Archiwum miesięczne: Sierpień 2012

Mały kawałek historii

W mieście najbliższym mojej mieścinie jest jeden porządny sklep muzyczny, w sensie taki z płytami, koszulkami i innymi gadżetami. Sklep – maleńka klitka – istnieje od zawsze, czyli od co najmniej 18 lat, kiedy to moje starsze rodzeństwo zaczęło się edukować muzycznie dzięki panu, który ten sklep od równie zawsze prowadzi. Pana pamiętałam jako „pękatego” posiadacza blizny, jakby mu ktoś siekierą przyłożył nad prawym okiem. W tej chwili pan jest również siwy i powoli łysiejący. Zna się również na tym, co sprzedaje: rodzeństwo zostało wyedukowane w stronę grunge’u i nigdy nie było zawiedzione proponowaną przez pana muzyką, choć sklep nazywa się Blues.

Dzisiaj poszłam sprawdzić, czy mój średnio znany szerokim masom ulubiony zespół również znajduje się w kręgu ewentualnych zainteresowań pana z Bluesa.

Archive ogólnie jest zespołem trip-hopowo-progresywnie-rockowym z dużą dozą elektroniki. Wypłynął w Polsce dzięki Radiowej Trójce (która, jako jedyna stacja radiowa, czasami puszcza ich kawałki), więc szanse, że szanowny pan z Bluesa Archive zna, były duże.

Pan wiedział, że ich nowa płyta wychodzi niedługo (wyszła wczoraj). Z uśmiechem poinformował mnie o trzech wersjach krążka, z czego on zamówił tą najtańszą, za ok. 45 zł. Będzie w piątek koło południa.

Stwierdziłam, że trzeba zatem dbać o lokalny biznes i w w drodze do MM, zamiast do Empiku (który robi przekręty i np. nie płaci wydawnictwom), to zajrzę do Bluesa i dam szanownemu panu zarobić kilka złotych. Tak w ramach odpokutowania za grzech zakupu kasety, której do dziś dnia się wstydzę. ;)

Skrótem i w punktach

1) Niedzielny dyżur i wyznanie tabletkożernego pacjenta o mało co nie zainspirowało mnie do napisania notki o przedawkowaniu najpopularniejszych środków przeciwbólowych. Dla Was na przyszłość: ibuprofen (Ibuprom, Ibum, Nurofen) jest bezpieczniejszy od paracetamolu (Apap). Ten drugi po przekroczeniu dziennej dawki 3 g (6 tabletek) potrafi doprowadzić do martwicy wątroby. Po nażarciu się ibuprofenu może wystąpić krwawienie z przewodu pokarmowego, ale jak dobrze pójdzie, nie będzie konieczny przeszczep w gruncie rzeczy niezbędnego do życia (na dłuższą metę) narządu.

2) Dzisiaj znowu miałam „udaną” popołudniówkę. Na sześciu pacjentów kolejno: dwóch przyszło, dwóch odwołało wizyty, dwóch nie przyszło bez poinformowania o tym planie wcześniej. Szef w międzyczasie też miał trochę czasu. Poszedł do swojego mieszkania i wrócił po kilkunastu minutach z własnoręcznie robionymi naleśnikami z Nutellą.

3) Pod koniec listopada wraz z Moim Mężczyzną po raz drugi w życiu idę na koncert Archive (MM debiutuje w tym wypadku). Tym razem wypad będzie dość stacjonarny, bo do Gdańska. Poprzednim razem w środku V roku studiów (podczas ferii zimowych!) zaliczyłam kilka dni we Wrocławiu.

4) Jutro pani z ING będzie mi wciskała fundusz emerytalny (prawdopodobnie III filar) i może czegoś się dowiem o możliwym kredycie hipotecznym. Na razie powinnam w końcu wykupić sobie prenumeratę prasy fachowej (nie wiem, czy ok. 220 zł za 6 numerów magazynu liczącego po 80 stron to dobra cena, czy nieświadomie kupiłabym tylko jeden egzemplarz) i znaleźć i odbyć kurs na inspektora ochrony radiologicznej w ramach polepszania sobie CV.

