Archiwum miesięczne: Czerwiec 2012

O, już czwartek.

Zleciało. Dla mnie od czwartku zaczyna się weekend, w czym wcale nie przeszkadza 3,5 godziny w piątek i 6 godzin w niedzielę na dyżurze. Tak w ogóle to mnie ta druga praca trochę wkurza (a konkretnie szefostwo), ale nie będę się rozwodzić, bo chodzi o jedną, za to dość ważną rzecz. Może w końcu coś się wyklaruje… Albo tupnę nóżką i już nie będzie przerywników w weekendy.

W urlopowy wtorek (19 czerwca) na wyjeździe gdzieś wysłałam dwa zakłady w Lotto, na chybił trafił, bo skreślać cyferki to mi się zachciewa tylko i wyłącznie wtedy, gdy rodziciel przynosi kupon z typowym „pięć losów”. Tak czy siak, nie miałam kiedy sprawdzić, czy coś wygrałam: parę razy poszczęściło mi się na 24 zł, więc większych nadziei nie miałam. W zeszły wtorek na przerwie wyskoczyłam na zakupy żarełkowe i w kiosku podałam pani kupon z prośbą o sprawdzenie. Pani oświadczyła, że „tu jest 48 zł”. W sensie wygrałam dwie trójki. Z wrażenia nawet nie wysłałam kolejnego zakładu mimo kumulacji. Bywa i tak :)

Pozdrawiam przedwakacyjnie i przedweekendowo. Cieszcie się, że jest notka: przed chwilą prawie spadłam ze schodów przed domem. Schody niewysokie, ale rękę zawsze mogłam złamać.

Wróciłam.

Z urlopu. Tak właściwie to już cztery razy byłam w pracy. Jednej i drugiej.

Po opalaniu w zeszły poniedziałek zdążyła już mi zejść skóra z ramion. Ogólnie rozleniwiłam się strasznie i w sumie nie wiem, o czym mam pisać, tyle tego było.

Nie pokąpałam się jeziorku. To był jedyny minus tego wyjazdu. Nogi zamoczyłam i tyle.

Ale trochę sobie z Moim Mężczyzną pojeździliśmy po Kaszubach. Część widoków już znałam. Dla MM, pochodzącego z płaskich Kujaw, góry i doliny na nieodpowiednim końcu Polski były nowością ;). Dom celowo ustawiony na (swoim) dachu takoż. Chyba mu się podobało.

Odwiedziłam też wiochę, na której spędziłam pierwsze półtora roku swojego życia. Taki mały powrót do korzeni. Do miasta, w którym się urodziłam, już nie dotarłam, bo było za daleko.

Ogólnie dwa tygodnie nicnierobienia były bardzo przyjemne. Domek świetny, dobrze wyposażony, właściciele niewidoczni, a jeśli już, to pomocni i bezproblemowi. Lokalizacja też była na tyle dogodna, że mieszkając w małej wiosce letniskowej mieliśmy idealną bazę wypadową, chociaż bez samochodu byłoby ciężko. Jezioro też piękne, byłoby bardzo zachęcające do kąpieli, gdyby temperatura wody była bliższa 20 niż 10 stopniom.

Następnym razem taki wyjazd na nicnierobienie urządzę sobie w lipcu albo sierpniu. ;)

Co do pracy… Miałam ostatnio dość częsty i frustrujący obrazek w postaci uroczej nastolatki o buzi zdecydowanie gładszej od mojej (będzie powtórka z dermatologicznej rozrywki, ale to od października), a z chyba czterema zębami po dewitalizacji pół roku temu lub na jakimkolwiek innym, acz początkowym etapie leczenia kanałowego. W takich sytuacjach nie wiadomo, co zrobić: czy dłubać w kanałach, czy ratować coś, co takiego leczenia póki co nie wymaga. Kilka razy zdarzyło mi się wybrać drugą opcję. Dziewczę zostało przeze mnie łagodnie zjechane (obdarowało mnie uśmiechem na moje „zęby masz zaniedbane”). Jest to jedna z wielu osób, dla których najchętniej zaklepałabym miesiąc w grafiku, żeby w miarę szybko zaprowadzić porządek w ustach, ale z zastrzeżeniem, że jeśli się choć raz nie stawi na wizycie (w przypadku osób z udowodnionym bardzo swobodnym stosunkiem do konieczności regularnych wizyt u dentysty), to będzie musiała się ustawić w kolejce na miejsce w grafiku – za trzy miesiące.

