Archiwum miesięczne: Grudzień 2013

Postanowienia noworoczne na 2014

1. dokończyć kilka zaczętych książek (m.in. „ości” Karpowicza, która w jednej gazecie miała niezłą recenzję, mnie zaczęła męczyć po kilku rozdziałach, a według Hołowni twórczość tego pana jest generalnie nużąca. Dzięki Ci, Szymonie. Poczułam się lepiej). I zacząć czytać oraz skończyć kolejne :). Kiedyś książki pożerałam. Teraz, niestety, nie mam się czym chwalić :(.

2. nauczyć się robić pierogi i opanować tę technikę w stopniu powtarzalnym i zadowalającym. U mnie w rodzinie nie ma pierogowej tradycji (poważnie! Na Wigilię nie ma ani śladu pierogów!), a to było jedno z moich głównych postanowień „co zrobię, jak będę miała własną kuchnię”.

3. przynajmniej zacząć uczyć się hiszpańskiego. Pierwsze materiały do nauki dostałam kilka lat temu, od tamtej pory leżą na półce, zupełnie nieruszone.

4. pojechać za granicę! Nie wiem, najechać znajomych mieszkających pod Helsinkami, zrobić wypad do Londynu, Pragi albo Lwowa. Nie mam pojęcia, pojechać gdziekolwiek na chociaż 2 dni, przywieźć jakieś durne pamiątki i zdjęcia, których nikt później nie obejrzy.

5. nie przytyć. Nie piszę, że schudnąć, bo znam siebie. Ale nie przytyć ponad normę wagi.

Życzę Wszystkim wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Aby spełniły się Wasze marzenia i byście mieli siłę i motywację do trzymania się swoich postanowień.

Astronomiczne wydarzenie roku

Kiedyś bardzo interesowałam się astronomią. Tak bardzo, że dzisiaj potrafię rozpoznać może trzy czy cztery gwiazdozbiory (z tradycyjnie wyznaczonych 88). Zainteresowanie obejmowało wyłącznie kwestie wizualne: astronomiczna część fizyki w szkole okazała się zupełnie niesatysfakcjonująca.

Tak czy siak, w listopadzie i grudniu miały być na niebie widoczne dwie komety: ISON i Lovejoy. Kometa fajna rzecz, miło byłoby popatrzeć i przypomnieć sobie o dawnej pasji. Jedna miała świecić w okolicach Wielkiego Wozu (jednego z gwiazdozbiorów, które jestem w stanie rozpoznać).

No i rok się kończy i jest problem.

Obie komety rozpieprzyły się o Słońce.

I tyle w temacie obserwacji.

PS. Wysłano z tabletu. Tego na korbkę.

Komu deserek?

2013-12-29 16.42.18

Ciastka francuskie na ciepło (kupione mrożone, wypieczone w piekarniku) z nadzieniem czekoladowym plus kawa z proszku.

Smacznego. :)

Automat!

Rodzice kupili mamie samochód, ośmioletniego, świetnie utrzymanego Nissana Note. Note ma większość najważniejszych bajerów, typu ABS, klimatyzacja i automatyczna skrzynia biegów.

Moje autko nie ma takich dobrodziejstw. U mnie nawet poduszki powietrzne zamieniono na elektrycznie sterowane, przednie szyby.

Ale chciałam się przejechać. Pojechałam z tatą, najpierw na miejscu pasażera. Zjechaliśmy w rzadziej uczęszczaną uliczkę i zrobiliśmy przesiadkę.

Przejechałam w sumie jakieś 2 kilometry. Pierwszy raz w życiu za kierownicą samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Miałam ochotę usiąść na lewej nodze – jest absolutny zakaz robienia z nią czegokolwiek w okolicy pedałów. Rozpędziłam się bez większego problemu, pojechałam kawałek 70 km/h.

Fajnie było.

Byłam trochę spięta, w końcu samochód nie mój, większy od mojego, w dodatku przeżycie nowe. Ale pewnie po jakimś czasie bym się przyzwyczaiła i jak reszta członków mojej rodziny, nie chciałabym później wrócić do ręcznej skrzyni.

