pracuje trzech jednocześnie, mamy kilka stanowisk). Nie twierdzę, że jestem najlepsza, wręcz przeciwnie. Wielu rzeczy nie umiem, nie robię i się do tego otwarcie przyznaję. Ale najwyraźniej mam w sobie to coś, co powoduje, że ludzie chcą się u mnie leczyć. Zawsze jest to miłe.

W drugiej pracy pracuję niecały rok. Jeden z wielu gabinetów w niedużym mieście. Pacjenci wyłącznie prywatni. Szef doświadczony, lubiący bawić się w chirurgię stomatologiczną. Wymieniamy się stanowiskiem z szefem i jeszcze jednym lekarzem. Pracuję tam tylko 8 godzin tygodniowo i w jedną lub dwie soboty w miesiącu. Gabinet – chociaż wspomniana przychodnia umożliwia wysoką jakość usług – wyposażony w rzeczy, których w pierwszej pracy nie ma.

Ostatnio zauważyłam, że przenoszę doświadczenia z jednej pracy do drugiej. Czy raczej z drugiej do pierwszej. Widzę, że się uczę. Podnoszę wymagania wobec siebie. Stwierdzam na głos, że w przychodni coś by się przydało, po udostępnieniu zaczynam tego używać.

Taka nauka sprawia mi radość. To dobre doświadczenie. Lubię się uczyć i nie sprawia mi to przykrości. Czasami dobrze jest wyjść ze swojego bezpiecznego boksu i spróbować czegoś nowego, popatrzeć, posłuchać, podyskutować.

Lubię swoją pracę. Nie brzydzę się grzebać ludziom w zębach. Wybór tego zawodu był chyba jednym z najlepszych wyborów życiowych, do którego kiedykolwiek mnie popchnięto.

(bo sama nie wpadłam na to, żeby pójść na stomę. Rodzina podpowiedziała)

Inwestowanie w siebie

Czasami trzeba.

Są rzeczy, na które szkoda wydawać mi kasy. Cudowne pakiety „darmowych” minut od sieci komórkowej na przykład w ogóle do mnie nie przemawiają (bardzo rzadko do kogoś dzwonię). Ostatnio nie dałam sobie wcisnąć tabletu z równie cudownym abonamentem na internet. Na ciuchy nie lubię wydawać kasy. Spodnie za ponad stówę mogę zrozumieć, ale sweterek za 70 zł wzwyż nie znajduje u mnie zrozumienia. Butów nie zbieram. Już wolę torebki. Uważam, że długie płaszcze są piękne i chciałabym taki mieć, ale porządny płaszcz kosztuje kilka stów, więc mam swoją płaszczokurteczkę, które też jest piękna, a kosztowała nieco mniej. Nawet mój tata ją niegdyś na głos pochwalił.

Kasę wydaję na elektronikę i pochodne (mam wrażenie, że wygląd mam po mamusi – czy raczej po mamusi mamusi – ale charakter i upodobania trochę po tatusiu). Mniejsze zakupy robię impulsywnie, często wpadam po drodze skądś do MediaMarkt albo Empiku i wychodzę z filmem na BluRay, zazwyczaj takim, który dobrze już znam. Większe zakupy zazwyczaj poprzedza badanie rynku ;). Nie uważam się za zakupoholiczkę, znam zawartość swojego portfela i wiem, na ile mogę sobie pozwolić.

To są jednak drobne przyjemności.

Koleżanka ze studiów, doświadczona zawodowo technik dentystyczna, mówiła, że co roku funduje sobie masaż. Ostatnio to wspomnienie chodziło za mną częściej, kiedy podczas wykonywania jakiegoś zabiegu w wybitnie nieergonomicznej pozycji poczułam, że moje plecy mają powoli dość.

Generalnie czuję, że mam wiecznie napięte mięśnie. Ciężko jest mi całkowicie się rozluźnić. Nie mam wprawdzie szczękościsku, ale czasami czuję się zwyczajnie spięta.

Dzisiaj zatem w przerwie między jedną zmianą a drugą poszłam do przychodni z gabinetem rehabilitacji (po drugiej stronie ulicy od mojego miejsca pracy) i zamówiłam sobie cykl sześciu masaży caluteńkich plecków (powinnam 10, ale nie udałoby się tego pogodzić godzinowo, a z pracy wolałabym nie wychodzić). Pani masażystka podobno jest bardzo skuteczna. Zobaczymy, co uda jej się u mnie zdziałać. Początek 17 lutego, po trzy dni pod rząd przez 2 tygodnie.

