Archiwum miesięczne: Styczeń 2012

Punkt 1 z poprzedniej notki zaliczony.

W czwartek wyraziłam chęć podpisania z szefem umowy ZANIM pojedzie on na urlop. Szefowi było wyraźnie wszystko jedno. Umowę miałam bezterminową, więc w gruncie rzeczy jemu było wsio rybka, ale ja się nastawiłam na oficjalny start 1 lutego. Mięśnie twarzy mam sprawne, więc chyba dało się dostrzec moje niezadowolenie na szefowe „możemy po moim powrocie”. Tak więc dzisiaj otrzymałam kilkustronicową „umowę o świadczenie usług medycznych” (tym razem terminową, ale tak to jest z kontraktem), przeczytałam, zadowolona z wykazanych procentów podpisałam.

Poza tym dostałam zeszłoroczny PIT-11 i prawie udało mi się na jego podstawie wypełnić PIT-37. Nie, żebym miała jakieś problemy, program z e-deklaracje.gov.pl dużo robi za wypełniającego, ale po prostu chcę sobie dać kilka dni na sprawdzenie, czy wszystko jest OK. Na razie wykazuje mi nadpłatę. Nie mam nic przeciwko. No i w końcu będę mogła przekazać 1% podatku. Pójdzie na jakieś schronisko dla zwierzaków czy coś. Niby tylko dycha, ale trochę karmy z tego będzie.

Luty, pieczątka i telefon nadejdą za dwa dni.

Do „Rzeczpospolitej” dodawano program do małej księgowości. Z księgowej nie zrezygnuję, ale jakoś muszę rachunki wystawiać. Podobno można ręcznie. Phi! Rzekła dentystka z pokolenia Internetu, która lubi ograniczać myślenie poza prowadzeniem samochodu i leczeniem ludziów. ;)

Dość ciężkie dwa dni w pracy. Z drugiej strony dobrze jest się przekonać, czy zdzierżę przy fotelu tyle czasu pod rząd. Tyle razy pisałam o szukaniu drugiej pracy, że w końcu eksperymenty czas zacząć. ;)

Praktyka zgłoszona w Izbie Lekarskiej.

Do odbębnienia w drodze do zawodowej samodzielności został:

1. kontrakt z szefem (coś mi się wydaje, że jednak znowu będę pracować dwa tygodnie bez umowy)

2. telefon firmowy do założenia

3. pieczątka firmowa do wyrobienia (jakiś numer telefonu trzeba na niej zamieścić, a osobistego na pewno nie udostępnię)

4. nadejście lutego ;)

5. recepty. Miałam się o nie dziś zapytać w Izbie. Oczywiście zapomniałam.

W ogóle kogoś ciekawi droga do działalności gospodarczej? Bo w sierpniu zacznę smęcić o kredycie na mieszkanie/wykończenie domu (czeka nas poważna rozmowa w gronie rodzinnym)… W sumie pytam o to trochę po ptokach…

Dzisiaj. Jest. Wtorek.

Mam bolesną skłonność do zapominania o tym fakcie. Przyczyną zapominalstwa jest przeprowadzona jakiś czas temu zmiana grafiku: kiedyś siedziałam w pracy całą środę, teraz jest to wtorek (i tak raczej pozostanie). Zatem często mi się wydaje, że mimo wtorku jest środa i stąd też dziwny i dość oczywisty dla postronnych tytuł notki. Większe jaja będą w przyszłym tygodniu, bo będę siedzieć w pracy cały (8-19) poniedziałek I wtorek. Trzeba zacząć się przyzwyczajać, a nie, że pracuję 25 godzin tygodniowo i zarabiam więcej, niż wynosi średnia krajowa.

Swój numer REGON poznałam już w sobotę rano, sprawdzając zawartość odpowiedniej strony www. Z tej okazji wczoraj udało mi się podpisać umowę na ubezpieczenie OC z miłym panem z PZU. Poczuwszy się jak przedsiębiorca, w dniu dzisiejszym po raz pierwszy od studiów kupiłam sobie terminarz. Taki tyci, żeby nie zajmował dużo miejsca w torebce. Z założeniem telefonu muszę zaczekać do lutego. Jutro wręczę szefowi karteczkę z danymi mojej „firmy” i będę czekać na umowę. Oby tylko do 13-14-tej, bo potem a) jadę do Izby Lekarskiej zarejestrować swoją praktykę i b) szefa zobaczę dopiero w drugim tygodniu lutego. Jeszcze muszę dopisać się jako współwłaściciel samochodu, wyrobić firmową pieczątkę i wyżebrać recepty z NFZ (co powinnam była zrobić już w październiku, ale nie wiedziałam – i zresztą nadal nie wiem – jak się za to zabrać), resztą problemów zajmie się księgowa.

