Czwartkowych cierpień ciąg dalszy.

Nie wiedzieć czemu, wczoraj do pracy pojechałam dość pozytywnie nastawiona, być może z powodu wygrania 24 zł w Lotto, o czym dowiedziałam się w środę wieczorem. Pieniążki miałam odebrać przed pracą, przy okazji przeznaczając połowę na próbę wygrania 13 i 17 milionów zł.

W pracy okazało się jednak, że letko nie będzie. W połowie zmiany, podczas czekania na zdrętwienie części twarzy pacjenta przed ekstrakcją, z asystentkami doszłyśmy do wniosku, że najciekawsze przypadki (aktualny pacjent na fotelu included, z czego był wyraźnie dumny) zdarzają się właśnie w czwartki.

Dwa czwartki pod rząd musiałam prosić koleżankę o pomoc przy ekstrakcji. Innym czwartkowym razem przyszedł do mnie pacjent z obrzękiem policzka sięgającym pod oko, który się beztrosko przyznał, że chodzi tak od tygodnia. Usunięcie trzonowca z odłamaniem blaszki kostnej i wejściem do zatoki szczękowej też zdarzyło mi się w czwartek. Wczoraj miałam trzy bardzo sympatyczne dłutowania wewnątrzzębodołowe (każde zakończone własnoręcznie – robię się w tym coraz lepsza), w rezultacie ostatnich pacjentów przyjmowałam z godzinnym opóźnieniem. Udawali, że nie są źli z tego powodu.

A po powrocie z pracy (z prawie CAŁĄ wypłatą za luty w portfelu – normalnie potrzebuję samochodu pancernego, żeby to przewieźć do wpłatomatu) okazało się, że mi się przeciwciała anty-rotawirusowe skończyły. Dzisiaj z zakażenia został brak apetytu i kiepskie samopoczucie, ale czuję się pokonana. I prawy staw skroniowo-żuchwowy mnie boli.

Ech…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.