Na razie wajcha skrzyni biegów w moim złomku mi nie przeszkadza. Ale jeśli kiedyś będę miała zbędne 20 tysięcy złotych, to nie obrażę się za automat w „nowym” samochodzie…

„Hobbit: Pustkowie Smauga”

Drużyna złożona trzynastu krasnoludów, hobbita i czarodzieja kontynuuje swoją podróż do Samotnej Góry. Po drodze muszą pokonać kilka przeszkód, jak wrogość Leśnych Elfów, orki i smoka…

„Kontynuują” to słowo klucz. Film zaczyna się od środka, mianowicie od razu od pościgu, przez co sprawia wrażenie bycia wyciętym bezpośrednio z większej całości. Można się tego spodziewać, skoro to środkowa część filmowej trylogii na podstawie jednej książki, ale jednak zabrakło mi wprowadzenia.

Co poza tym? Mówi się, że film jest nudny. Otóż, proszę państwa, nie jest. Coś się dzieje cały czas, z koniecznymi dla oddechu przerwami. Są pościgi, walki, strzelanie z łuku, trochę dramatyzmu i próba wprowadzenia międzyrasowego romansu.

Jest też smok, mówiący bardzo mi znajomym, głębokim, brytyjskim barytonem. Benedict Cumberbatch w wywiadach co chwilę powtarza, że nie tylko podkładał głos, ale też robił motion capture dla Smauga. Owszem, smok mimikę miał. Na ile udało się odwzorować ruchy reszty ciała aktora, tego nie wiem. Dowiem się z dodatków na BluRay (tym razem zaczekam na wersję rozszerzoną). Jako głos Nekromanty był mniej rozpoznawalny.

Zdjęcia? Zapierają dech w piersiach. 3D absolutnie nieprzydatne w scenach walk, ale pszczółki latające przed nosem były ciekawym doświadczeniem. Jak zwykle piękne krajobrazy Nowej Zelandii, scenerie dodające klimat niepokoju i zagrożenia.

Aktorsko? Nie trawię Evangeline Lilly w roli nieistniejącej w książce elfki Tauriel. Może to dlatego, że jej postać nie pochodzi z „wysokiego” rodu, pozostałe elfy we wcześniejszych filmach nosiły się i mówiły bardziej po królewsku, więc może to stąd ten problem. Następnym razem się poprawię.

Absolutnie genialny jest Martin Freeman. Musiałabym powtórzyć sobie pierwszy film, żeby porównać, ale mam wrażenie, że z czasem coraz lepiej czuł się w tej roli. Gesty, sposób wypowiadania kwestii, wyraz twarzy, spojrzenie – jeśli jest na ekranie, nawet z taką konkurencją, jaką jest ogromny smok, nie można odwracać od niego wzroku, bo a nuż widelec coś się przegapi.

To nie jest wierna adaptacja książki. Część materiałów dodano z Silmarillionu i dodatków do „Powrotu króla” Tolkiena, część jest twórczością własną scenarzystów i reżysera. A wszystko po to, żeby ten dwuipółgodzinny film stanowił wypełniacz między początkiem historii, a jej końcem, bo właśnie największą rozpierduchę zostawiono na trzeci film.

I może z tego powodu z kina wyszłam z niedosytem. Niby fajnie, ale czegoś zabrakło.

7/10.

O kurde, zapomniałam

W Wigilię robota, w pierwsze święto do późna byłam poza domem, zatem wciąż siedząc w piżamce i mordując stronę

życzę Wam wszystkiego najlepszego :)

Nie chce mi się

Kiedy studiowałam, myślałam sobie, że po zostaniu dentystą pójdę na studia zaoczne na informatykę. W końcu prawie zawaliłam studia przez komputer czy też spędzanie przy nim zbyt dużo czasu. Po rozpoczęciu pracy okazało się, że nie mam na to sił i czasu.

Wiem, że informatyka to dość szerokie pojęcie. Grafikiem byłabym beznadziejnym (zero obrazkowej inwencji twórczej), myślałam o programowaniu, ale do tego podobno trzeba mieć łeb.

