Archiwum miesięczne: Kwiecień 2013

Dirty minds

Mam problem w łazience. Próbowałam prostych sposobów. Nie pomogły. Zwróciłam się zatem o pomoc do znajomych na fejsbuku. Czemu zatem nie mieć przy okazji ubawu i nie sprawdzić, jak bardzo „brudne” bywają umysły? :)

rozmowa

(klikając na miniaturę otwieracie większy, czytelny obrazek)

Trzy dni pracy do majówki

Odliczam, a co.

Coraz bardziej się przeklinam, że nie wpadłam wcześniej na pomysł z wyjazdem na dwa dni. Dwa dni w hotelu z basenem, full wypas. No ale nic, może uda mi się zaliczyć aquapark w Sopocie w ramach ochoty na popluskanie się. Poza tym muszę jednak oszczędzać kasę, bo majowa wypłata będzie skromna.

W niedzielę pojechałam do centrum handlowego, gdzie wpłatomat poszatkował mi banknot stuzłotowy (prawdopodobnie włożyłam go w formie pogiętej, wyszedł w kawałkach), w wyniku czego zaliczyłam wkurza. Pojechałam do Biedronki celem zakupu pysznych lodów na patyku, gdzie ów poszatkowany banknot wypadł mi z portfela.

Wczoraj w sklepie, na przerwie w pracy zauważyłam, że nie mam w portfelu dowodu rejestracyjnego samochodu. Zawsze trzymałam go w przegródce na banknoty. Po powrocie do mieszkania nie znalazłam go. Wyszukałam w Google, co się robi w takim przypadku.

Dzisiaj na przerwie między porankiem na NFZ a prywatną popołudniówką zadzwoniłam do BOKu szatkującego stówy centrum handlowego. Nikt im dowodu rejestracyjnego nie przyniósł. O to samo zapytałam w dwóch sklepach, w których wczoraj robiłam zakupy. Nie ma.

Po pracy pojechałam do Biedronki. Panie kasjerki wiedziały, o co chodzi, papier odzyskałam bez problemu.

W moim padaniu na ryj zatem chociaż raz zdarzyło się coś pozytywnego.

Muszę wreszcie wymienić koła na letnie i olej w autku. Muszę się też zabrać za sprawdzanie egzaminu próbnego pań, które męczę w drugiej pracy. W poniedziałek przed 20 wykładem pt. „ortodoncja w pigułce” bardzo skutecznie zlasowałam im mózgi.

Ogólnie końca roboty nie widać.

Nadal jestem zmęczona. Idę po loda. Albo po wino…

A koty się tłuką.

Zmęczenie

Padam na ryj. Chce mi się płakać na samą myśl, że jutro będę poza domem 13 godzin w związku z pracą. Zwłaszcza, że do drugiej pracy nadal nie przygotowałam materiałów do omówienia, co muszę zrobić teraz.

Trzy poniedziałki pod rząd pracowałam 8-18:30 (zazwyczaj mam tak w co drugi poniedziałek). Dwie soboty pod rząd pracowałam. W pozostałe dni normalnie tkwiłam przy fotelu.

Pięć dni do majówki. 9 dni wolnego, z czego trzeba odjąć półtorej godziny w poniedziałek i 6 godzin w sobotę – prace druga i trzecia. Ale czekam na tych kilka dni jak na zbawienie.

Szkoda, że nie pomyślałam o tym wcześniej, ale miałabym autentycznie ochotę wynająć sobie gdzieś pokój na dwa dni i o niczym nie myśleć. Popluskać się w basenie. Nawet komputer zostawiłabym w domu. Teraz to po ptokach, nic nie znajdę.

Mieszkanie nieogarnięte. Pranie wisi na suszarce od tygodnia, bo nie chce mi się prasować.

Cieszę się na leniwą niedzielę, bo się z własnej woli wpakowałam w prowadzenie wykładu z kupy materiału, więc muszę go przygotować, z drugiej strony wyrywam na zewnątrz, nie jestem w stanie wysiedzieć na tych moich 43 metrach. Z trzeciej strony piękna pogoda wcale mnie nie cieszy.

Nic mi się nie chce.

Mam dość…

Zachciało mi się…

Zachciało się poprosić asystentkę o wypiaskowanie mi zębów. Nie dość, że drugie pół dnia nie mogłam jeść ani pić nic barwiącego (znaczy kawka albo herbatka przed popołudniówką wykluczona), to jeszcze mnie dziąsła teraz troszkę napierniczają…

Ale za to jakie mam teraz bielutkie ząbki :).