Poza tym mam toksyczną fazę na pisanie po angielsku (kto poszuka, ten mnie znajdzie ;) ), przy okazji uprawiam fangirling, co stanowi razem bardzo poważny powód spadku aktywności tutaj.

Trzymta się ciepło, Czytelnicy. Zima podobno idzie.

Mała rada odnośnie ubioru.

Może to ja pracuję w dość… bałaganiący sposób. Tu pryśnie, tam poleci, to wyskoczy… Niby stosujemy „śliniaki”, ale czasem to nie wystarczy.

Przyjacielska rada, dla korzyści wyłącznie Pacjentów.

Jeśli idziecie do dentysty i wiecie, że będziecie mieli usuwany ząb, zwłaszcza taki połamany, zeżarty do poziomu dziąsła, że ogólnie będzie trochę grzebania przy nim i krew się poleje:

nie ubierajcie się na biało.

Ani na galowo, w żadnym wypadku; miałam już na fotelu chłopców i dziewczęta przed szkolnym apelem.

Wiecie, jaka to presja dla dentysty?

Ciemne kolory rządzą.

Tak z innej beczki, wniosek CEIDG-1 złożony w Urzędzie Gminy, po otrzymaniu numeru REGON mam się zgłosić do ZUS, ale to chyba zrobi za mnie moja księgowa. Wysępię od znajomej wzory umów z NZOZem i będzie można zacząć działać na poważnie(j).

Szkoda, że moje potencjalne CV jest beznadziejne, bo naprawdę powinnam szukać drugiej pracy…

Pierwszy raz

pojadę na jakiś kurs tylko dlatego, że są za niego przyznawane punkty edukacyjne. Posiedzę trzy godziny, pośpię (bardzo możliwe, biorąc pod uwagę, że się nie wyśpię), popiję kawkę, pojem ciasteczka, w porywach poskaczę po Facebooku dzięki internetowi w komórce, po czym wyjdę i pojadę na obiad i do kina.

Wyrachowana ja.

Dodatkowa zaleta założenia działalności gospodarczej: jak już znajdę potencjalnie ciekawszy, acz płatny kurs, jego koszt będę sobie mogła odpisać od podatku. Się normalnie nie mogę doczekać.

Wyrachowana ja #2.

Gumka strzeliła.

Wypełnienie założone, dostosowane do zgryzu, czas na polerkę.

Na kątnicę zakładam gumkę do polerowania, przełączam wiertarkę na wolniejsze obroty, przykładam gumkę do zęba pacjenta, naciskam nogą na pedał, trzask.

Coś mi się odbiło od przyłbicy, pacjent odsuwa się ode mnie, przestraszony. Zapewnia, że nic mu się nie stało. Fragment gumki leży na podłodze gabinetu. W wiertarce został metalowy trzonek i drugi fragment.

Za każdym razem, jak po usuwaniu fleczeru czy tlenku cynku widzę na przyłbicy białe plamy, cieszę się, że stosuję osłonę na twarz.

Tym razem przezroczysty kawałek plastiku uratował mnie przed oberwaniem w oko rozpędzoną gumką polerską.

Dzisiaj miałam też pacjenta niedosłyszącego. Mówił w charakterystyczny dla takich osób sposób, spokojnie dało się go zrozumieć. Zdołałam sobie przypomnieć radę, jaką nam wpojono któregoś razu na studiach: jak pacjent nie słyszy, ale umie czytać z ruchu warg (do czego przyznał się mój „podopieczny”), to nie mówi się głośno, tylko wyraźnie. Dogadaliśmy się bez najmniejszego problemu.

Poza tym znowu usłyszałam, że krąży o mnie bardzo pozytywna opinia. Czekam tylko na pojawienie się mojego profilu na jakimś portalu typu znanylekarz.pl ;)

Jutro zawiozę mój wniosek o wpis do CEIDG do Urzędu Gminy.

Negatywne reakcje

Nie wszyscy są podekscytowani na tekst o zakładaniu przeze mnie działalności.

Niektórym od razu włącza się „zniechęcanie mode” – a to robota papierkowa, a to księgowa zedrze kasę, a to tamto, a to siamto… Typowo polskie marudzenie, zamiast „o, jak fajnie, życzę powodzenia”.

Księgową dziś znalazłam. W sumie dużo nie szukałam. Kobieta koło trzydziestki, mieszkająca w wypasionym, acz normalnym kubaturowo domu, mąż prowadzący nadzory budowlane (szyld przed budynkiem reklamował też taką działalność, stąd wiem), kilkuletnie dziecko. Ma stronę internetową. Podczas rozmowy wyglądała na zorientowaną, po moim przyznaniu się do zieloności udzieliła wszelkich informacji językiem prostym i zrozumiałym. Stawkę też podała taką w miarę, bo na początek 100 zł miesięcznie. Mam po prostu na koniec miesiąca dostarczać jej kopię rachunku wystawianego szefowi i w miarę możliwości generować koszty ;). Komunikacja będzie głównie emailowa. Ogólnie pierwsze wrażenie całkiem pozytywne.