A tak w ogóle to udzielam się gdzie indziej, wklejając screencapsy z pewnego filmu na podstawie komiksów, koncentrując się na czyiś wielkich bicepsach, od czasu do czasu darząc swoich czytelników obrazkiem z kilkoma zgrabnymi tyłkami. MM musi mnie bardzo kochać, skoro to nadal cicho znosi ;)

Wycinanki

Mam na plecach pieprzyk, prawidłowo zwany znamieniem barwnikowym. Pieprzyk znajduje się idealnie w zasięgu drapiącej mnie po plecach mojej własnej dłoni. Zresztą kiedyś padł ofiarą rzeczonej dłoni. Został zdrapany i – dziadyga – odrósł.

Na studiach miałam nieco za dużo zajęć z onkologii, by dziada w takim stanie i w spokoju zostawić.

Wczoraj byłam u swojego dermatologa. Średni czas wizyty u niego wynosi jakieś 20-30 minut, z czego w moim wypadku pierwsze 5 minut zostało poświęcone na szukanie mojej karty. Tak czy siak, poszłam tam w celu umówienia się na zabieg usunięcia rzeczonego pieprzyka. Pan doktor wziął mój numer telefonu i obiecał, że w tygodniu zadzwoni z terminem.

Zadzwonił dziś. Akurat szczęśliwie miałam przerwę. Pan doktor się przedstawił (chociaż mój telefon zidentyfikował dzwoniącego) i dodał, że dzwoni, „żeby dogadać termin naszych wycinanek”.

Wycinanki odbędą się w połowie października. Podobno mam szanse na zwolnienie lekarskie (ZUS mi w ogóle za nie zapłaci?), ale bez względu na to, ile będzie ono trwało, biorę tydzień wolnego. Zamienię 5 milimetrowy pieprzyk na bliznę długości 3 cm, ale powiem szczerze, wolę mieć bliznę i święty spokój, niż diagnozę „czerniak złośliwy” (na którą to diagnozę ze strony tego pieprzyka podobno się na razie nie zanosi, ale lepiej dmuchać na zimne).

Poza tym, osiągnąwszy wagowo górną granicę normy, stwierdziłam, że dla dobrego samopoczucia własnego powinnam schudnąć 12-15 kg. Matula poinformowana o moim pragnieniu z radością stwierdziła, że w takim razie obie przechodzimy na dietę MM (Metoda Montignac) i zaczynamy chodzić na spacerki (to drugie słyszę średnio co 2-3 tygodnie).

Żal nad dziedzictwem

Dwukrotne obejrzenie „Mission: Impossible – Ghost Protocol” (bo dopiero za drugim razem dostrzega się coś więcej poza dobrą zabawą) uświadomiło mi istnienie aktora o nazwisku Jeremy Renner.

Pan Renner ma lat 41, podobno 178 cm wzrostu, ma miłą, prostokątną twarz z niebieskozielonymi oczami, włosami koloru blond, średniej wielkości prostym nosem i charakterystyczną blizną po prawej stronie nasady wspomnianego nosa. I jest leworęczny. Umie całkiem znośnie śpiewać, w wolnych chwilach własnymi ręcmi remontuje domy w celu sprzedania ich z zyskiem. Jest psiarzem, posiada dwa francuskie buldogi.

Ma on też na koncie dwie nominacje do Oscara: jedną za rolę pierwszoplanową („The Hurt Locker”) i za drugoplanową („The Town”). Kiedyś wykazywał zamiłowanie do grania snajperów, morderców i więźniów w celi śmierci. Ostatnio przerzucił się na bardziej pozytywne postaci.