To było moje drugie piaskowanie w życiu. Będę przeżywać, a co. ;)

Pół roku

… wczoraj minęło. Pół roku mieszkania poza domem rodzinnym.

Nie umarłam z głodu. Nie zaginęłam pod górą śmieci. Koty mnie nie zjadły. W ciuchach chodzę czystych, choć niekoniecznie dobrze wyprasowanych (liczy się wysiłek…). Odżywiam się chyba nienajgorzej, skoro powolutku chudnę.

[Piję właśnie kawę o posmaku i zapachu kawy z bananem. Mam szok tlenowy, bo odprowadziłam MM na pociąg.]

Nie ukręciłam kotom tych ich głupich łebków. Koty też się raczej dobrze trzymają, chociaż jeden nadal nie jest odrobaczony i zaszczepiony.

Nie popadłam w długi. Nie dałam się namówić na karty kredytowe. Wyrabiam się finansowo.

Nadal nie umiem gotować.

Jakoś to leci… Lepiej u mnie, niż w domu, który pół roku temu opuściłam. Myślę, że nadal mogłabym do niego wrócić… Do jakiejś odseparowanej od reszty domowników części…

Rosół

Wychodzi na to, że odwiedzanie rodziców w święta nie wychodzi mi na zdrowie.

Rodziciela grypa ścięła w Niedzielę Wielkanocną.

Mnie podcięło dopiero w środę. Zaczęło się od trwającego do teraz braku apetytu. Kiedy koło drugiej wychodziłam do domu, usłyszałam, że panie asystentki będą się spodziewały telefonu ode mnie w czwartek rano (a praca 12-18).

Nie zadzwoniłam. Pojechałam do pracy. Podchodziłam już do przychodni, kiedy zadzwonił mój telefon: to panie, które miałam za kilka sekund zobaczyć, zadzwoniły, z troski.

Zamiast przyłbicy cały dzień nosiłam maseczkę. Zużycie ręczników papierowych znacząco wzrosło.

Co do pracy w piątek nie było wątpliwości: kwietniowe piątki są pechowe (za tydzień jadę na konferencję, za dwa tygodnie muszę wyjść w środku dnia na kilka godzin), do pracy iść muszę, chociażby nie wiem, co.

Wczoraj wieczorem wyszłam z pracy z postanowieniem ugotowania sobie rosołu. Odebrałam z paczkomatu paczuszkę z kupionym na Allegro głupim filmem, poszłam na zakupy, wybrałam najlepiej wyglądającą porcję włoszczyzny z tych kilku paczek, które po 20 jeszcze zostały, do tego kilka nóżek kurczaka i śmignęłam do domu.

Gotowanie zostawiłam, oczywiście, na dziś. Muszę przy tym nadmienić, że moje doświadczenie w gotowaniu zup to ugotowanie mięska i dorzucenie do wywaru mrożonki i ew. wymienionych na opakowaniu przypraw. Sięgnąwszy po zasób wiedzy w internecie zabrałam się za gotowanie jakieś 2 godziny przed planowanym obiadem. Do tego czasu zdążyłam nawet zgłodnieć (to cudowne chorobowe odchudzanie: chodzisz cały dzień głodna, ale nie masz na nic ochoty i jesteś nawet w stanie stabilnie – bo mi na głodzie w stanie niechorobowym zaczynają drżeć dłonie – przeżyć cały dzień na dwóch herbatach i jogurcie). Po drodze musiałam wyskoczyć do pieruńsko drogiego sklepu na osiedlu, bo nie sprawdziłam wcześniej, że nie mam liści laurowych.

No. Rosołek sobie pyrkał przez jakieś dwie godziny, aż wypyrkał się całkiem niezły – stwierdził mój mocno przytępiony zmysł smaku. Po obiadku obejrzałam swój głupi film („Tomb Raider” – jaki ten film jest durny; i chyba będę niechcący robić festiwal filmów z Danielem Craigiem, bo na jutro mam w planach „Dziewczynę z tatuażem”), potem dodatki na płycie. Teraz sobie siedzę i piszę, na noc łyknę znowu Apap, bo mnie plecy bolą (bardzo grypowo).

Przyszły tydzień będzie ciężki, czuję to.

A druga praca mnie wkurza, tak stwierdziłam po przemyśleniu paru spraw z nią związanych. Chyba jednak nie podejmę kariery w edukacji.