Archiwum miesięczne: Maj 2013

Będą kolejne wycinanki :(

Tym razem nieco poważniejsze od pieprzyka średnicy 4 mm. Żesz ja pierdzielę. Tamte były, bo chciałam. Te będą, bo muszę.

Dzisiaj się wcisnęłam do gabinetu lekarskiego bez kolejki – tak mi kazano. Przed i po dokonaniu tej strasznej czynności trzęsły mi się ręce. Podeszłam pod gabinet, ujrzałam kolejkę sugerującą przynajmniej trzy godziny czekania, nie otrzymałam zgody na wcześniejsze wejście, przepuściłam przed sobą dwie osoby i wpakowałam się jako trzecia. Pani doktor nieco starszej daty do mojego przypomnienia, że „jestem dentystą” odniosła się tak, jakby „dentysta” było określeniem o negatywnym wydźwięku. A ja tak mam na dyplomie, więc nie wiem, o co chodzi. Po wyjściu z gabinetu ze wzrokiem wbitym w podłogę rzekłam do innych czekających „do widzenia” i uciekłam, zanim zdołali mnie złapać, bo siedziałam tam 10 minut.

W dobie krwiożerczego kapitalizmu najbardziej mnie martwi to, że znowu nie pójdę do pracy. Nie wiem jeszcze, kiedy, i znacznie bardziej zależy mi na niewkurzeniu trzeciego (obecnie drugiego) szefa, bo pierwszy szef podchodzi do życia na luzie i wystarczy, że mu się o czymś powie i potem to możliwie nadrobi. Znaczy róbcie ze mną, co chcecie, grunt, żebym w piątek mogła pójść do pracy.

Ogólnie humor mam spartolony przez wynik biopsji i konieczność wycinanek. Nawet zakupy nie pomogły. Aczkolwiek żarówiaście żółto-zielona koszulka jest słit i będę w niej chodzić, jak będzie ciepło, co będzie szokujące, bo zazwyczaj noszę ciuchy o nieco innej kolorystyce ;).

Guz niezłośliwy, rosnący we mnie powolutku i bez rewelacji od 6 lat. Nie umieram. Ale pozbyć się trzeba.

Kwiatkowo i okiennie

Oprócz sprzętu kuchennego postanowiłam oddać siostrze jej kwiaty doniczkowe. U mnie szansę na przeżycie mają tylko te istoty, które same sobie załatwią albo upomną się o jedzenie. Koty zatem mają się całkiem nieźle, z kwiatkami jest nieco gorzej. Ale przeżyły te 7 miesięcy.

Wolę kwiatki, o które nie trzeba za bardzo dbać, więc cięte. W IKEA kupiłam sobie dwa wazony, w weekend dostałam fajną butelkę, która też może służyć za wazon dla pojedynczego kwiatka.

Dzisiaj od pani pracującej w kwiaciarni dowiedziałam się, że kwiaty typu tulipany, żonkile trzyma się w wazonach z minimalną ilością wody, tak, żeby mogły spijać, ale jej nie chłonęły całą łodygą, bo szybko opadną. Tulipany w zimnie można trzymać w ogóle bez wody przez kilka dni.

Łodygi zdrewniałe, np. róże czy goździki, potrzebują wazonu pełnego wody.

No to sobie dzisiaj zafundowałam bukiecik żółtych różyczek, stoją sobie na oknie.

Oknie, które ok. 16 miało być wymierzone pod rolety. Po 15 odkurzałam, więc mogłam nie dosłyszeć dzwonka, ale zostawiłam przecież kontaktowy numer telefonu. Nie cierpię czegoś takiego.

Lato mamy. 30 stopni i burza…

To mi pasuje

Przez trzy miesiące pracowałam w piątki od 9 do 20 (po ponad dwóch latach radosnego lenistwa). Od maja godziny pracy zmieniły mi się na 14-22. Jutro zobaczymy, w jakiej formie będę na dyżurze w pierwszej pracy (8-14), ale na razie stwierdzam, że mi to pasuje.

Zaczynam pracę na tyle późno, że rano jestem w stanie się wyspać i coś nawet zrobić w mieszkaniu. Dzisiaj na przykład robię sobie zupkę na łopatce z kością i przestawiam naczynia w szafkach w aneksie kuchennym, bo siostra, zabierając praktycznie wszystkie swoje sprzęty i skorupy kuchenne, zwolniła mi sporo miejsca.

Przy okazji robię małe odkrycia, jak choćby drugą torebkę kaszy manny, chociaż jedną – już otwartą – znalazłam wcześniej. Ponownie odkrywam puszkę z kawą zbożową, leżące luzem torebki z ryżem czy kaszą. Odkrywam nowe przyprawy i obiecuję sobie, że poszukam jakichś prostych przepisów, do których można by je wykorzystać, zamiast żywiąc się cały czas zupami z mrożonki, schabowymi czy kurczakiem, wcześniej ugotowanym we wspomnianej zupie.

I pojechałam zamówić rolety wewnętrzne na okna w pokoju dziennym. Zamarzyły mi się podgumowane, żebym mogła spokojnie oglądać filmy w dzień. No i okna mam wyłącznie od południa, więc słonko = gorąco. Nie wiem, czy guma coś na to poradzi. Mam nadzieję, że nie spłynie mi na podłogę. Koty chyba dostaną drugą michę z wodą.