Tak. Te dwa tygodnie się przydały. Do wypalenia zawodowego jeszcze daleka droga, ale zabijać się za cudze zęby nie mam zamiaru. I może nawet uda mi się w miarę bezboleśnie przeżyć lipiec na połowie wypłaty.

Nie wpieniać fryzjera.

Nie wiem, czy jest po mnie widać irytację w pracy. Zazwyczaj widać pośpiech: jeśli pacjent sam tego nie powie, to czasem nie proponuję znieczulenia na wejście. Ale resztę robię jak należy, żeby nikogo nie wkurzyć. Zresztą sama nie wiem, nie kontroluję do końca wyrazu swojej twarzy, może niektórzy pacjenci wychodzą ode mnie z ulgą, że nie zrobiłam im krzywdy.

Po fryzjerze łatwiej poznać, że jest wpieniony. Dzisiaj się wprosiłam pani fryzjerce i chociaż i za pierwszym, i za drugim razem, kiedy weszłam do salonu, było pusto, to jednak dało się wyczuć, że może moja obecność jest jej nie na rękę.

Fryzjer łatwo może okazać irytację. Na przykład szarpnie za włosy nieco mocniej, niż zwykle, o ile zwykle również zdarzy mu się szarpnąć. I to wkurza z kolei mnie, choć moja asertywność jest w powijakach i trochę ciężko mi wspomnieć, że mnie boli. A nuż w odpowiedzi pozbędę się większej ilości włosów, niż bym chciała. Bo nożyczki w oku to już by był czyn karalny, a nie na tym polega codzienne wyładowywanie złości.

Podobno żeby zemścić się na nielubianym pacjencie, dentysta może włożyć ziarenko cukru na dno ubytku i zamknąć to na głucho. Sposób bardziej wyrafinowany od niedawno wymyślonej legendy miejskiej w postaci dentystki, która wyrwała swojemu byłemu wszystkie zęby (ktokolwiek to wymyślał, chyba nigdy nie miał usuwanego zęba i ma bardzo niskie mniemanie o etyce zawodowej dentystów). Tak czy siak, w wielu zawodach pracownicy mają świetne okazje do wyładowania frustracji na niewinnych tak, że ci niewinni nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje.

Z innej beczki, ktokolwiek zamawiał taką pogodę, niech sobie jedzie do ciepłych krajów i przywiezie nam słoneczko. Jak nie, to znajdę i uduszę.

Dentysta u dentysty

Rodzince się nie przyznałam, ale oni i tak nie czytają tego bloga.

Wczoraj wybrałam się na przeglądzik do naszego starego dentysty. Wybór średnio logiczny, jako że ostatnie dwa przeglądy miałam u kolegi z pracy, a jeden ząb usuwał mi szef, ale stwierdziłam, że się stęskniłam, pożyczyłam od Rodzicielki nawigację GPS i pod pretekstem „spotkania ze znajomym” śmignęłam autkiem 40 km w jedną stronę.

Pan doktor znalazł mi dwa ząbki do leczenia (dwie górne ósemki) i troszeczkę kamienia na siekaczach. Przy okazji śmiał się, że dolne siekacze mam pochylone w prawo „jakby po pijaku”. Przy okazji dowiedziałam się, jaki materiał będę miała założony (z nazwą handlową włącznie) i dlaczego. Poza tym stwierdzono, że „chyba czuję ten zawód”, co zabrzmiało bardzo pozytywnie. Pogadaliśmy chwilę o protetyce, umówiłam się na wizytę i śmignęłam z powrotem do domciu, prowadzona przez miłego pana, który się co chwilę martwił, że za szybko jadę ;).

W zębach, które czasami dają znać leciutkim ćmieniem, że są, nic nie znaleziono.

A mieszkanie w turystycznie popularnej okolicy potrafi być irytujące w godzinach szczytu przed długim weekendem i Euro ;).