I to jest inwestowanie w siebie. A nie tam jakieś drobne przyjemności.

Pańskie gardziełka

Moje dwa przejęte z mieszkaniem sierściuchy nie są karmione Whiskasem, tylko Puriną. Od czasu do czasu dostaje im się jakiś „smakołyk”, typu przeraźliwie droga puszka z mokrym żarciem, z zawartością mięsa większą, niż typowe dla tanich karm 4%.

Dzisiaj dostała im się karma „premium”. Po otwarciu puszki moim oczom ukazały się dwie połówki małego jajka, otoczone obiecaną rybą. Ja pierniczę, w życiu jajek przepiórczych nie jadłam, a wrzuca się je do kociej karmy.

Kisiel jest stworem wybrednym. Mrówka nie. Nie zje może wszystkiego, ale lubi żebrać i nie pogardzi chrząstką z gotowanej nóżki kurczaka. Na kurczaczku zazwyczaj robię sobie zupę.

Jajeczkiem jaśniepaństwo wzgardziło zgodnie. Mrówka wyjadła samo żółtko, białko wyrzuciwszy z miski na podłogę, Kisiel w ogóle olał to dziwne coś. Wylizał z miski najpierw sos, potem zjadł rybę, jajko zostało.

Tak to z kotami bywa. Można kupować puszki Animondy (jedne z lepszych karm), ale kotom najbardziej będą się uszy trzęsły na nieszczęsnym Whiskasie. Jak u ludzi. Przecież niezdrowy fastfood wchodzi najłatwiej.

(z mniej smacznych szczegółów: jedno dobre, że zjadły swój „smakołyk” powoli. Wciągnięta hurtem zawartość miski często wraca na światło dzienne tą samą drogą)

PS.: Zimno mi. Biurko pod oknem to momentami średni pomysł.

Blue Monday

Coś w tym chyba jest.

Dzisiaj jest podobno najbardziej depresyjny dzień w roku. Szkoda, że to tydzień po trzynastym, ale jednak. Dwa poniedziałki pod rząd przynajmniej częściowo do dupy. Tamten się przynajmniej miło skończył.

Prawie zaspałam do pracy. Po drodze zawiozłam do niej jedną z moich współpracownic, której samochód nie ruszył.

W pracy było spokojnie. Fałszywy sygnał.

Pojechałam do Gdyni (25 km w jedną stronę) celem kontynuacji odzyskiwania swojej kasy z funduszu oszczędnościowego (raz już byłam, dostałam długi formularz do wypełnienia). Rodziciel niedawno przeżył prawdziwą mękę, usiłując dokonać tego samego. W infolinii firmy prowadzącej fundusz niegdyś polecono mi udać się do oddziału banku, w którym mam konto, do którego ów fundusz był „przypięty”. No to poszłam. Dzisiaj – kiedy miałam oddać do wysyłki otrzymany formularz – kazano mi przyjść za godzinę. Po godzinie kazano mi pójść do innego oddziału, bo oni nie mogą tego wysłać i czemu dostałam tak długi formularz? W drugim oddziale mi powiedziano, że mogę to załatwić w dwie minuty przez internet. W domu się okazało, że wcale nie mogę i muszę iść do oddziału.

Co oznacza kolejną wyprawę do Gdyni, bo w oddziale w moim mieście zamieszkania nikt tego nawet kijaszkiem z daleka nie chce dotknąć.

Niniejszym zaraz trafi mnie szlag.

Jutro cały dzień w pracy.

Żałuję, że nie mam wanny.

Poniedziałek, trzynastego.

Ser żółty mi się zepsuł. Bez sera żółtego nie jestem w stanie żyć. Ser żółty na chlebie, majonezie i posmarowany keczupem to moja podstawa żywieniowa. No ale się zepsuł. Zjadłam pół kromki chleba zamiast całej (te pół, na którym nie miałam sera).

Kot rzygnął na podłogę.

Podczas mojego wrzucania postów nie tutaj, został wyłączony prąd.

Ponieważ było ciemno, wlazłam oskarpetkowaną nogą we wspomniane, kocie rzygi.