W tym osobnika, który zastąpił Jasona Bourne’a w czwartej części filmowej serii z panem B. w tytule, tym razem „Dziedzictwo Bourne’a” [uwaga, notka zawiera spoilery!]. Osobnik nie nazywa się Jason Bourne, tylko Aaron Cross.

Poznajemy Aarona, kiedy jest on w trakcie treningu na Alasce. Przechodzi on przez górzyste pustkowia, pokonując różne przeszkody, regularnie połykając zielone i niebieskie tabletki i pobierając próbki krwi. Ogólnie jest on nieświadomy zamieszania, które w Nowym Jorku wywołał Jason Bourne – zamieszania, które spowoduje próbę zamknięcia programu Outcome (podobnego do tego, który stworzył Bourne’a), którego Cross jest uczestnikiem. Zdaje on sobie sprawę, że coś się dzieje, kiedy ktoś uparcie próbuje go ukatrupić. Skoro jest świetnie wyszkolonym agentem, udaje mu się uciec, ma tylko jeden problem… skończyły mu się tabletki. Te zielone, ale niebieskie też są na wykończeniu, co oznacza dla niego dodatkowe kłopoty poza tym, że ktoś nadal próbuje go wykończyć.

Byłam naprawdę podekscytowana przed seansem. Filmowa seria z Mattem Damonem dla mnie należy już do klasyki kina. Uwielbiam filmy tego typu. Kiedy więc pojawiła się zapowiedź przejęcia serii przez mojego obecnego ulubieńca, zaczęłam odliczać dni do premiery.

Po seansie byłam zawiedziona.

Z roli Rennera mogły zachwycić głównie momenty prezentacji jego nagich bicepsów (we wcześniej kręconym filmie musiał strzelać z łuku i trochę mięśni mu przybyło) i klaty. Mimo bycia w centrum uwagi nie miał on zbyt wiele okazji do wykorzystania potwierdzonego przecież talentu aktorskiego. Owszem, w filmie jest sporo fajnie nakręconych scen walk i pościgów, ale najsłabszym elementem jest ogólnie fabuła. Ten film jest wyraźnie wstępem do dalszego ciągu, w którym tak naprawdę będzie dopiero mowa o jakimkolwiek dziedzictwie – tym razem Aaron Cross walczy po prostu o przeżycie i utrzymanie wysokiego poziomu IQ. Do programu dołączył jako osoba upośledzona umysłowo, ale po kilku latach eksperymentów z wirusami i modyfikacjami genetycznymi udało się to zmienić i on chce ten stan utrzymać – i tylko o to rozchodzi się cała akcja.

Co jest nie tak? Jason Bourne i jego skuteczność zależała wyłącznie od szkolenia. Tu już wchodzimy w sferę science fiction, coś nie do pomyślenia w produkcji, która nie była stworzona jako science fiction albo z przymrużeniem oka, jak „Mission: Impossible”. Owszem, tego rodzaju modyfikacje genetyczne się robi: ale raczej nie na ludziach i nie na użytek thrillerów z akcją w czasach współczesnych. Dodać do tego nieskończoną ilość innych programów treningowych (plus „There was never just one” jako tagline dla filmu) i mój pierwotny sceptycyzm (o genetyce było wiadomo już z trailerów) podskoczył pod sufit.

Szkoda, no, szkoda. Można by liczyć na coś lepszego w kolejnych filmach, ale taki wstęp może zniechęcić do śledzenia rozwoju dalszej akcji. Zwłaszcza, że ma się wrażenie powtórki z rozrywki i otwarcia drzwi do ciągnięcia Bourne’owskiej serii w nieskończoność.

Można zaoszczędzić pieniądze na kino i zaczekać na wydanie DVD.

Kupiłam sobie „Ultimatum Bourne’a”. Nad zakupem „Dziedzictwa” się poważnie zastanowię.

Wieczorne rozprężenie

Uwielbiam czwartki. Ale o tym już pisałam. Niejednokrotnie.
^ ironia.

