Archiwum miesięczne: Październik 2012

Nie chce mi się

Łojezu jak mi się nie chce.

Powinnam zrobić małe prasowanie. Wymiana żwirku w kociej kuwecie mnie nie ominie. Prasowanie zostanie na jutro.

I nie mam ochoty już spać na mojej cudownie twardej wersalce, chcę swoje łóżko. To nic, że właśnie zdałam sobie sprawę, że materaca jeszcze nie zamówiłam…

Co chyba zaraz nadrobię.

Jedna z większych zalet nowej lokalizacji

Jak padający od czasu do czasu (ostatnio częściej :( ) akumulator w końcu odmówi posłuszeństwa, to się nie panikuje, tylko grzecznie drepta przez 10 minut na stację kolejki miejskiej i się ląduje w pracy z niewielkim opóźnieniem.

W poprzedniej lokalizacji dojazd do mojej pracy wymagał samochodu. Bez niego byłaby to podróż piechotą, autobusem (który jeździ co pół godziny), kolejką (która do pracowej miejscowości jeździ co dwie godziny) i piechotą. Szacowany czas dojazdu: strach pomyśleć, poniżej godziny na pewno nie.

Jutro niestety będzie pobudka przed szóstą. Pociąg mam o 7:03, ostatni sensowny powrotny o 19 (później o 21), co nie byłoby problemem, gdyby nie to, że na 18:30 mam pacjenta. Jutro będzie kombinowanie z grafikiem, bo całe szczęście zrobiła się luka i może uda się to wszystko jakoś poprzesuwać…

Mrówka uczy mnie pisania bez patrzenia w klawiaturę. Kocica uwielbia ustawiać się między mną a ekranem laptopa.

„Skyfall”

Daniela Craiga w roli Bonda trawię i lubię. Przed obejrzeniem „Casino Royale” było z tym gorzej, ale okazało się, że facet po prostu kiepsko wychodzi na zdjęciach. Na ekranie wyglądał już OK. To, że to pierwszy blondyn w tej roli wcale mi nie przeszkadza. Ma niesamowicie blade, niebieskie oczy.

„Casino Royale” bardzo polubiłam i widziałam już kilka razy. Był to udany „reboot” serii (Bond w czołówce otrzymuje swoją licencję na zabijanie) i na pewno będę jeszcze do tego filmu wracać.

Druga część tego „rebootu” – „Quantum of solace” – już mniej mi podeszła, głównie ze względu na zmianę klimatu na śmiertelnie poważną. Ten akurat film widziałam tylko raz i chociaż słabo go pamiętam, nie mam ochoty do niego wracać, choć generalnie jako thriller był udany. Do Bondowskiej serii pasował już średnio.

Na „Skyfall” szłam więc z mieszanymi uczuciami. Trailery zapowiadały utrzymanie się klimatu z „Quantum…”, chociaż dodano do tego hipsterskiego Q. Z kina wyszłam wczoraj w stanie wielkiego „squee!”.

Powrót do luzu! Było weselej niż w „Casino Royale”, padło sporo świetnych tekstów, akcja posuwała się wartko naprzód, było śmiesznie, dramatycznie, momentami rosło napięcie, były Bondynki i sporo smaczków (typu [spoiler!] Q: Spodziewałeś się wybuchającego długopisu? Już się w to nie bawimy” [/spoiler]), ostatecznie historia Bonda w pięćdziesiątą rocznicę premiery pierwszego filmu zatoczyła wielkie koło (nie zdradzę, o co w tym chodzi) i nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

To prawdziwie Bondowski film w starym stylu, gwarantujący genialną rozrywkę dla tych, którzy lubią takie klimaty, bo oczywiście nie każdemu musi to podchodzić. Polecam.

