Archiwum miesięczne: Luty 2013

Apel

Pewnie już o tym pisałam.

Na drzwiach ambulatorium Oddziału Chirurgii Twarzowo-Szczękowej szpitala akademickiego w Gdańsku jeszcze kilka lat temu wisiała kartka z żądaniem, aby pacjenci przed wejściem umyli zęby.

Jeden z lekarzy po prostu się wkurzył.

Czasem też mam ochotę coś takiego wywiesić na drzwiach.

Ludzie, poważnie. Czy to takie trudne? Nikomu to do głowy nie przyjdzie?

Zatem apel (i pewnie nikt się nie obrazi na mnie za pisanie w cudzym imieniu):

Wszyscy dentyści ładnie proszą pacjentów, aby przed wejściem na zaplanowaną wizytę u dentysty (przed niezaplanowaną możliwie też) owi pacjenci UMYLI ZĘBY.

Nie mam czasuuuuu!!!

Ja pierdzielę, zapitolnik.

Wolne piątki zamieniły się na piątki pracujące 9-20. Przy okazji jednego z takich piątków przekonałam się, że nauka na własnych błędach jest a) najskuteczniejsza, b) czasem najbardziej bolesna. Nie mam pojęcia, ile owych piątków jeszcze będzie, ale mam mocne postanowienie poprawy. Oby było ich jak najwięcej.

Tak czy siak, po tym, jak w poniedziałki wpadły mi zajęcia 18:30-20, do których muszę się przygotowywać cały wcześniejszy dzień, na załatwianie spraw zostały mi praktycznie tylko środy po południu. Dzisiaj na ten przykład zabrałam całą swoją piątkową dolę i pojechałam z MM i jego przyjaciółką (mężatą :P) do IKEA, przy okazji wysłuchując pięknego tarcia tarcz hamulcowych w moim stalowym rumaku. Wyszłam bardzo zadowolona z rezultatu zakupów. Moi towarzysze też ponoć byli usatysfakcjonowani.

W nagrodę jutro rano będę załatwiać w miarę szybko wymianę zużytych klocków hamulcowych – może mi się uda przed pracą albo w sobotę. Wprawdzie miałam to zrobić później i u kogo innego, ale…

No właśnie. W środę za tydzień pożegnam się z autkiem na kilka dni – odbiór dopiero w poniedziałek po pracy. Oddaję rumaka do blacharza, coby mi wyklepał pamiętną bęckę na parkingu. Będzie ciężko w życiu.

Na nic zatem nie mam czasu. Na pisanie notek też :(

Narzekajki

Śnieg spadł.

Ojacie, śnieg w połowie lutego.

Narzekają, jęczą, smęcą, chcieliby wiosnę.

W połowie lutego?

Że niby druga zima przyszła.

Z tego, co pamiętam, pierwsza zima tego sezonu zaczęła się kalendarzowo gdzieś pod koniec grudnia i będzie trwała tak gdzieś do drugiej połowy marca, nie? Jedna i ta sama zima przełomu lat 2012 i 2013. Przedtem była jesień, potem będzie wiosna. I śnieg będzie padał, i deszcz, słonko może czasem zaświeci. Będzie wiało, dmuchało, zawiewało, mroziło. I to wszystko będzie normalne.

Bo w takim żyjemy klimacie. Jak ktoś chce mieć 30 stopni w cieniu w lutym, to niech się do Australii przeprowadzi, tylko niech na miejscu uważa na pająki, bo tam podobno spore i jadowite bydlęta mieszkają.

Chyba zaczęłam się wybijać z typowo polskiego zwyczaju narzekania na pogodę, jakakolwiek by ona nie była. Za zimno. Za gorąco. Śnieg. Plucha. Ślisko. Deszcz. Susza. Słońce za jasno świeci. Słońca dawno nie było. Wiatr za mocno wieje. Za słabo wieje.

A może moje motto „nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu” zaczęło obejmować też komentarze pogodowe? Albo ogarnia mnie zmęczenie przez narzekanie innych, co też jest możliwe, skoro narzekają wszyscy dookoła, nieprzerwanie.

