Mleczaki

W drugiej pracy asystentka spędziła ostatnie dwie godziny piątkowej zmiany na unoszeniu do góry palca u ręki, ukąszonego dziecięcymi szczękami, uzbrojonymi w mleczaki. Zgodnie doszłyśmy do wniosku, że mleczaki są tak ostre, bo ich posiadacze nie mają siły w szczękach. Zęby stałe są względnie tępe, ale tkwią w kościach poruszanych mocniejszymi mięśniami, więc z powodzeniem pełnią swoją funkcję. Coś za coś.

Dzisiaj robiłam przeglądy dwóm takim parom mleczakowych szczęk. Dziewczę lat 4,5 i chłopię lat 3,5. Oba zestawy szczęk mogły się poszczycić ząbkami iście mlecznymi – bez ubytków. Przypadek dziewczęcia mnie szczególnie ucieszył, bo to dziewczę ze mną spokrewnione. Znaczy geny całkiem niezłe i higiena nienajgorsza. W nagrodę dostało dyplom i balona z rękawiczki. Zapomniałam sprawdzić zgryz, ale może to inną razą.

Ogólnie po obu przeglądach poczułam się całkiem pozytywnie. Dzieciaki z nietkniętymi próchnicą zębami zdarzają się w naszym cudnym kraju dość rzadko – przynajmniej u nas w przychodni (pierwszej pracy). Nasza higienistka stomatologiczna co tydzień spędza kilka godzin na malowaniu spróchniałych mleczaków na czarno – często u jeszcze młodszych dzieci niż ci moi dzisiejsi pacjenci – debiutanci.

Mniej pozytywna myśl to taka, że chyba rodzina na darmo posłała mnie na stomę, żeby zaoszczędzić na dentyście. Oficjalnie oświadczam, że nie cierpię ich leczyć. Szczególnie kanałowo, bo zawsze wymyślą sobie jakieś powikłania.

PS.: Pojutrze robię trzecią wyprawę do szpitala celem ustalenia daty zabiegu. Poprzednim razem nie zdążyłam. Do trzech razy sztuka. W ogóle nie pójdę tego dnia do pracy i będę tam siedzieć, aż COŚ w końcu załatwię!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *