Archiwum miesięczne: Grudzień 2012

Na własnym garnuszku #2

Wyprowadzenie się od rodziców oznacza też kilka innych rzeczy, jak choćby to, że mimo tego, iż jest się zdrowym itp., to można w wolny dzień chodzić w piżamie do 14 i nie mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia!

Gdyby się uprzeć, to można by było chodzić tak cały dzień… Ale ja nie jestem jeszcze na tym etapie. ;)

Na własnym garnuszku

„Jaka cisza…” – tymi słowami moja mama zaczęła dwie (w tym dzisiejszą) z trzech swoich wizyt u mnie. „Taka błoga cisza…” – dodała z uśmiechem.

Jest cicho. Aż dziwnie. Znaczy mi to nie przeszkadza, ale biorąc pod uwagę, że w domu rodzinnym niemal co wieczór śpiewałam sobie do akompaniamentu muzyki z laptopa wiedząc, że w pokoju obok najprawdopodobniej mnie słyszą, to panująca tutaj cisza (chyba, że chcę się wyżyć z jakiegoś powodu) może zastanawiać.

Odkładanie na koniec miesiąca 500-600 zł z każdej wypłaty na wakacje i inne rzeczy zamieniłam na liczenie każdej złotówki. To, co mi zostanie do końca miesiąca przeznaczam zazwyczaj na początku następnego na opłaty. Zbieram paragony, jak mnie najdzie, to spisuję wszystkie wydatki w zeszycie, dzieląc je na kategorie. Na koniec miesiąca podsumowuję wszystko i sprawdzam, czy zmieściłam się w budżecie. Dwa tygodnie w październiku się nie liczyły, bo wtedy wydałam szokującą ilość kasy na meble i inne elementy wyposażenia mieszkania (a to nie koniec tego typu wydatków), ale w listopadzie – kiedy już nie było żadnych wielkogabarytowych zakupów – wydałam około 5 tysięcy złotych. Około 1500 zł idzie na działalność gospodarczą, kolejne 1500 na mieszkanie (co ma szansę zmaleć, na razie się nie zapowiada), około 500 zł na utrzymanie samochodu, 350 zł na jedzenie, 100 na koty. Reszta to higiena, ubrania, plany oszczędnościowe, w które się nieopatrznie wpakowałam tuż przed przeprowadzką, i drobiazgi. Stan konta z oszczędnościami przeznaczonymi na wakacje od października się nie zmienił. Nie, żebym była w finansowym stanie gdziekolwiek pojechać w przyszłym roku. Oszczędności inne znacząco stopniały. I stopnieją w tym miesiącu jeszcze bardziej, bo już wyliczyłam, ile mi się należy pensji w tym miesiącu, a będę miała kilka dużych składek ubezpieczeniowych do opłacenia. Schudnę trochę.

Czy czuję, że to mieszkanie jest moje? Nie. Moja jest tylko część mebli. I czuję, jakby koty też należały do mnie. Ale nie wracam tutaj po ciężkim dniu pracy, cytując ukochaną komedię rodziców, „Skarbonkę” – „Dom, zasrany dom…”. Nie myślę o tym, że spędzę w tym mieszkaniu długie lata, chociaż planuję za niecały rok kupić czubek na choinkę, bo poprzedni podobno zginął śmiercią tragiczną z łap Kisiela. I mam filtry do dzbanka na wodę na kolejne pół roku. Ale słowo „dom” nadal oznacza ten wciąż nieotynkowany, budowany i wykańczany rękami mojego taty, najstarszy na ulicy budynek na wsi, dzisiaj wypełniony dziecięcym hałasem i zabawkami. Wciąż mam doprowadzający mnie do łez żal przez utratę tam swojego miejsca, ale z drugiej strony wolę tę nie-swoją ciszę od hałasu i tłumu, od którego nie ma gdzie uciec.

Znowu nadszedł ten dzień…

choinka

W te chłodne, szare dni życzę Wam wszystkim pogody ducha, radości i zdrowia.

Uwielbiam

robić skaling ultradźwiękowy pokładów kamienia nazębnego. U osób niepalących widok odpadających od zębów żółtych kawałków złogów jest bardzo satysfakcjonujący. Potem pacjenci się dziwią, że mają jakby odrobinkę więcej miejsca w ustach.

U palaczy jest to praca zazwyczaj nieco mniej przyjemna i łatwa.

Pada śnieg. Zasypie nas pod dach w ramach końca świata? Nawet Google dało specjalne doodle z okazji końca kalendarza Majów.

Idę sobie zrobić cebulę z jajecznicą.

Przypomniało się

Dziś, 18:40. Oficjalnie pracujemy do 18, ale we wrednym kapitalizmie czasem trzeba posiedzieć dłużej w pracy dla dodatkowych 65 złotych. Tak czy siak, właśnie skończyłyśmy pracę, ja czekam na chęci na powrót do mieszkania, asystentka sprząta gabinet.

Wchodzi ktoś.

– Pacjent? – zastanawia się asystentka.
– Mnie tu już nie ma – oświadczam szybko i pozostaję na swoim miejscu, schowana. Asystentka idzie porozmawiać z panem.

Pan to tatuś. Przyszedł z córeczką. Córeczce lata mleczak.

Możliwie bliski prawdzie cytat:

„Święta idą, a nam się przypomniało, że ten ząb lata…”

Oto przykład rodzica, któremu się przedświątecznie przypomniało, że dziecię ma problem z latającym zębem. Znaczy zamiast a) zgłosić się z dziecięciem do dentysty w momencie, kiedy rzeczone dziecię poinformuje, że mu mleczak przeszkadza lub też b) po męsku pomóc mleczakowi szybko wyskoczyć, pan wpada po godzinach pracy gabinetu, bo nagle mu się przypomniało.

Państwo zostali odpowiednio do sytuacji obsłużeni.

Swoją drogą, kiedyś spotkałam rodzica, który przyprowadził dziecko po tygodniu cierpienia latorośli, bo „ileż można dawać leków przeciwbólowych”.

Z własnymi zębami pewnie latają na pierwsze ukłucie.

Uwielbiam stomatologię dziecięcą. Niektórzy pacjenci (rodzice też) zabijają dodatkowymi dechami mój i tak głęboko ukryty instynkt macierzyński…

I jak tu oglądać wiadomości?

Wyleczyłam się z oglądania serwisów informacyjnych ok. 2005 roku. Pojechałam na studia, straciłam regularny dostęp do tv i cierpliwość do wyczynów polityków. W tej chwili w ogóle nie jestem w stanie zdzierżyć paru panów i wolę nie narażać się na ich pieprzenie bez sensu.

Co się dzieje w świecie, wiem z okazjonalnych wizyt na onecie. Tam wspomnianego pieprzenia słuchać nie muszę, chociaż nic tam zamieszczanego nie ma związku z moją codziennością; nikt nie musi mnie dodatkowo przekonywać, że paru panów jest chorych psychicznie, ale nie wiedzieć czemu, nikt nie odsyła ich na leczenie, tylko im się pozwala wylewać w świat ich paranoje i mieć istotny wpływ na życie w kraju. Chociaż pewnie powinnam się bardziej interesować, bo wszak teraz tak naprawdę mam kredyt we frankach i też przed kolejnymi wyborami dobrze byłoby wybrać świadomie naszych podobno przedstawicieli, a nie „mniejsze zło”.

Wczoraj skakałam sobie po kanałach (jak Bozię kocham, można mieć 46 programów i nadal nie znaleźć nic ciekawego!) i trafiłam na CNN.

A tam – jak obuchem przez łeb – info o strzelaninie w USA.

W podstawówce.

Ktoś, nie wiem, kto, poszedł z bronią do szkoły podstawowej i strzelał do dzieci.

To już kolejna taka masakra w amerykańskiej szkole. Oczywiście wybuchła dyskusja na temat dostępu do broni, przed chwilą przeczytałam też artykuł o matce dziecka chorego psychicznie. Ogólnie zmroziło mi krew.

