Archiwum miesięczne: Maj 2012

Gabinet przy własnym domu to niekoniecznie dobry pomysł

Przypadek z pogotowia, niedziela wieczór. Przychodzi mama z dzieckiem. Dziecko było pacjentem. Pani opowiada, jak to bolący ząb najpierw był „opatrunkowy”, potem wypełniony, po miesiącu zaczął boleć. Pani w ową niedzielę wieczorem poszła do dentystki, która ten ząb robiła ostatnio, żeby pani dentystka spojrzała i coś poradziła. Pani dentystka zdecydowanie odesłała panią z dzieckiem na pogotowie stomatologiczne.

Pani była oburzona. Przecież chodziło tylko o to, żeby spojrzeć! W końcu to dziecko, dorosły jakoś wytrzyma, ale na dziecko mogła przecież spojrzeć!

Mogłam tylko wywnioskować, że pani doktor ma gabinet przy własnym domu, skoro była dostępna, a dziecka nie przyjęła.

Można w pewnym stopniu zrozumieć mamusię. Z drugiej strony…

Ząb bolał od kilku dni. Mamusia w końcu zdecydowała się zjechać z wakacji. Po mojej interwencji z komory wylała się ropa: nic dziwnego, że ząb bolał.

Jeśli dentysta choć raz pozwoli sobie na ustępstwo w postaci posadzenia pacjenta na fotelu w niedzielę wieczorem, to będzie miał takie sztuki zawsze. Mi to chyba nie grozi, bo własnego domu z gabinetem raczej nie wybuduję. Zastanawiam się, jak długo mój były dentysta (którego zresztą mam zamiar odwiedzić przed urlopem, ale ani słowa Rodzicielce, bo jest to decyzja średnio racjonalna ;) ) musiał wychowywać sobie pacjentów, żeby dali mu spokój w jego własnym domu.

A pacjenci niech zrozumieją takiego dentystę z gabinetem przy domu. Fajnie, jasne, do pracy dwa kroki, zazwyczaj przez jedne drzwi, ale każdy ma prawo do nienaruszalnego pracą odpoczynku. Ból zęba zazwyczaj wiąże się z zaniedbaniami, więc jeżeli ktoś nie dba o zęby, to niech nie wymaga od dentysty, że ten poświęci swój wolny czas na ratowanie czegoś, na czym nie zależało właścicielowi.

Amalgamat

W stomatologii „amalgamat” to nazwa jednego z najstarszych materiałów do wypełnień ubytków, nadal popularnych i bardzo trwałych, jednak nieestetycznych: mowa o „srebrnej” plombie.

Jakiś czas temu miałam pacjentkę lat ok. 18. Dziewczyna od kilku lat jest diagnozowana nefrologicznie, ma problemy z kręgosłupem i ogólnie się „sypie”. W międzyczasie wylądowała na moim fotelu. Poza kilkoma drobnymi ubytkami stwierdziłam 10 różnej wielkości wypełnień z amalgamatu.

Oficjalnie maksymalna ilość wypełnień z tego materiału wynosi 7 średnich.

Jakiś czas po przeglądzie usłyszałam, że w końcu wykonano u dziewczyny odpowiednie badania i wykryto zatrucie metalami ciężkimi.

Amalgamat składa się ze srebra, trochę miedzi, cynku i rtęci. Środowisko jamy ustnej jest idealne dla procesów elektrochemicznych. Moją pacjentkę czeka wymiana wszystkich metalowych wypełnień. Być może niektóre były źle skondensowane w ubytkach.

Policzcie sobie przed lustrem swoje zębowe sreberka. To była notka ku przestrodze.

„Udane” popołudnie

Zmiana na NFZ udana. Dzienna norma punktów, obliczona z danych w programie, nieco przekroczona. Skończyłam koło 13, przy okazji żegnając na jakieś 4-6 miesięcy pana, którego podobno wyleczyłam z dentofobii. Też będę za nim tęsknić.

Już wtedy wiedziałam, że pierwszy pacjent „prywatny”, zapisany na 14:30, nie przyjdzie.

Poszłam na przerwę z perspektywą późniejszego drzemania do 15:10 (wizyta kolejnego pacjenta).

Wróciłam z zakupów i dowiedziałam się, że szanowni państwo z 15:10 i 15:50 po telefonie od asystentki również odwołali wizyty.

Za co ślicznie im dziękuję, bo w ciągu dwóch godzin ALEŻ OCZYWIŚCIE, że można znaleźć kogoś innego w to miejsce.

Pacjent na 16:30 stwierdził, że nie może przyjść wcześniej, więc zadzwoniłyśmy do pana z 17:10.

Pan po chwili negocjacji stwierdził, że przyjedzie na 15:10 z kolegą, zapełniając oba miejsca przed 16:30.

Nie udało nam się skontaktować z pacjentem z 17:50 (ostatnim).

Wybiła 15:10. Po pacjencie ani widu, ani słychu. W międzyczasie zadzwoniła matka pacjenta z 16:30 i stwierdziła, że on też nie może przyjść. Pacjent z 17:50 pozostawał nieuchwytny.

Wybiła 15:50. Nadal pustki na poczekalni. Próbowałam zadzwonić do pacjenta. Nie odbiera.

Ok. 16:10 spakowałam swoje rzeczy i pojechałam do domu.