Wyszłam za późno z mieszkania. Musiałam wszak przebrać skarpetki i zetrzeć kocie rzygi z podłogi.

Śmieciara zastawiła mi wyjazd z parkingu. Kierowca po otrzymaniu sygnału, że ma się ruszyć, czekał sobie jeszcze kilka minutek, zanim to uczynił. Wśród śmieciarzy będą krążyć legendy o przeklinającej („żesz w mordę kopany” i „no k***a mać, rusz się!” pod nosem lub w zamkniętej kabinie samochodu, ale krzykiem, więc pewnie słyszalnie w jakimś stopniu) kierowniczce Złomka.

Od rana napitalał mnie łeb. Dwie piguły Apapu nie pomogły. W środku dnia okazało się, że zwyczajnie mam za niskie ciśnienie. Mimo wypicia na przerwie porządnej kawy z ekspresu, ból nie przeszedł do końca.

Ale pacjenci się zachowywali porządnie. Wszystkie ekstrakcje ząbków (były trzy) przeszły wprawdzie z mocowaniem się, ale bez powikłań. Nawet usuwanie trzykorzeniowej, górnej czwórki.

I pan placowy na stacji benzynowej umył mi wszystkie szyby w Złomku, jak płaciłam za tankowanie w drodze z pracy do domu.

Teraz tylko muszę dokończyć trzecią serię „Sherlocka”, przeżyć to i można zbierać siły na kolejne 10 godzin w pracy jutro.

Dziecięcia mądrzejsze od rodziców

Dziecię płci męskiej, lat 8. Opuchło. Podobno pierwszy raz na fotelu (jak słyszę coś takiego, to mi się lampka ostrzegająca przed gruzem włącza).

Mamusia zadbana, dobrze ubrana, ładny makijaż. Dziecię też zadbane, z wyjątkiem tej nieco późnej inicjacji dentystycznej.

Dzieci generalnie leczyć nie lubię ze względu na ich nieprzewidywalność. Zazwyczaj zaczynam tak samo, dziecię siada, ja siadam, zakładam rękawiczki i maseczkę, podnoszę fotel. Włączam lampę, chwytam lusterko, pokazuję dziecięciu, informuję, że obejrzę sobie ząbki. Często ten etap jest wyznacznikiem dalszej współpracy – jeśli pacjent od razu zacznie protestować, to lekko nie będzie. Ale nie zawsze, pozory mylą. Tym razem uzyskuję pełen widok mieszanego – mleczno-stałego – garnituru uzębienia.

Znajduję sprawcę opuchlizny. Mleczak z dziurą. Chwytam badyla (zgłębnik), grzebię trochę w dziurze, pytam, czy dokuczam. Nie dokuczam. Wypływa trochę ropy. Opisując czynności montuję wiertło na turbinie, informuję, że będzie „piszczeć, dmuchać, lać wodą i wyganiać brudy z zęba”, prezentuję owo piszczenie i lanie wodą, pokazuję ślinociąg, który tę powódź z buzi będzie wyciągał, proszę o szerokie otwarcie paszczy.

Poszerzenie dziury przebiega bez zbędnych efektów dźwiękowych i innych specjalnych. Wypływa trochę więcej ropy. Na pytanie asystentki dziecię potwierdza, że jest lepiej. Umawiamy się na ekstrakcję za kilka dni.

Na koniec wizyty okazuje się, że to dziecię chciało przyjść do dentysty. Mamusia by sobie darowała, skoro ropa zaczęła schodzić.

Mamusia wyraźnie bardziej spanikowana od dziecięcia, który podszedł do całej sprawy z dziecięcą ciekawością i niczym więcej. Owszem, mama musiała być blisko, ale nie trzeba go było nawet za rękę trzymać.

Zalecenia dostali oboje – mama ode mnie, dziecię od asystentki. Podobno do kwestii wydłubywania sobie z dziury resztek jedzenia podeszło bardzo poważnie.

Wszystko przebiegło fajnie, bez problemu, chociaż postawa mamuśki z łatwością mogła spowodować, że miałybyśmy zdarte bębenki bez względu na to, co bym dziecięciu robiła. No bo jak mama się boi, to pewnie jest strasznie. A nie było.

I mam nadzieję, że nie będzie.