Żeby nie było, ja też czasem narzekam i są rzeczy, które mnie wkurzają. Na przykład na początku każdego miesiąca wkurzam się na konieczność wyrzucenia w błoto ponad 1000 zł, które są podobno przeznaczane na moją emeryturę i świadczenia zdrowotne. Bardzo chętnie dołączyłabym do ekipy, która zebrałaby się celem zaorania ZUSu i przeznaczyła te same 1000 zł na ubezpieczenia, o których będę wiedziała, że to ja będę z nich korzystać i że rzeczywiście kiedyś te pieniądze znowu zobaczę. Podobno fajny system emerytalny ma Nowa Zelandia, której gospodarka wprawdzie zwalnia między premierami kolejnych filmów Petera Jacksona, ale za to osoby, którym się lepiej wiedzie w życiu, odkładają pieniądze na prywatne ubezpieczenia emerytalne – z którego to ubezpieczenia rzeczywiście później jest im wypłacana emerytura – a osoby, których na takie konta nie stać, mają przez państwo zapewnioną emeryturę, z której da się wyżyć. Ech.

Z bardziej pozytywnych stron życia, dzisiaj skończyłam czytać „Powrót króla” Tolkiena. Zostały mi tylko dodatki do trylogii. Wcale się nie dziwię, że na przykład taki Christopher Lee, Jacksonowy Saruman, wraca do „Władcy pierścieni” co rok. I że nie jest w tym jedyny. Ja może nie będę wszystkich trzech książek czytać co roku, ale może za którąś piątkową wypłatę zamiast w drobne AGD zaopatrzę się w nieco większe książki i będę do nich zaglądać, i zaznaczać miejsca, do których szczególnie lubiłabym wracać.

Zarobiona jestem

Weekendów mi ubyło, buu. W sensie się skróciły. Z trzech do ustawowo przewidzianych dwóch dni.

Ale za to przybyło mi pieniążków i teraz co sobotę (bo w trzeciej pracy pracuję w piątki i zabieram zarobioną gotówkę na bieżąco) robię od dawna odkładane, sprzętowe zakupy. Po zeszłotygodniowym polowaniu na pilnie potrzebny odkurzacz (dostałam to, co chciałam, ale za to przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie kupię nic w Euro RTV AGD), wczoraj w Media Expercie zaopatrzyłam się w żelazko (siostra chce mi zabrać swoje) i w Media Markt najprawdopodobniej przepłaciłam za radioodtwarzacz z CD (i gniazdem USB). Wypłata za kolejny piątek upłynni się najprawdopodobniej w IKEA, do której znów się wybieram. Zanim piątkowe wypłaty zaczną lądować na koncie albo w skarpecie, trochę wody w Wiśle upłynie, bo potrzeby z racji okazji trochę się rozrosły. ;)

Mam tylko nadzieję, że szefowa za szybko się na mnie nie obrazi. Cały czas mam wrażenie, że coś robię nie tak, ale czasami ciężko w ciągu jednego dnia zaadaptować zwyczaje jakiegoś gabinetu na własny użytek, zaś to, co ja czasami robię, choć nie jest niezgodne ze sztuką lekarską, moje asystentki potrafi zdziwić.

W pierwszej pracy z kolei znowu mam darmowe konwersacje z native speakerem ;). I ja się cieszę, że sobie pogadam po angielsku, i pan się cieszy, że się dogada (po polsku mówi tylko trochę, bo nie ma jakoś motywacji do uczenia się, a leczenie kanałowe to nie takie hop siup i ciężko zakumać, o co chodzi, jak się nie zna języka), zaś praktykantki mają atrakcję, bo takie rzeczy tylko w Erze (pacjent siedział już na fotelu, kiedy moja nieznająca angielskiego asystentka upewniła się, że to leczenie kanałowe. „Root canal therapy”, rzekłam do niej, na co pacjent się roześmiał).

W drugiej pracy po udanych drugich zajęciach trzecie poszły nam już zdecydowanie średnio – a wina leżała po obu stronach. Teraz są ferie, więc mam czas przygotować się do kolejnych, mam nadzieję, że z niego skorzystam. Na razie mi się nie chce. Na razie czytam „Powrót króla”.

I żywot mam tak monotonny, cichy i spokojny, że aż nie ma o czym pisać.

Trzy prace

Nie wiem, czy pisałam już o tym na tym blogu, ale kierunek studiów podpowiedzieli mi rodzice.

Miałam wybierać profil klasy w liceum. W gimnazjum udzielałam się pisarsko i aktorsko (w kole teatralnym), ale generalnie zbierałam bardzo dobre oceny z praktycznie wszystkich przedmiotów. Nie wiedziałam specjalnie, co ze sobą zrobić, więc rodzice rzucili pół żartem, pół serio: „Idź na biochem, pójdziesz na stomatologię i oszczędzimy na dentyście.”