Ok. 16:30 zadzwonił do mnie pacjent z 15:50 (a właściwie z 15:10, bo nadal wiózł swojego kolegę), twierdząc, że nie dał rady wyjść wcześniej z pracy i właśnie dojeżdża do przychodni. Ja na to, że mnie już tam nie ma i proszę przyjść (na wcześniej wyznaczony termin) za tydzień. Musiałam to powtórzyć ze trzy razy, żeby pacjent zrozumiał, że nie, nie przyjmę go ani dziś, ani jutro, bo a) jestem w domu, b) nie mam kiedy przy zapełnionym grafiku „prywatnym”, z góry odrzucającym możliwość wciskania kogoś pomiędzy pacjentami.

Moja komórka nadal twierdzi, że pacjent z 17:50 ma wyłączony telefon.

Ogólnie od cholery pieniędzy dziś zarobiłam.

Zostały dwa koty i pies.

Aza, sunia, lat prawie 17, odeszła dziś po wielu miesiącach postępującego spadku formy. Niedowidząca, niedosłysząca, z problemami z poruszaniem się i paroma innymi niedomaganiami. Była z nami od szczeniaka.

Nie męczy się już.

Podróże małe i duże

Nieco ponad miesiąc do dwóch tygodni niepłatnego urlopu (jedna z wielu „zalet” posiadania działalności gospodarczej: za urlop nikt Ci nie zapłaci), który to urlop spędzę jakieś 65 km od domu. Pociągiem taką odległość (tylko w drugą stronę i zależy, jakim pociągiem) pokonuje się jakąś godzinę. Na Facebooku co chwilę ktoś wkleja zdjęcia z zagranicznych wojaży. Największa odległość, jaką do tej pory pokonałam w życiu jednorazowo, to ok. 1100 km – do Budapesztu, gdzie spędziłam jakieś półtora tygodnia kolonii – w podstawówce. Ostatnia moja daleka podróż to Kraków w poprzednie wakacje. Wrześniową Łódź wolałabym puścić w niepamięć, poza tym to nie był wyjazd turystyczny. Ogólnie trzymam się własnego podwórka.

I to mnie czasem wku*wia.

Jestem w tej chwili w najlepszym momencie życia: jeszcze żem młoda, zarabiam całkiem nieźle (jako dowód mam to, że co chwilę się chwalę, jakiż to nowy sprzęcik elektroniczny sobie kupiłam – na swoje usprawiedliwienie mam to, że z miesięcznej pensji nie byłoby mnie na to stać. Jestem dusigroszem dobrym w oszczędzaniu), nie mam dzieci, męża i kredytu na mieszkanie (jeszcze), mój samochód się tfutfu nie psuje i nie żłopie benzyny tyle, żeby się zbierało na płacz. Ogólnie nic, tylko ciułać po kilkaset złotych miesięcznie i po kilku miesiącach wyskoczyć gdzieś na tydzień.

Problem w tym, że w mojej rodzinie podróżować się zaczyna po zdecydowanym ustabilizowaniu sytuacji życiowej. Czytaj: rodzice po raz pierwszy pojechali w daleką podróż (do Hiszpanii) jakieś 3 lata temu. Matula była na emeryturze, ja powoli kończyłam studia, rodzeństwo żyło już swoim życiem.

Moi znajomi wyskakują na weekendy majowe do Grecji, Turcji czy znajomych w Finlandii. Ja bym chciała zobaczyć Baker i North Gover Street i tzw. Korniszona w Londynie. Chociaż najbardziej to bym chciała zwiedzić Nowy Jork (choć oglądanie „CSI: NY” na jakiś czas wyleczyło mnie z tego marzenia ;) ). Moje siedzenie we własnym podwórku – kurde, urlop spędzę w tym samym województwie, a nie mieszkam przecież w mazowieckim! – na widok kolejnych zdjęć z Paryża czy Barcelony wywołuje u mnie niegroźną zazdrość i frustrację. Chciałabym móc zwyczajnie zmienić klimat i sama przywieźć kilka fajnych zdjęć z jakiegoś dobrze znanego miejsca niekoniecznie w Polsce.

Biorąc jednak pod uwagę, że własne mieszkanie i gabinet znajdują się dość wysoko na mojej liście priorytetów, na weekend do Londynu wyskoczę sobie w wieku może 40 lat. Jak dobrze pójdzie.

Gadżeciara #2

„#2” w tytule wzięło się stąd, że edytor postów twierdzi, że już była notka o tym tytule.

Anyway.

Wczoraj pojechałam do Euro, w którym notorycznie olewają klientów, kupić sobie aparat cyfrowy. Powtórzył się scenariusz z kupowania telewizora: przy pierwszej wizycie zostałam kompletnie olana i wszyscy udawali, że są bardzo zajęci, dokonałam szybkiej przebieżki po Auchan, po czym wróciłam do Euro i bardziej zwróciłam na siebie uwagę. Cyfraka kupiłam na podstawie opinii (oczywiście) na stronie Euro i jednej z wyszukanych jakoś stron o kompaktach. Zostałam niniejszym dumną posiadaczką aparatu Sony Cyber-shot DSC-W530.

Znowu nie Samsung. ;)

W drodze do domu wpadłam do sklepu i nabyłam kartę pamięci 4 GB, zaś przed chwilą dokupiłam też na Allegro zapasowy akumulatorek, bo bateria w aparacie podobno jest średnio wytrzymała. Z futerałem jeszcze chwilkę zaczekam.

Na razie do gadżeciarskiego nieba brakuje mi smartfona, który nie będzie mnie wkurzał, ale to najwcześniej po urlopie i wyjściu na prostą po otrzymaniu na początku lipca połowy typowej pensji. Zresztą, po każdym zakupie zawsze znajdzie się coś nowego, na co miałoby się ochotę… Byle tylko konta oszczędnościowego nie wyczyścić…