Złamas

Czwórka dolna po leczeniu endo, niedopełniona, boląca (kiedyś, po moich działaniach przestała), więc trzeba ją udrożnić. Zastosowałam ciężką artylerię w postaci udrażniaczy mechanicznych. Po usunięciu starego wypełnienia kanału (olejek eukaliptusowy rulez) udało się posunąć do przodu o 0,2 mm. Innych narzędzi niet, choć to wyraźnie jest już tępe. Mówię do asystentki, że trzeba takie zamówić, i to nie takie „Hodstremowe„, tylko ze skrętem jak pilniki K. Hodstremowych pilników (czyli pilników H) nie lubię, bo nie ufam narzędziom, które w teorii mogą się łatwo zaklinować i złamać.

W pewnym momencie udrażniania kątnica „wpada” mi z narzędziem do kanału. Znaczy a) albo przebiłam się do ozębnej, ale nie zgadza się to z endometrem i pacjent nie podskoczył, albo b) mam złamasa.

Oczywiście było to b.

W kątnicy zostało pół „części pracującej” narzędzia. Jeszcze spokojnie zerkam do zęba – widać narzędzie. Delikatnie pogmyrałam pilnikiem K przy odłamanym fragmencie (latał łatwo po kanale), w końcu udało się wyciągnąć go w całości pęsetą. Na tym zakończyłam tę wizytę, mam nadzieję, że do następnej nowe udrażniacze już będą dostępne…

A takie emocje mogły być, widzita. A wyszło samo ;).

Fani na FB wiedzą już, napiszę też tutaj: kupiłam sobie stół. Niniejszym meble w pokoju dziennym mam kolorystycznie każde z innej parafii, chociaż przodują w tym fronty szafek kuchennych, które, choć kupione w jednym kolorze, dzisiaj stanowią dość ciekawy widok. Z racji wniesienia rozebranego stołu i zeżarcia ptysia celem uczczenia tego faktu, notka jest, jak widać, ponownie nieskładna i na tym zakończę tę dzisiejszą opowieść.

Ups, dorosłość

Wczoraj wieczorem stanęłam dość bezradnie przed szafkami kuchennymi, czego przyczyną był napad świadomości, że karma dla kotów jest na wykończeniu i że w sumie to bym sobie jajecznicę zjadła, ale jajka wyszły w piątek. I chleba nie ma i nie mam go gdzie o tej porze kupić, ale jechać na zakupy gdzieś dalej wybitnie mi się nie chce po wojażach gdańsko-gdyńskich.

Całe szczęście okazało się, że chleb jeszcze był w zamrażalniku, a kotom tłuszczyku nie brakuje, więc jak dostaną ostatnią porcję karmy jutro rano i zaczekają do wieczora na mój powrót z pracy, od rodziców i z zakupów, to im się krzywda nie stanie. Mrówka najwyżej będzie się bardziej pałętać pod nogami i miauczeć z wyrzutem.

Wczoraj prawie udało mi się rozpakować drugi (z dwóch) duży karton z ciuchami. Codzienne ubrania ładowałam do szafy, która wczoraj dorobiła się drążka (śledzący wydarzenia na FB wiedzą, o co chodzi ;) ), pozostałe do mojej starej szafy narożnej. Przerzucam też rzeczy mojego Rodzeństwa z szaf do biura/graciarni, zajmując swoimi drobiazgami w ten sposób zwolnione miejsce. Muszę zacząć składać kartony i wyrzucać te, które nie będą mi już potrzebne (czyli nie są po moim sprzęcie), wtedy zrobi się więcej miejsca. Kiedy skończę to rozpakowywanie – nie wiadomo, zwłaszcza, że wszystko niezbędne do życia jest już dostępne pod ręką, a nie w pudle. To nie wróży za dobrze postępowi prac.

Dzisiaj zaopatrzyłam się w proszki do prania i przywiozłam z domu swoją ukochaną tablicę korkową, ale z racji też innych zakupów to ostatnie zostało w samochodzie i wniosę ją dopiero jutro po pracy, bo kilkukrotne drałowanie na trzecie piętro w stanie twarzopadu przyjemne nie jest.

