Archiwum miesięczne: Kwiecień 2012

Żyję.

Przeziębiona jestem i smarkam w papier toaletowy. Chodzę do pracy i się cieszę, bo zarobię duuuzio pienionszków w tym miesiącu. Oglądam seriale i uprawiam niepohamowany fangirling na pewnym anglojęzycznym blogu.

Czasami sobie myślę, że fajnie by było, gdyby jakiś pacjent chętny na protezy przyszedł z tym do mnie, a nie, że jakakolwiek myśl o robieniu czegoś protetycznego powoduje, że robię się blada ze strachu.

Wczoraj szef miał imieniny. Asystentki kupiły kwiatka, w wolniejszej chwili podeszłyśmy do szefa, jedna z pań zaczyna „Pan, jako głowa tego domu…”, na co szef „A co, dzisiaj Dzień Ojca?”.

Wczoraj byłam w kinie na „Nietykalnych” i mogę z całego serca ten francuski film polecić. Ciepły, śmieszny i ogólnie fajny.

W drodze do kina miałam kilka świetnych okazji na ćwiczenie hamowania pulsacyjnego. Niefajnie było.

IQ nieco mi zmalało, więc na tym poprzestanę, dodając tylko, że łatwiej ze mną nawiązać kontakt pisząc mi emaila niż wiadomość na fanpage’u, o czym się przekonał pewien miły fan.

Dzień dobry. Choć chciałoby się powiedzieć „dobranoc” i wcale nie jechać na kolejne 6 ciężkich godzin…

Kupiłam sobie pendrive’a.

Właściwie teraz nie wiem, dlaczego. Na studiach miałam, często się przydawał, ale potem zniknął tajemniczych okolicznościach bądź też bezkresnych czeluściach dwóch małych szufladek mojego biurka. Czasem jego brak mnie denerwował, ale zwykle znajdowałam sobie jakiś inny nośnik danych.

Ale tak czy siak, przy okazji jakichś zakupów szarpnęłam się na 8-gigabajtowego „pena” za jakieś 24 zł.

Nie jakaś miniaturka. Od razu go nie zgubię.

Tylko dziwnie się patrzy na coś trochę mniejszego od zapalniczki i myśli, że w kompie, którego miałam parę lat temu, główny dysk twardy wielkości standardowego dysku twardego miał pojemność 7 GB i to wystarczyło.

Teraz mam 320 GB dysku w laptopie i w moim kolekcjonerskim szale miejsca zaczyna powoli ubywać.

Mam dysk z poprzedniego laptopa, 50 GB, wrzuciłam na niego kilka seriali i też już się na nim nic więcej nie zmieści.

Miniaturyzacja.

Z innej beczki, muszę jutro zadzwonić do pacjenta, który ma słuszne powody bycia niezadowolonym z mojego leczenia, w sprawie załatwienia ew. zwrotu kosztów.

Dzień dobry, studia skończyłam półtora roku temu z taką sobie średnią. Nie jestem dobrym dentystą. Jestem dentystą co najwyżej przeciętnym i często popełniam błędy.

Nie patrzcie na mnie jak w obrazek i nie przysyłajcie do mnie wszystkich swoich znajomych.

Ciężko się dostać

Piątkowy dyżur. Dwóch zapisanych pacjentów oczywiście nie przyszło, ale miałam dwóch potrzebujących, w tym jedną panią ze wsi, w której mieszkają dwie asystentki w przychodni, w której głównie pracuję.

Pani z przewlekłym zapaleniem tkanek okołowierzchołkowych jednego zęba. Nie jestem w stanie zrozumieć logiki leczenia typu trucie -> założenie wypełnienia. Z drugiej strony czemu ludzie po leczeniu, jak ząb boli tygodniami, nie pójdą do dentysty, który ten ząb leczył? Ząb po rozwierceniu daje się ładnie udrożnić, informuję o wstępnych kosztach, mniej-więcej czasie trwania leczenia i możliwych powikłaniach. Pani zgadza się na leczenie u mnie.

„Bo wie pani, do naszej przychodni [tu pada lokalizacja firmy, w której pracuję od poniedziałku do czwartku] tak ciężko się dostać…”

Pani raz się do nas dostanie i się zdziwi.

Z innej beczki, wczoraj spotkałam trzy osoby z roku: jedną koleżankę na kursie, na którym byłam, a który, choć fajnie prowadzony, to jednak nie był satysfakcjonujący, potem sprawcę mojego dyżurowania w weekendy, a na końcu trzecią koleżankę przelotem.

I widziałam na własne oczy atak mgły od morza.

Są jeszcze uczciwi ludzie na tym świecie

Osoby lubiące bloga na Facebooku mogły przeczytać wpis o tym, jak to wykazałam się szczególną głupotą. Dzisiaj to rozwinę, zachęcając przy okazji tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, do polubiania bloga (taka ramka pod zakładkami po lewej stronie), bo na fanpejdżu zamieszczam czasem treści, których nie ma tutaj, zaśmiecając Wam osie czasu ;). Jest to też wygodne dla osób, które mają FB i nie używają RSS.