Klasy biochem w tamtym roku nie utworzono, ostatecznie wylądowałam w biochemfiz, co mnie przerażało, bo byłam i nadal jestem fizycznym beztalenciem. Ale całe trzy lata liceum trzymałam się tej stomatologii. Po kursach przygotowawczych do matury udało mi się ją napisać na tyle dobrze, że trafiłam od razu na studia dzienne (studia wieczorowe polegają na zajęciach z dziennymi, ale płaci się jakieś 20 tysięcy zł za rok).

Mama się chyba przestraszyła mojego poważnego podejścia do rzuconej żartem sugestii. Kilkakrotnie mnie pytała, że te studia mi się podobają i czy na pewno chcę to robić. Ja, tak szczerze powiedziawszy, zupełnie nie miałam koncepcji, co poza stomatologią mogłabym robić w życiu. Starając się postępować praktycznie, potrafiłam docenić perspektywy pracy po studiach – wszak wychodzi się z nich z fachem w ręku. Początkowo „zabawa” na zajęciach przedklinicznych, a potem ćwiczenia z pacjentami sprawiały mi dużo frajdy, lubiłam zbierać doświadczenia, mimo tego, iż na wspomnienie niektórych prowadzących zajęcia nadal mam dreszcze.

W tej chwili mam nieco ponad 2 lata doświadczenia zawodowego (pracodawcy nie liczą stażu podyplomowego do doświadczenia, więc de facto pracuję „na poważnie” rok i trochę). Pacjenci w przychodni, w której zostałam po stażu, często przyznają, że krąży o mnie dobra opinia i ciężko jest się do mnie dostać (na NFZ). Według niektórych jestem mistrzem w usuwaniu zębów (na pewno znacząco się poprawiłam podczas stażu), inni są gotowi czekać dwa miesiące na wizytę, na którą przyprowadzą swoje dzieci – chociaż stomatologii dziecięcej generalnie nie lubię i jest u nas dwóch lekarzy, do których można zapisać dzieci znacznie łatwiej.

Praca w studium medycznym wyszła trochę na boku. Mamy w przychodni kilka praktykantek z kierunków asystentka i higienistka stomatologiczna. Często się wtrącałam w ich rozmowy, starając się rozwiewać wątpliwości związane z zabiegami. Poza tym, dwie moje koleżanki pracują w podobnych szkołach jako wykładowcy i namawiały mnie na spróbowanie swoich sił. Zostawiłam coś w rodzaju CV w sekretariacie szkoły, ale nie było odzewu. W końcu kilka pań z drugiego roku higienistek poszło do dyrektora w sprawie zatrudnienia kogoś do pomocy w przygotowaniu ich do egzaminu pisemnego – podpowiedziały, że moje CV już leży, jest, jestem polecana i one by chciały.

Udało się dogadać szczegóły i dostałam drugą pracę – półtorej godziny tygodniowo.

Trzecia praca wyszła kompletnym przypadkiem. Po zajęciach w poniedziałek jedna z pań podeszła i spytała, czy nie byłabym dostępna we wtorki i piątki, bo nagle zwolniło się miejsce w grafiku i nie ma kto się zaopiekować pozostawionymi pacjentami. Wtorki całe spędzam w pierwszej pracy, ale piątki mam z kolei zupełnie wolne.

Wczoraj podpisałam kontrakt.

Dzisiaj miałam pierwszy – udany, pięciogodzinny – dzień pracy. Stać mnie na kupno (taniego) odkurzacza na miejsce zepsutego i jeszcze coś zostało.

To jest fajne w tym zawodzie. Zbieranie doświadczeń jest łatwe. Praca jest ciekawa, chociaż ciężka – zarówno umysłowa, jak i fizyczna. Pacjenci bywają wymagający i coraz bardziej roszczeniowi. Trzeba wciąż podnosić swoje kwalifikacje, choć do zaistnienia na rynku nie jest potrzebna specjalizacja. Z drugiej strony można robić tyle różnych rzeczy i całkiem nieźle na tym zarabiać (stawka za godzinę pracy przy fotelu wychodzi w granicach 40-60 do nawet 75 zł/godzinę – w moim wypadku. Są na pewno dentyści, którzy zarabiają więcej), że chyba jednak się opłaca – i praca, i 5 lat ciężkich studiów przed jej podjęciem.