Koniec urlopu, który dla mnie zleciał jak bardzo intensywny weekend (mimo czwartku praktycznie w całości przespanego z powodu słabej grypki-jednodniówki). Jutro do pracy 8:00-18:30. We wtorek to samo. W środę po pracy do nie-wiem-której załatwiam dwie opony zimowe i chyba miałam zrobić coś jeszcze, ale nie pamiętam, co. Prawdopodobnie kupić sobie stół, ale nie będzie miał go kto wnieść na wspomniane trzecie piętro. Łóżko kupię też cholera wie, kiedy, pewnie skończy się na jakiejś tańszej ramie z BRW i pal licho póki co bladą kolorystykę sypialni. Prowizorka jest najtrwalsza.

IKEA

Jutro w planach. Na 10 jadę na kurs do Gdańska, po raz pierwszy śmignę tak daleko autkiem, brr. MM dojedzie komunikacją miejską i razem pojedziemy do IKEA, gdzie będę polować na łóżko i ławę z podnoszonym blatem (o ile mają. Jeśli nie będą mieli, to ja wiem, gdzie są takie). I na parę innych drobiazgów, typu noże do obierania warzyw, bo szanowne moje Rodzeństwo toleruje tylko obieraczki i małych noży w tym mieszkaniu niet. Chyba, że mi zabrało.

Rodziciel wysłał mi linka do sprzedawcy na Allegro, który wystawia materace jakoś tak o połowę tańsze niż zwykle można dostać. Sam sobie kupił i chyba poleca.

Poza tym jak sobie dzisiaj zdałam sprawę, ile jest różnych opcji na zrobienie obiadu (średnio szybka – jeśli chce się ją na mięsku – zupka z mrożonki, danie z mrożonki, słoiki, porcjowane mięso, fixy itp.), to mi się mój kucharski humor nieco poprawił. Co nie zmienia faktu, że następną okazję do gotowania obiadu będę miała dopiero w środę.

Szwy z wycinanek zdjęte, teraz działam tylko na „stripach”. Będę z nimi chodzić kolejne 2-3 tygodnie (dostałam na zapas), żeby się rana nie rozlazła.

To tyle z kronikarskiego obowiązku ;)

Wycinanki – rozwinięcie

Wczoraj ściągnęłam duży plaster, który pokrywał szwy po wycinankach. Spodziewałam się trzycentymetrowej dziary, tymczasem całość ma… centymetr długości. Nie, że to źle, wręcz przeciwnie. Mam tylko nadzieję, że dwa „stripy” (małe, wąskie plasterki zbliżające brzegi rany) wytrzymają do piątku. I tak mam problem z braniem prysznica…

Dzisiaj wąsate, miauczące dziady nie obudziły mnie w nocy. W zamian poszłam późno spać i wcześnie wstałam, więc wyszło na to samo. Znowu obudziłam się z nimi w łóżku.

Koci przełom

Mieszkanie wynajęłam z dwoma kotami w pakiecie. Zamieniłam szarego, głuchego, mimo to hałaśliwego Syberyjczyka i łaciatą (białą w czarne łaty), wredną zołzę na dużego, biało-rudego kocura i czarną, drobną, gadatliwą koteczkę. Kocur jest głupiutki i tchórzliwy, kotka po kociemu inteligentna i towarzyska. Kocur najpierw chował się na szafach, potem przede mną uciekał, kotka… nie miała nic przeciwko mnie. Spały nie wiem, gdzie, na pewno nie ze mną.

Poprzedniej nocy kotka (Mrówka) po przewróceniu czegoś w sąsiednim pokoju przyszła do mnie do łóżka się pocieszyć. Tej nocy oba stwory obudziły mnie koło czwartej swoją bitwą, którą przerwały po moich głośnych sykach, po czym pocieszenia wymagał kocur (Kisiel). Potem miałam, oczywiście, problemy z zaśnięciem, ale jakoś się udało i obudziłam się znowu 2 minuty przed budzikiem.

