Archiwum miesięczne: Październik 2013

Dzielni mężczyźni

Przykład 1:

Duży pan. Wysoki, dobrze zbudowany. Gdybym go nie znała i zobaczyła w ciemnym zaułku, pewnie bym się przestraszyła. Czerwona koszulka ratownika medycznego dość ciasno opięta na szerokiej klatce piersiowej.

Siada na fotelu dentystycznym i drżącym głosem prosi o znieczulenie.

Przykład 2:

Pan nieco mniejszy. Króciutko ostrzyżony. Też dość dobrze zbudowany. Kilkakrotnie się pyta, czy nie będzie bolało. Za każdym razem zapewniam, że dostanie znieczulenie i przy ubytku tej głębokości nie powinien nic poczuć.

W karcie pacjenta, w rubryce „zawód” wpisane „żołnierz zawodowy”.

Na pytanie asystentki, czy postrzał na wojnie nie jest bardziej straszny, pan dzielny obrońca naszego kraju odpowiada, że postrzału tak nie czuć. Przynajmniej na początku.

Przykłady inne:

Pacjenci na fotelu mdleją (czy raczej zaczynają „odlatywać”, bo nikt jeszcze nie stracił przytomności) mi rzadko. Na 10 przypadków 8 to faceci.

Bo generalnie twierdzi się, że panie mają niższy próg bólu (łatwiej sprawić im ból), ale są bardziej wytrzymałe (dłużej go znoszą). Pracuję zawodowo trzy lata (plus dwa i pół roku ćwiczeń na uczelni) i, jak w mordę strzelił, to się potwierdza.

Efekty dźwiękowe

Dziewczę lat 7-8, generalnie współpracujące. Ze względu na zniszczenie próchnicą trzeba usunąć mleczną piątkę. Mleczne piątki w tym wieku mają jeszcze korzenie pełnej długości, w dodatku rozchodzące się w różne strony, bo między nimi ma się rozwijać zawiązek zęba stałego. Utrudnia to wykonanie zabiegu.

Więc dziewczę zostaje najpierw znieczulone żelem, potem normalnie, ze strzykawki. Po kilku minutach dziabię zgłębnikiem dziąsło wokół zęba.

– Czujesz kłucie?

Dziewczę kiwa przecząco głową.

Więc biorę nakładacz płaski i robię sobie wokół zęba miejsce na kleszcze. Dziewczę zaczyna pomrukiwać. To się pytam czy boli. Na zaprzeczenie informuję, że może czuć, że coś robię, jest to normalne i nic się na to nie poradzi.

Po zrobieniu sobie miejsca biorę korzeniowe Meissnery i łapię dziobami ząb. Zaczynam ruszać nim na boki, trochę się kruszy. Dziewczę znowu mruczy. Znowu pytam, czy boli, dziewczę zaprzecza.

– Znaczy, musisz sobie pomruczeć? – pytam.

Dziewczę potwierdza.

A ja, asysta i mama dziewczęcia w śmiech.

Zabieg zakończył się powodzeniem, pacjentka przeżyła. Dostała zęba na pamiątkę czy też celem wyciągnięcia piątaka od Wróżki Zębuszki.

Kurtyna, oklaski.

Skąd się bierze pismo lekarskie?

Witamy w programie „Obalamy mity”. Dziś zajmiemy się bardzo ważnym tematem pisma lekarskiego. Jest to zjawisko bardzo dobrze znane, o niejasnych jednak źródłach.

Witamy w studiu Key R.*, polską dentystkę z trzyletnim doświadczeniem zawodowym i nadmiarem wolnego czasu. Pani doktor, skąd się bierze pismo lekarskie?

– Z całą pewnością podstawy pisma lekarskiego leżą na studiach medycznych i potrzebie bardzo szybkiego notowania na wykładach i ćwiczeniach. Po dwóch latach studiów u niektórych przyszłych lekarzy można zaobserwować początki tego pisma. Z czasem, już po zakończeniu studiów, przekształcają się w pełne pismo lekarskie.

Czy to jedyne podstawy?

– Nie. Jeśli adept sztuki lekarskiej przeszedł przez studia z zachowaniem własnego charakteru pisma, co jest coraz częściej możliwe przy znaczącej cyfryzacji, dostępności materiałów na ksero i w wersji elektronicznej, jego własna praktyka lekarska ma spore szanse prędzej czy później doprowadzić do wykształcenia pisma lekarskiego. Papierowa dokumentacja pacjenta, papiery do NFZtu wymagają czasu, którego pacjenci nie chcą dać lekarzom.

Więc pismo lekarskie tworzy się z pośpiechu?

– Częściowo z pośpiechu, częściowo z lenistwa luźno związanego z niedbalstwem. Możemy mieć nadzieję, że to niedbalstwo ujawnia się tylko przy pisaniu recept. I tym samym współczuć farmaceutom.

A pani pismo?

– Bazgroliłam zawsze, chociaż w miarę czytelnie. Na studiach trochę się pogorszyło, ale chyba nadal – głównie dzięki temu, że nie mam własnego gabinetu, a w głównym miejscu pracy dokumentację mamy elektroniczną – moje pismo jest nieomalże kaligraficzne w porównaniu z dziełami niektórych lekarzy. Zdaję sobie jednak sprawę, że będzie coraz gorzej. I nic się na to nie poradzi.

Dziękuję za rozmowę.

* skrót od mojego, samodzielnie nadanego pseudonimu „artystycznego” w niektórych kręgach ;). Wymyśliłam go przed utworzeniem tego bloga i stąd pochodzi „K” w tytule i moim podpisie, jak ktoś do mnie wyśle e-maila. Pełnej wersji nie podam, bo jest unikalna i zbyt łatwo byłoby mnie znaleźć. ;)