„Hobbit: Pustkowie Smauga”

Drużyna złożona trzynastu krasnoludów, hobbita i czarodzieja kontynuuje swoją podróż do Samotnej Góry. Po drodze muszą pokonać kilka przeszkód, jak wrogość Leśnych Elfów, orki i smoka…

„Kontynuują” to słowo klucz. Film zaczyna się od środka, mianowicie od razu od pościgu, przez co sprawia wrażenie bycia wyciętym bezpośrednio z większej całości. Można się tego spodziewać, skoro to środkowa część filmowej trylogii na podstawie jednej książki, ale jednak zabrakło mi wprowadzenia.

Co poza tym? Mówi się, że film jest nudny. Otóż, proszę państwa, nie jest. Coś się dzieje cały czas, z koniecznymi dla oddechu przerwami. Są pościgi, walki, strzelanie z łuku, trochę dramatyzmu i próba wprowadzenia międzyrasowego romansu.

Jest też smok, mówiący bardzo mi znajomym, głębokim, brytyjskim barytonem. Benedict Cumberbatch w wywiadach co chwilę powtarza, że nie tylko podkładał głos, ale też robił motion capture dla Smauga. Owszem, smok mimikę miał. Na ile udało się odwzorować ruchy reszty ciała aktora, tego nie wiem. Dowiem się z dodatków na BluRay (tym razem zaczekam na wersję rozszerzoną). Jako głos Nekromanty był mniej rozpoznawalny.

Zdjęcia? Zapierają dech w piersiach. 3D absolutnie nieprzydatne w scenach walk, ale pszczółki latające przed nosem były ciekawym doświadczeniem. Jak zwykle piękne krajobrazy Nowej Zelandii, scenerie dodające klimat niepokoju i zagrożenia.

Aktorsko? Nie trawię Evangeline Lilly w roli nieistniejącej w książce elfki Tauriel. Może to dlatego, że jej postać nie pochodzi z „wysokiego” rodu, pozostałe elfy we wcześniejszych filmach nosiły się i mówiły bardziej po królewsku, więc może to stąd ten problem. Następnym razem się poprawię.

Absolutnie genialny jest Martin Freeman. Musiałabym powtórzyć sobie pierwszy film, żeby porównać, ale mam wrażenie, że z czasem coraz lepiej czuł się w tej roli. Gesty, sposób wypowiadania kwestii, wyraz twarzy, spojrzenie – jeśli jest na ekranie, nawet z taką konkurencją, jaką jest ogromny smok, nie można odwracać od niego wzroku, bo a nuż widelec coś się przegapi.

To nie jest wierna adaptacja książki. Część materiałów dodano z Silmarillionu i dodatków do „Powrotu króla” Tolkiena, część jest twórczością własną scenarzystów i reżysera. A wszystko po to, żeby ten dwuipółgodzinny film stanowił wypełniacz między początkiem historii, a jej końcem, bo właśnie największą rozpierduchę zostawiono na trzeci film.

I może z tego powodu z kina wyszłam z niedosytem. Niby fajnie, ale czegoś zabrakło.

7/10.

{ Skomentuj }

  1. kasiek

    W gruncie rzeczy to mamy bardzo podobne odczucia. ;)