Lubię pracę w „głównej” przychodni, bo chociaż ploty po firmie chodzą średnio pozytywne (niedawno w końcu nauczyłam się je dzielić przez 2), to jednak przewidywalny zapitolnik budzi we mnie cieplejsze uczucia od kwitnięcia po kilka godzin ze zmienną ilością zajęcia na pogotowiu. Jedyny dzień, który wywołuje u mnie mierną niechęć do przyjścia do pracy, to czwartek.
^ szczera prawda. 

Dzisiaj było nawet sympatycznie. Na sam początek ze dwa usuwanka ząbków, trzecie w ciągu dnia nieudane, ale pacjent miał już u nas wpis, że korzenie kolbowate i po moich próbach rozbujania ząbka został odesłany ze skierowaniem do chirurga. W międzyczasie przyjechała rodzinka: trzech braci na fotel, czwarty, dużo młodszy – jako obserwator, plus mama. Pod koniec jeden pacjent (dzisiaj dodatkowo) po moim leczeniu kanałowym wylądował z pięknym ropniem… nad zębem sąsiednim. Taki brzydki zbieg okoliczności, że jeden ząb zaczął się odzywać akurat w momencie mojego rozgrzebania sąsiada. Plus musiałam się przesiąść na inny unit, bo mój zaczął odmawiać posłuszeństwa. Przedostatni pacjent, wciśnięty w grafik na usuwanie zębów, na prośbę przekazaną przez sąsiada, nie przyszedł.

Na sam koniec miałam zakończenie leczenia kanałowego dolnego jednokanałowca. Pacjent był już u mnie wielokrotnie, ja zaczęłam dostawać głupawki, asystentka mi w tym wtórowała.

„Okej, skupiamy się, bo nam się pacjent przestraszy.”

Nie przestraszył się.

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, czemu nie gadam do pacjentów podczas pracy – jestem introwertykiem. Nie jestem gadułą i już. Momentalnie zanikły mi wyrzuty sumienia przez moje milczenie. Może to i dobrze, że nie gadam, bo jak niedawno podczas leczenia (w znieczuleniu lignokainą) jednego pacjenta zaczęłam pytać asystentkę, czy wyczekiwane znieczulenia (artykaina z dodatkami) w końcu doszły, to panu mina zrzedła – ale chyba w geście solidarności z jego fotelowymi następcami. Całe szczęście mieliśmy zapas lignokainy, więc nikt proszący nie został bez znieczulenia, chociaż nie lubię tego środka.

Ogólnie podczas leczenia powinno się gadać do pacjenta, jeśli w ogóle, a nie do asysty. Tak twierdziła pewna pani psycholog i czasem jej nawet wierzę.

No więc wracając do tematu:

Wieczorem robię się bardziej gadatliwa. Mam świadomość, że to ostatni pacjent, stały klient, więc się nie zrazi, zabieg w miarę szybki i bezbolesny, rach ciach, leczenie zakończone, proszę tylko wpaść pokazać zdjęcie. Po drodze chwalę się, że idę jutro do kina, pytam, czy asystentka ma jak wrócić do domu po przedłużonej zmianie. Wkurzam się, że na RTG przed wypełnieniem kanału zęba widać pięknie cały ząb… tylko nie sam wierzchołek korzenia, co czyni fotkę średnio wartościową dla leczenia. Tłumaczę trzy razy jedną rzecz innemu pacjentowi, po czym mam ochotę położyć się i pójść spać.

Mój ekstrawertyzm ujawnia się na sam koniec męczącej zmiany.

Takie wieczorne rozprężenie.

Czego dowodem jest również ta notka bez ładu i składu. Konkursy literackie wygrywałam w trzeciej klasie gimnazjum, to se ne wrati.

Dostałam od rodziców nieco spóźniony prezent na urodziny. Jutro będzie mnie ten prezent prowadził świetnie znaną mi trasą do kina. Ciekawe, czyim głosem będzie przemawiać… Tego nie udało mi się ustawić. Ale już wyłączyłam ostrzeżenie o przekroczeniu prędkości ;).