Życie bez świadomości, co się dzieje na świecie – a należy wziąć pod uwagę, że serwisy informacyjne częstują nas niemal tylko i wyłącznie historiami w stylu tej o strzelaninie bądź też kolejne teorie spiskowe na temat katastrofy sprzed ponad dwóch lat – jest naprawdę łatwiejsze. Z drugiej strony od newsów się nie ucieknie. Ogólnie rzecz biorąc zatruwają nam życie. Dalej wcale nie mam ochoty oglądać wiadomości…

Trzecie arcydzieło

Jak mogłam zapomnieć?!

Tym razem tylko prawie 10 minut.

Tak w ogóle

To mam jeszcze jednego kota, ale z nim się słabiej dyskutuje.

Mrówka i Kisiel

Jest rudo-biały i ma na imię Kisiel (nie ja wymyślałam tym kotom imiona).

Do tarmoszenia też jest nieco gorszy, bo to jakieś siedem kilo dobrze karmionego kota. Mrówka jest bardziej poręczna. ;)

Zdjęcie znowu sprzed kilku lat, niemoje. Widok z okna też nieaktualny.

Idę spać…

Melancholijnie

Potencjalnie cały dzień w pracy. Niechętnie zwlokłam się z mojego super łóżeczka, informując Mrówkę, że strasznie nie chce mi się jechać do pracy.

(Mam nadzieję, że to nie początki syndromu zniechęcenia, który ostatecznie doprowadził do mojej rezygnacji z pracy na pogotowiu stomatologicznym. W firmie nie za dobrze się dzieje i coraz bardziej nastawiam się na szukanie innego gabinetu – na razie w ramach drugiej – albo trzeciej – pracy.)

Jakoś dojechałam, zrobiłam dużo punktów na NFZ (zapowiada mi się wolny tydzień po Świętach, bo nie będzie kontraktu). Z pacjentów prywatnych stawiła się połowa. Cały dzień padał śnieg.

W drodze powrotnej z pendrive’a w radiu samochodowym popłynął mi kawałek, który wrzucam poniżej. Jeśli macie wolne 16 minut, to załóżcie słuchawki, podkręćcie głośność i zamknijcie oczy. Przez ten kawałek pokochałam Archive.

To jedno z dwóch arcydzieł Archive. Drugie – 18-minutowe – też wrzucam poniżej.

Chyba muszę odkopać swojego discmana i zrobić melancholijny wieczór…

Miałam robić świątecznie

w tym niemoim, 43-metrowym gniazdku na 3 piętrze, ale ponieważ zarządzone popołudnia bez kompa są w środy, a nie w luźniejsze poniedziałki, nadal nie mam ładnie ;).

W rezultacie plany na środę mi się przedłużają, bo a) zaczyna mi przeszkadzać bałagan w graciarni (której połowę powierzchni zajmuje postawione pod ścianą stare łóżko Rodzeństwa i nierozpakowane jeszcze kartony), b) naprawdę chcę u siebie zrobić trochę świąteczniej (np. sztuczny śnieg na oknach – znaczy na wysokości w miarę niedostępnej dla kotów – coraz poważniej też zastanawiam się nad zakupem sztucznej choinki), c) z racji wykończenia dziś zrobionej w środę pysznej zupki chcę w końcu wprowadzić w życie pierogowe eksperymenty. Jutro i tak nie będę jadła obiadu w domu.

Muszę przyznać, że moje autko zachowuje się w miarę. Silnik odpalił po dwóch dniach stania na mrozie (nowy akumulator do czegoś zobowiązuje), z drugiej strony czasami siłownik centralnego zamka w drzwiach kierowcy nie dawał rady. Po dwóch dniach kryzysu jednak doszedł do siebie.

Tak w ogóle to powinnam też zacząć robić powtórkę z profilaktyki stomatologicznej.

Ilona z Chaty Wuja Freda umieściła obrazek chyba idealnie przedstawiający wizję mojej przyszłości baj moi Rodzice. Wizja się raczej nie sprawdziła, bo ja jednak lubię chodzić w w miarę czystych ciuchach i po w miarę czystej podłodze.

I na sam koniec prywata i polecam Wam TO.

Mózgownica zlasowana, idę na kolację.