No i kobieta informatyk jest podobno jak świnka morska. Ani to świnka, ani morska ;)

No i tak sobie siedzę i się męczę nad tym WordPressem i nie mogę znaleźć sił na znalezienie motywu, który by mi odpowiadał, nie chce mi się też szukać w CSS możliwości wszczepienia pilniczków między notki (kto zauważył, że blog ma nowy tagline? ;) ). I sobie myślę, że jednak podstawowa wiedza na temat HTML, CSS i wszelkich innych udziwnień związanych z tworzeniem stron bardzo by mi się teraz przydała.

Jedną rzecz WordPress na pewno ma fajną. Możliwość publikacji postów z datą wsteczną. Z drugiej strony na blox jest prawie 450 postów – w końcu pisałam tamtego bloga ponad 3 lata. Ni cholery nie będzie mi się chciało przenosić wszystkich ręcznie (automatycznie nie potrafię).

Zatem na razie witam odwiedzających na nowym blogu, wciąż we wstępnej fazie tworzenia. Myślę, że nowe notki będę umieszczać już tutaj. A jeśli znajdzie się ktoś chętny do podpowiedzenia mi czegoś stronotwórczego od czasu do czasu (biorąc pod uwagę, że trzeba do mnie mówić jak do czterolatka), to proszę się zgłosić. Tylko stawkę za godzinę proszę sobie jakąś rozsądną ustalić. ;)

W tym momencie zaczynamy przygodę z blogowaniem w nowej lokalizacji.

Wcześniejsze treści bloga znajdują się tu:

The K-Files na blox.pl

Jak mi się zachce, to je przeniosę tutaj. Wszystkie notki znajdujące się poniżej tego wpisu pochodzą właśnie stamtąd, zostaną one umieszczone w kategorii „Archiwalne”.

Przesiadamy się!

Wiem, że jest wcześnie, nowe miejsce jest w remoncie, kurz się wala, śmieci latają, ściany niepomalowane i w ogóle, ale fajnie by było w to nowe mieszkanko wprowadzić już nieco życia.

Zatem wszystkich czytelników proszę o przesiadkę na

www.thekfiles.pl

Przestawić RSSy, poklikać, spróbować skomentować, po czym na stary adres (w programie pocztowym proszę wyciąć sugerowany, końcowy fragment adresu, jeśli ktoś chce napisać po kliknięciu w linka poniżej):

thekfile@gazeta.pl

proszę przesłać mi wszelkie uwagi.

Z góry dziękuję i Bloxie – żegnam.

Akcja Prezenty na Gwiazdkę 2013

… zakończona powodzeniem, z rezultatami satysfakcjonującymi (bywałam niezadowolona z kupionych prezentów. Nie jestem pewna, co myśleli obdarowani). Zakupy empikowe odebrane, Poczta Polska i InPost też stanęły na wysokości zadania (PP dostarczyła przesyłki na IP na wtorek). Dzisiaj była tylko szybka przebieżka po W. w poszukiwaniu kilku ostatnich drobiazgów. Zarobił m.in. pan z Bluesa, również na mojej okołogwiazdkowej chęci nabywania sobie samej „prezentów”. Wzbogaciłam się mianowicie o legalne wydanie „The Wall” Floydów. Rodzicielowi dostaną się jakieś nowe/stare nutki z tego samego nurtu. W sklepie brzmiały fajnie, a zespół podobno mało znany. Myślę, że chęć pomocy Pana była zwiększona tym, że swoje zakupy zaczęłam od The Wall, a potem poprosiłam o poradę. W zeszłym roku wyszło mniej fajnie ;).

Kolęda u mnie na osiedlu zaczyna się już jutro i tak na dobrą sprawę nie widzę powodu, by ją przyjąć. Głównie ze względu na to, że nie jestem praktykująca.

Ale Święta obchodzę, ktoś zauważy.

A ja odpowiem, że w polskiej, bardzo katolickiej (nawet, jeśli nieszczerze) kulturze Boże Narodzenie przestało być wyłącznie świętem chrześcijańskim, zmieniło się w zjawisko kulturowe. Ot, taka okazja do spotkania się w rodzinnym gronie i ofiarowania prezentów. Niektórzy przeżywają to bardziej duchowo, ja byłam na Pasterce raz w życiu i potem to odchorowałam, bo stałam w przedsionku kościoła.

Jeszcze 4 dni robocze do przerwy świątecznej.