Wczoraj zostawiłam portfel w centrum handlowym. Wcześniej poczyniłam dość spore zakupy, więc na sam koniec w nagrodę poszłam do barku i kupiłam sobie loda. Usiadłam przy stoliku, po jednej stronie położyłam płaszcz i portfel, po drugiej zakupy. Nawet pomyślałam o tym, żeby nie zostawić portfela, ale potem dobrałam się do gazety (nie wiedziałam, że fangirls mogą bez oporów pisać o swoich obsesjach do ogólnopolskich magazynów). Po zeżarciu loda wzięłam płaszcz i zakupy, powędrowałam do samochodu i pojechałam 25 kilometrów do domu, przekraczając dozwoloną prędkość.

Chwilę po moim dotarciu dzwoni telefon od mamy, że dano jej znać, że zostawiłam portfel i że ona po niego pojedzie.

Szybko domyśliłam się, skąd ktoś miał jej numer: na karcie Vitay z Orlenu miałam wpisany kontakt do niej w razie nagłych wypadków.

Cały czas zastanawiałam się tylko, czy w środku została kasa i karty. Mimo dużych zakupów wciąż miałam sporo gotówki, jakieś 140 zł, a jedna z kart była zbliżeniowa, więc ktoś mógł spokojnie pozbawić mnie kasy.

Kiedy mama dotarła wreszcie do domu, okazało się, że znalazcą była bardzo uczciwa kobieta.

Brakowało tylko znaleźnego, które dała mama. Wszystko inne było na swoich miejscach. Wszystko inne, czyli moje dokumenty, karty bankomatowe, gotówka i dowód rejestracyjny samochodu.

Zadzwoniłam potem do tej kobiety i podziękowałam. W sumie gdyby nie karta Vitay, pewnie bym się zorientowała, że coś jest nie tak dopiero dzisiaj i byłby problem, bo choć domyśliłabym się, gdzie portfel został, to jednak jego odzyskanie nie byłoby takie proste.

I jeszcze raz w tym miejscu publicznie dziękuję Uczciwej Pani z Małym Dzieckiem za uratowanie resztek mojego zdrowia psychicznego. :)

Czekoladowy głód

Wzięło mnie wczoraj. Nawet przez chwilę myślałam, czy by nie wypróbować moich kijków do Nordic Walkingu (tak naprawdę to trekkingowych, ale będę się oszukiwać) i nie przebiec się do sklepu, ale niestety z powodu pogody szybko mi przeszło. Dzisiaj przed pracą chciałam zajrzeć do sklepu i sobie kupić jakąś czekoladę, ale z racji pełnego parkingu przed sklepem (-> tłum w sklepie) dałam sobie spokój.

W pracy na początek miałam usuwanie dolnej czwórki, którą do pewnego momentu nawet było za co złapać kleszczami i się ruszała, po czym rozległ się trzask. Kolejne pół godziny wygrzebywałam centymetrowy, cienki kawałek korzenia, ułamany kilka mm poniżej brzegu kości. Przez chwilę nawet chciałam pacjenta odesłać do chirurga, ale korzonek zaczął się wyraźnie ruszać, czym wszedł mi na ambicję. Najbardziej frustrujący był moment, kiedy widziałam, że rozbujałam i rozgrzebałam go po brzegach na tyle, że udałoby się wcisnąć dźwignię w szparę między korzeniem a kością, ale złośliwiec zawsze wracał do mniej korzystnej pozycji. W końcu się udało. Tym samym kolejnych pacjentów przyjmowałam z ponad półgodzinnym opóźnieniem (nic dziwnego w czwartki, ale zawsze mnie to frustruje), z którego to powodu moja frustracja (napędzana brakiem czekolady) jeszcze wzrosła. W międzyczasie było trzech pacjentów lejących śliną, więc zaliczyłam dodatkowego wkurza.

W końcu zdałam sobie sprawę, dlaczego jestem tak nabuzowana. Powód był ten sam, dla którego miałam tak ogromną ochotę na czekoladę.

Jak to określiła moja asystentka „brak magnezu?”. Na fotelu siedział facet, wolałam nie drążyć tematu kobiecych hormonów.

Tak, proszę państwa, wczoraj wieczorem dopadł mnie PMS, tadam.

Po czym, jak już o tym wiedziałam, mój poziom frustracji znacząco opadł, usunęłam jeszcze kilka ząbków, wypełniłam kilka ubytków i nawet raz przyjęłam dwóch pacjentów jednocześnie (jeden się znieczulał, u drugiego zrobiłam szybki przegląd). Z pracy wyszłam przed szóstą.

Teraz tylko się zastanawiam, czy mam po co jechać w weekend do pracy. Niedaleko pogotowia stomatologicznego, w którym chcę dorabiać, otworzyła się podobna firma, tylko że całodobowa i na NFZ. A to bardzo silna konkurencja.