Archiwum miesięczne: Czerwiec 2013

Znamy datę

Na Oddział Chirurgii Onkologicznej pewnego Szpitala w moim drugim Ulubionym Mieście mam się zgłosić 26 sierpnia.

Mogłam wcześniej, nie chciałam.

Niestety wiedzą już, że jestem dentystą. ;)

A ja nie wiem nic poza terminem. Drugiemu szefowi powiedziałam, że nie będzie mnie w pracy 2 tygodnie… I na razie tego się trzymajmy.

(pierwszy szef dowie się jutro)

Po drodze jeszcze dwie wyprawy do poradni na dodatkowe badania.

Zaczynam odliczanie.

Mleczaki

W drugiej pracy asystentka spędziła ostatnie dwie godziny piątkowej zmiany na unoszeniu do góry palca u ręki, ukąszonego dziecięcymi szczękami, uzbrojonymi w mleczaki. Zgodnie doszłyśmy do wniosku, że mleczaki są tak ostre, bo ich posiadacze nie mają siły w szczękach. Zęby stałe są względnie tępe, ale tkwią w kościach poruszanych mocniejszymi mięśniami, więc z powodzeniem pełnią swoją funkcję. Coś za coś.

Dzisiaj robiłam przeglądy dwóm takim parom mleczakowych szczęk. Dziewczę lat 4,5 i chłopię lat 3,5. Oba zestawy szczęk mogły się poszczycić ząbkami iście mlecznymi – bez ubytków. Przypadek dziewczęcia mnie szczególnie ucieszył, bo to dziewczę ze mną spokrewnione. Znaczy geny całkiem niezłe i higiena nienajgorsza. W nagrodę dostało dyplom i balona z rękawiczki. Zapomniałam sprawdzić zgryz, ale może to inną razą.

Ogólnie po obu przeglądach poczułam się całkiem pozytywnie. Dzieciaki z nietkniętymi próchnicą zębami zdarzają się w naszym cudnym kraju dość rzadko – przynajmniej u nas w przychodni (pierwszej pracy). Nasza higienistka stomatologiczna co tydzień spędza kilka godzin na malowaniu spróchniałych mleczaków na czarno – często u jeszcze młodszych dzieci niż ci moi dzisiejsi pacjenci – debiutanci.

Mniej pozytywna myśl to taka, że chyba rodzina na darmo posłała mnie na stomę, żeby zaoszczędzić na dentyście. Oficjalnie oświadczam, że nie cierpię ich leczyć. Szczególnie kanałowo, bo zawsze wymyślą sobie jakieś powikłania.

PS.: Pojutrze robię trzecią wyprawę do szpitala celem ustalenia daty zabiegu. Poprzednim razem nie zdążyłam. Do trzech razy sztuka. W ogóle nie pójdę tego dnia do pracy i będę tam siedzieć, aż COŚ w końcu załatwię!

Wiem, że nic nie wiem

Dzień w pracy był dość emocjonujący. Najpierw bez słowa nie przyszedł pacjent, który wcześniej robił burdy, że a) wizyta się opóźniła – co się zdarza i niech mu będzie, b) wyszłam z pracy, no jak ona mogła? a był zapisany do innego lekarza. Wtedy oczywiście oberwało się asystentce. Potem musiałam zacząć leczyć kanałowo siostrzaną dolną szóstkę i o ile zazwyczaj trepanacja komory zęba (przestrzeni pod szkliwem i zębiną, w której siedzi miazga, czyli m.in. naczynia krwionośne i nerwy zaopatrujące ząb) to tzw. wpad do dziury, tak teraz nie mogłam w ogóle do niczego się dostać. Nienawidzę leczyć rodziny, już pomijając pretensje, że przewodówka z Ubistesinu Forte trzymała 5,5 godziny – też mi nowość ;). Na koniec szef wyciągał mojemu pacjentowi złamane narzędzie z kanału i chyba mu się udało, pan może się na mnie nie obrazi za powikłania.

Po pracy śmignęłam jakieś 30 kilometrów do szpitala, który mi zasugerowano do wycinanek #2. Po drodze oczywiście pokłóciłam się z nawigacją, bo na początku byłam mądrzejsza od niej (zmądrzałam w listopadzie, jak trasę z omijaniem zakorkowanych dróg wyznaczyła mi na jakieś zamknięte dla ruchu wertepy), ale potem już ładnie mnie poprowadziła.

W szpitalu wspięłam się na oddział chirurgii onkologicznej. W sekretariacie skierowano mnie do piwnicy, do poradni. Według wywieszki na okienku rejestracji, przybywszy na miejsce o 13:30 spóźniłam się pół godziny na ustalenie terminu zabiegu, ale pani za szybą poinformowała mnie, że mam się stawić między 11 a 11:30, założą mi wtedy kartę i pan doktor mnie zbada celem kwalifikacji do zabiegu.

Ogólnie chorowanie i zabiegi są dla osób niepracujących.

Niczego nowego się nie dowiedziałam.

Postanowiłam, że zaryzykuję i śmignę ponownie tam w piątek rano, modląc się przy okazji, żebym przez remontowane wszędzie miasto zdołała dostać się do pracy na czternastą.