Pojutrze wyjeżdżam na dwa tygodnie, zaopatrzona w kilka książek i dodatkowy limit transferu internetu w komórce. Pogoda zapowiada się średnia (ciekawe, czy coś wyjdzie z mojego kąpukąpu w jeziorku), ale mam zamiar się lenić tak, że powrót do pracy wywoła u mnie depresję.

Ostrzegali.

„Będzie przychodził bez pieniędzy.”

Przyszedł. Wiedział, że wizyta „prywatna”. Zrobiłam, co planowałam i jeszcze więcej. Wpisałam do programu. Zażyczyłam sobie 100 zł.

„To ja dostarczę następnym razem.”

Zrobiłam wielkie oczy.

„Wolałabym, żeby pan dostarczył jak najszybciej.”

„To dzisiaj, za chwilę.”

Poszedł. Wrócił, zapłacił, dostał paragon, wszyscy szczęśliwi.

A ja się zastanawiam, czy do sklepu też tak chodzi? Robi zakupy i na sam koniec mówi zupełnie bez skrępowania, że odda następnym razem?

Mój były pacjent z roszczeniem podobno w piątek zażyczył sobie dokumentację medyczną swojego przypadku na użytek ubezpieczalni. Dokumentację (a dokładniej to kopię) już raz dostarczyłam, poza tym wg pani radcy prawnego z Izby Lekarskiej pacjent nie ma prawa w tych celach otrzymać papierów do ręki. Ze strachem w sercu (mamy ze sobą przerąbane) zadzwoniłam do pacjenta i poinformowałam, że w celu otrzymania dokumentacji (którą już dostali, jak pisałam), powinnam dostać z ubezpieczalni wniosek podbity przez lekarza (o czym dowiedziałam się PO przekazaniu dokumentacji). Pacjent przyjął to ze spokojem i stwierdził, że w takim razie zwróci się do ubezpieczalni, by zwrócili się z tym do mnie. Pomijając fakt, że po kiego grzyba im dwie kopie tej samej dokumentacji. Nie przyznałam się, że w sobotę jadę na dwa tygodnie urlopu i cała sprawa jeszcze się przedłuży. 

Wniosek z powyższego jest taki, że przez zrobieniem czegokolwiek w związku z roszczeniem pacjenta należy poradzić się prawnika.

A jutro na sam początek będę miała pacjenta psychiatrycznego (prawdopodobnie) na fotelu. Mniodzio.

Cztery dni pracy i urlop.

Nie i już.

No nie mogę nosić rękawiczek lateksowych. Wcale. Nawet przez pięć minut, kiedy oszczędzam swoje nitryle i chcę narzędzia na pogotowiu umyć. Raz reakcja pojawi się po dwóch dniach. Innym razem po pięciu minutach.

W zeszłym tygodniu byłam na kursie z minutą praktyki. Wbijaliśmy igiełki w golonkę. Organizatorzy zapewnili rękawiczki, obrywając ode mnie dużym plusem, bo były one nitrylowe.

Raz miałam przerażającą reakcję alergiczną. Przerażającą, bo pojawiła się znikąd. Zaczęłam się bać, że na nitryle też mam alergię, ale, całe szczęście, łapka się zagoiła i było OK. Bo po wystąpieniu reakcji moja prawa ręka wygląda tak, jakbym kogoś pobiła: mam zaczerwienione i popękane knykcie. Zresztą na wspomnianym wcześniej kursie musiałam stanowić miły widok. Jestem praworęczna, więc nie było nawet jak schować łapki. Jak się koledzy dentyści i lekarze być może przyjrzeli, to mieli pewnie różne teorie na mój temat.

Na pogotowie kupuję własne rękawiczki. W przychodni „głównej” zaczęli o mnie dbać po jakichś trzech miesiącach stażu. W tej chwili większość lekarzy u nas dla świętego spokoju przestawiła się na nitryle (w sensie takie zamówienie składa szef ;) ), które ceną nie różnią się od rękawiczek lateksowych, tylko trochę ciężej je założyć.

Ogólnie żywot jest nudny acz ciężki, a za tydzień jadę na urlop, jupi. ;)

Głodna jestem po dyżurze, dobranoc.