Wiatrak na długiej nodze zdecydowanie ratuje mnie w sytuacji wchodzenia na krzesło -> przestawienie talerzy -> zejście z krzesła -> wejście na krzesło przestawione w inne miejsce itd. Mniej się spocę…

Ogólnie miło i słonecznie jest.

Tydzień temu byłam na „Iron Man 3”, nawet zaczęłam reckę pisać na użytek bloga, ale nie mogę jej dokończyć. Powiem tyle, że dla mnie to 7,5/10 (nieco słabszy od „Iron Man”, nieco lepszy od „Iron Man 2”). Jak ktoś lubi i jeszcze nie był, to polecam.

Wiosna

Sezon budowlany w pełni.

Od zeszłego poniedziałku już dwóch panów w wieku średnim ziało aromatem piwka podczas wizyty…

Środy bez komputera

Trzymam się swojego pseudoodwykowego postanowienia. W rezultacie w środy po południu mam kupę czasu, który mogę poświęcić na rzeczy inne, niż siedzenie przy kompie.

Na przykład Kisiel się na mnie obraził, bo w końcu pojechałam z nim do weta na szczepienie. Planując ten czyn, wczoraj na forum miau przeglądałam wątek, który moja siostra tworzyła o swoich kotach. Dzięki temu dowiedziałam się, że obecnie moje dwa upierdliwe sierściuchy są w kwiecie wieku, liczą sobie mianowicie około 8 lat (Mrówka prawdopodobnie jest trochę starsza). Nie wiem tylko, co skłoniło siostrę do stwierdzenia, że Kisiel jest inteligentny. Owszem, ze zdaniami o dużej powierzchni miękkiej sierści, w którą można wsadzić nos i że to kot demolka się całkowicie zgadzam, ale ogólnie rzecz biorąc, to przytulaśny, uroczy, rudy głupek.

Z innych strasznych czynności wykonywanych z powodu nudy – umyłam lodówkę. Usiłuję również wypracować system układania żarcia na półkach (jak chociażby to, co jest rzadziej używane, wędruje na półkę zupełnie u góry – nie jestem przesadnie wysoka), ale założę się, że po kilku dniach po systemie nawet ślad nie zostanie.

Poczytałam też papierową wersję blogaska siostry i Chaty Wuja Freda. W obu poziom abstrakcji bywa powalający, choć z różnych powodów.

Zrobiłam dwie pralki prania. Zrobiłabym trzecią, ale mam za małą powierzchnię suszarki.

I zdrzemnęłam się po kolacji (mała dygresja – ostatnio do wszystkiego daję sos czosnkowy. Kupiłam słoik, to trzeba zjeść zawartość, zanim się zepsuje). Obudziłam się akurat na 20.

25 stopni za oknem, ludzie. Szkoda, że nie mam kiedy przeprosić się z pływalnią.

Mózgownicę mam, jak widać, w stanie średnim. Ale może tak to jest, jak się pije kawę zamiast czegoś, co nawodni i dwa wieczory z rzędu idzie się spać o północy (z pobudką po 6), bo wcześniej fragmentarycznie (przewijając sceny z latającymi częściami ciała) oglądało się film o Jasiu i Małgosi, co to polują na wiedźmy.

Dobranoc.

Tydzień to za mało

Moja wymarzona majówka zaczęła się od sprawdzania egzaminów próbnych z drugiej pracy. Oczywiście kosztowało mnie to sporo czasu i nerwów, ocierając się wręcz o wkurza, kiedy ktoś bezmyślnie przepisał coś z gotowca i mimo moich starań w obniżeniu ilości zdobytych punktów zdał, a ktoś piszący samodzielnie oblał, bo napisał za mało. Ostatecznie w poniedziałek odbyłam najprawdopodobniej swoje ostatnie zajęcia. Raczej nie będę się pchać do edukacji od nowego roku szkolnego. Wystarczy mi.

Dzisiaj poszłam na 6 godzin do (trzeciej) pracy i było nudno. Stwierdziłam też, że tygodniowe urlopy nie mają sensu, bo zanim człowiek poczuje, że się rozleniwił i odpoczął, to musi wracać do roboty. Następny urlop planuję na koniec sierpnia, też miał być tygodniowy, bo stwierdziłam, że nie stać mnie na dwa tygodnie laby. Ale po przemyśleniach z dzisiaj, nad tym się jeszcze zastanowię.

Na razie namiętnie żrę lody i znowu przytyłam kilogram.

I co chwilę coś gubię. Pisałam tutaj jakiś czas temu o pozostawieniu w centrum handlowym mojego portfela (znalazł się). Gdzieś posiałam drugi komplet kluczyków do samochodu. Półtora tygodnia temu były poszukiwania dowodu rejestracyjnego. A w zeszły weekend pojechałam do Tesco, przeglądałam karton z wypiekaczem do chleba i co? Po rozpakowaniu nowego nabytku w domu okazało się, że instrukcję obsługi musiałam zostawić na podłodze sklepu. MM udało się ją odzyskać bez problemu, ale tak się zastanawiam, jakim cudem przeżyłam na własnym garnuszku pół roku i nie zostawiłam nigdzie głowy po drodze.

Pojutrze do (pierwszej) pracy. Całe szczęście, tylko do 13. Potem planuję pojechać wymienić opony na letnie i dokonać ostatnich formalności z drugą pracą.

I tak do sierpnia…