Oba koty leżały ze mną w łóżku.

Osobiście uważam to za przełom :). Z tej okazji może im kupię dzisiaj jakiś smakołyk ;) (i tak mają ze mną dobrze, bo nie dostają Whiskasa, tylko karmę wartościową odżywczo)

Tak poza tym, muszę się przyzwyczaić do większego hałasu w nocy. Kilkadziesiąt metrów od moich okien przebiega ruchliwa, krajowa droga, więc coś szumi praktycznie cały czas. Zegar w kuchni (a raczej aneksie) hałasuje. Koty się tłuką. W domu miałam tylko chrapanie Rodziciela za ścianą.

Zbieram siły i odwagę na kupienie łóżka (na razie śpię na wersalce w „salonie”) – chyba zamówię transport, bo wczoraj szafkę pod telewizor (tak, wiem, zakupy! :P) udało mi się przewieźć tylko po rozłożeniu kanapy w autku. Kartony z łóżkiem raczej się w nim nie zmieszczą. No i materac, który też będzie mnie sporo kosztował. Potem czeka mnie zbieranie jakichś 10 tys. zł na kuchnię. Wolałabym nie kupować na kredyt. Nie muszę mieć wszystkiego „na wypasie”: zlew, kuchenka, lodówka, mikrofalówka, kilka szafek. I powolutku do przodu. Na razie wszystko mam. Potem to wszystko wywędruje do Rodzeństwa.

Start w dorosłość.

Robimy jesiennie

Zmiana pilniczka.

O 12 do mieszkania Rodzeństwa przyjeżdża ekipa i zaczyna się akcja przeprowadzka. Może dzisiaj wieczorem na keyprywatnie.blox.pl będą jakieś zdjęcia z nowego lokum, załadowane dzięki internetowi już nie z Neozdrady, tylko z kablówki. A jak nie dzisiaj, to może jutro.

Do spakowania został mi tylko komputer, ale to będzie góra 5 minut.

Przeprowadzonam.

Biurko i komputer stoi w pokoju, który ma służyć za graciarnię. Większa graciarnia jest w przyszłej sypialni, z której będę musiała wynieść/wyciągnąć kilka mebli. Trochę tego nie ogarniam.

Ogólnie rośnie mi lista zakupów: stół kuchenny, tzw. ertefałka („RTV-ka” – komódka pod telewizor i na inne sprzęty audio-wideo), łóżko (na razie będę spać na wersalce, której twardość będzie mi ciężko zastąpić – dla moich pleców najzdrowsze byłoby chyba spanie na podłodze. Im twardziej, tym lepiej), regalik na płyty muzyczno-filmowe… Wypad do IKEA jest planowany na następną sobotę. Będę po kursie w Gdańsku, akurat podpasuje.

Gdybym nie miała sztucznej (acz zszytej) dziury w ciele, to bym też kupiła farby do ścian, folię malarską i pędzle, bo odklejenie trzech obrazków od ściany będzie się z góry wiązało z mini-remontem, o który reszta ścian „salonu” też się prosi. Bardzo polski sposób na spędzanie urlopu. Im szybciej tym lepiej, z drugiej strony w najbliższym czasie niespecjalnie będzie kiedy, bo nawet weekendy będę miała skutecznie zawalone. W listopadzie? Kto wie.

Kupiłam sobie butlę półsłodkiego Fresco, ale dzisiaj chyba nie mam już siły na upijanie się. Niby prawie nic nie nosiłam i w porównaniu z dystansem pokonanym przez MM i panów z ekipy nie mam się czym chwalić, ale jednak najwyraźniej jestem typem (prze)wrażliwca i pozwolę sobie na wieczorne jęczenie.

Idę znaleźć piżamę i zbieram się do spania…