Budzikowa panika

Wczorajszą noc przespałam jeszcze normalnie (chyba z niewyspania), dzisiaj obudziłam się o piątej i szóstej rano z przemożną potrzebą sprawdzenia godziny. Najbliższe wymuszone wczesne wstawanie będzie miało miejsce dopiero w więc może jakoś dojdę do siebie ;)

Jestem po obiedzie i nie chce mi się myśleć. Pojutrze idę na „Dziedzictwo Bourne’a”, więc ogólnie moja mózgownica jest i pozostanie w takim sobie, bezmyślnym stanie (bo film na pewno nie będzie ambitną produkcją zmuszającą do myślenia o czymkolwiek innym niż… a to zostawię dla siebie ;) ).

Zaspałam do pracy

No przysięgam, budzik nie zadzwonił.

Budzik mam w komórce. Był nastawiony na 6:40. Obudziłam się, wzięłam telefon do ręki, zobaczyłam godzinę 8:15 (do pracy na 8:20) i wciąż widniejący symbol włączonego budzika. Gdybym we śnie włączyła drzemkę czy go wyłączyła, to odpowiednio albo zadzwoniłby jeszcze raz, albo ikonka zegarka by się nie wyświetlała.

Stwierdzoną 8:15 potwierdziłam jeszcze na dwóch czasomierzach (drugiej komórce i zegarku na rękę), zadzwoniłam do pracy, umyłam zęby i buzię, ubrałam się i śmignęłam do pracy, przy okazji stwierdzając, że prawy kierunkowskaz mruga mi znacznie szybciej niż norma przewiduje (lewy mruga normalnie).

Wyszłam z niej wypluta i z godzinnym opóźnieniem, które zresztą panowało przez niecałe 6 godzin mojej NFZtowskiej służby, bo pierwszy pacjent nie chciał przyjść jutro, wszyscy późniejsi zapisani też jak na złość przyszli i miałam pacjentów z bólem. Po pracy pojechałam do miasta oddać pożyczony film* i zamówiłam sobie drugą pieczątkę lekarską, coby ją zostawiać w bezpiecznym zakątku mojego głównego miejsca pracy. Wieczorem musiałam odwieźć Mojego Mężczyznę na pociąg, po powrocie chyba udało mi się rozpoznać przyczynę mrugania kierunkowskazu: prawdopodobnie jedna żarówka się przepaliła. Właśnie znalazłam w internecie jej typ, więc chyba jutro na przerwie, poza wybraniem się do apteki i podbiciem recepty, którą wypisałam dziś pacjentowi i nie miałam czym przypieczętować (bo pieczątka została w domu z racji mojego porannego pośpiechu – stąd zamówienie drugiej, bo zapominalstwo zdarzało się już wcześniej), znajdę kogoś, kto mi ją wymieni, przy okazji trochę się męcząc, albowiem dostęp do lamp w moim autku podobno jest beznadziejny.

Ogólnie to zaspanie, choć leżałam w łóżeczku półtorej godziny dłużej, zupełnie mnie rozbiło. Jutro rodzice wracają z urlopu i wypadałoby posprzątać.

Nie chce mi się nic.


*Wypożyczalnie filmów wróciły do łask. Niedawno zaopatrzyłam się w odtwarzacz BluRay, chociaż nie mam zestawu kina domowego, ale mam telewizor HD i na razie musi to wystarczyć ;). Własnych płyt BR z racji ich ceny i średniej dostępności filmów też jeszcze nie posiadam – stąd też moje wypożyczanie. Podejrzewam, że wszelkie nowe produkcje, które będą wychodzić i na których będzie mi zależeć, będę kupować już na tym nośniku – o ile będzie na nich rozsądna ilość dodatków. Dla mnie kupowanie filmów na BR bez dodatków mija się z celem. ;)