Na głodzie (rano zjadłam śniadanie, przy wychodzeniu z pracy o 12:40 chwyciłam Mleczną Kanapkę i to była cała skonsumowana przeze mnie żywność do tamtej chwili, czyli godziny 15) wróciłam do domu, chwyciłam skierowanie na RTG klatki piersiowej, załatwiłam fotkę. Do odbioru w piątek rano. Potem pojechałam kolejne 10 km w jedną stronę, bo oczywiście na wizycie nie przekazałam siostrze jej poczty. Obiad w końcu zjadłam przed 16, dojadając zupkę ugotowaną w weekend.

A było wcześniej zadzwonić do tej szpitalnej rejestracji i się zapytać, co i jak. Wprawdzie prowadzenie samochodu zaczyna mi sprawiać coraz większą przyjemność (kierowcą dalej jestem średnim, ale kiedyś auto to był wyłącznie środek do przemieszczenia się z punktu A do B), to jednak pieniążków na paliwo trochę żal.

A myślałam, że znowu trochę schudnę

Stan na środę: ból pleców, głowy, gardła i 38 stopni. Chyba musi mi się zachcieć jeść więcej warzyw i owoców, bo mieszkając u rodziców nie chorowałam co chwilę. Praktycznie całe popołudnie przespane, mieszkanie nieogarnięte.

Duomox 1 g co 12 godzin w natarciu, chociaż szczerze nie cierpię tych wielkich tabletek. Mam problem z ich przełknięciem nawet w stanie rozpuszczonym.

Stan na czwartek: temperatura w normie, ból gardła, kaszel, zwiększony pech przy pracy. Dobrze, że od jakiegoś czasu pracuję w maseczce, przyłbicę zakładam tylko do wiercenia. Niestety apetyt jest, nieco zmodyfikowany, ale śniadania i kolacje jem po staremu. Obiady konsumuję i tak tylko 3-4 razy w tygodniu z braku czasu.

Stan na piątek: gardło wyraźnie podrażnione, kaszel od czasu do czasu, ale zdolności umysłowe poprawione. Średnio mi się chce dokończyć spaghetti z wtorku, ale muszę, bo się zepsuje.

Nie schudnę tym razem :(

PS.: Mammografia nie boli. Tylko utrudnia oddychanie. ;)

No i po co?

Zamarzyły mi się duże filiżanki. Wpadłam do Pepco, zobaczyłam całkiem spore, czarne, z zielonym kwiatowym wzorem. Szukałam spodków, ale nie było, więc stwierdziłam, że trudno, biorę tak czy siak. Do tego wzięłam jeszcze dwie wysokie szklanki na nóżkach i biało-żółty kubek z kwiatkiem, który będzie mi służył za nowy, „ulubiony” kubek na poranną herbatkę.

Przy kasie wyjaśniło się, dlaczego do filiżanek nie było spodków – po przeciwnej stronie od wzorku napisano „SOUP”.

Kupiłam filiżanki do zupy.

Kurde, a życie kiedyś było takie proste. Zupy jadło się z głębokich talerzy albo bulionówek. Teraz mam dwie duże filiżany do zupy. Spoko. Gdyby nie ten cholerny napis, w ogóle nie byłoby problemu… W sumie nadal go nie ma, ale gościowi już herbatki w nich nie podam… Po co je podpisali?

Tak w ogóle to dzisiaj mamy tutaj lato, jakieś 25 stopni w cieniu. Po śniadanku pojechałam na zakupy, w hipermarkecie udało mi się zgubić listę, ale chyba ostatecznie kupiłam wszystko, co planowałam. Po powrocie do domu koło 12:30 stwierdziłam, że obiadek pewnie zjem przed 14, a koło 15, jeśli pogoda się nie zepsuje, wyskoczę na basen, bo na plażę za daleko. Pogoda się nie zepsuła, wyskoczyłam, po raz pierwszy od ponad pół roku potaplałam się przez 40 minut, zjechałam kilka razy zjeżdżalnią wodną, wymoczyłam się w jacuzzi. Potem zaliczyłam wspomniane Pepco i wpadłam do rodziców na pyszne ciasto baj moja siostra. Wyjechałam stamtąd z nowym czajnikiem typu inox (czyli w stalowej obudowie, ekspres do kawy i maszynę do chleba też mam w tym stylu), który nieco kosmicznie świeci na niebiesko, jak jest włączony. Wypas, już go uwielbiam.

Leniwą niedzielę psuje mi tylko fakt, że jutro wyjątkowo mam popołudniówkę nie dlatego, że była zaplanowana, ale dlatego, że musiałam przestawić pacjentów z wtorku, bo po południu kontynuuję diagnostykę przed wycinankami. W przyszłym tygodniu chcę zrobić RTG klatki piersiowej (też przez zabiegiem), a tydzień później (bo po co kumulować wrażenia na jeden dzień) czeka mnie wypad do szpitala, żeby się rozeznać w terminach przyjęcia na zabieg.

A tak w ogóle to marzy mi się weekendowy wypad do SPA. Masaże, basen do znudzenia, czytanie książek. Może w październiku, jeśli będzie mnie na to stać?