Telefonu nie założyłam – to się załatwi po odbębnieniu bardziej oficjalnych czynności. Jedną z tych czynności zresztą wykonałam dziś: wypełniłam wniosek o wpis do CEIDG. Muszę go jeszcze wydrukować i zanieść do urzędu gminy.

Dzisiaj miałam przegląd techniczny autka. W rezultacie w później odwiedzonym warsztacie samochodowym usłyszałam dwa razy „normalka” – do naprawy tylne hamulce i lewy dolny wahacz, możliwy koszt: 350-400 zł. Ogólnie smuteczek i zgrzytanie zębów, bo tego sobie w koszty nie wrzucę.

Tak jeszcze z zawodowych spraw: 1. leczenie rodziny SUCKS, 2. mój były dentysta spierniczył kanałówkę u mojej mamusi. Dzisiaj mało co udało mi się zrobić, dalszy ciąg walki z górną siódemką za tydzień.

K. zakłada firmę

Nie, nie gabinet. Wszyscy się zaczynają ekscytować, kiedy mówię o zakładaniu działalności gospodarczej, a to nie to samo, co własny gabinet.

Jak się okazało, dzięki klasycznej metodzie powtarzania tych samych informacji w kółko coś mi we łbie jednak zostało i powoli zaczynam się orientować, od czego zacząć. Dzisiaj zrobiłam wypad do Gdańska – musiałam wziąć od lekarza receptę (na lek nierefundowany, więc jaj w aptece nie będzie ;) ), przy okazji wpadłam do Izby Lekarskiej. Tam wzięłam wniosek o wpis mojej jeszcze nieistniejącej praktyki (czyli działalności) do odpowiedniego rejestru, przy okazji wypytałam odpowiednią panią o kilka rzeczy. Odpowiednia pani pewnie pomyślała, że mimo skończonych studiów i stażu muszę być ograniczona, bo właściwie pytałam ją o niektóre rzeczy dwa czy trzy razy. Ale tak to jest, jak się zaczyna załatwiać takie sprawy na zielono.

To był w sumie pierwszy krok. Jutro siedzę cały dzień w pracy, dalszy ciąg działań będzie zatem w środę: równie skromny, bo chcę odwiedzić ze dwa biura rachunkowe celem wypytania o stawkę za usługi i wyrobić sobie telefon firmowy. T-mobile bardzo chętnie wciśnie mi drugi aparat za miłą cenę i z nowym telefonem (mam wprawdzie nieużywaną „słuchawkę”, ale wygląda tak sobie jak na oficjalną funkcję, którą ma pełnić). Jak dobrze pójdzie, to w tę samą środę założę równie firmowe konto email (typu lekdent[tuwpiszinicjałimienianazwisko]@gmail.com ;) ) i wypełnię wniosek o wpis do CEIDG, co będzie pierwszym oficjalnym krokiem we właściwym kierunku. Konto w banku, które może służyć za firmowe w sumie mam: właściwie nieużywane (służy mi tylko do przelewania 100 zł miesięcznie na fundusz oszczędnościowy), w końcu się do czegoś przyda. Bieganie po urzędach w następnym tygodniu, oficjalne przyznanie się szefowi do podjętych działań (mam nadzieję, że mnie nie wystrychnie na dudka i podejmie ze mną dalszą współpracę ;) ) i szukanie ubezpieczenia OC takoż. Z początkiem lutego chcę już działać oficjalnie jako [tu wpisz moje imię i nazwisko], Indywidualna Praktyka Lekarska.

Się okazało, że dla świętego spokoju najlepiej szukać drugiej pracy w innym NZOZie. Podejmowanie współpracy z prywatnym gabinetem to w tej chwili od cholery zachodu.

Jak coś robię nie tak, proszę krzyczeć. Wszyscy są bardziej doświadczeni ode mnie, chętnie skorzystam z przydatnych rad.

Wyłączony mózg

Kiedy czytam niegdyś kupiony „informator” na temat samozatrudnienia, mój mózg wyłącza się po kilku zdaniach. Zwyczajnie nie ma ochoty tego ogarniać. W rezultacie nadal nie wiem, jak się zabrać za założenie działalności. Nie wiem, czy księgowość prowadzić samodzielnie (przy pomocy programu), co zrobić najpierw, jakie decyzje podjąć, gdzie pójść, co mam wiedzieć w momencie pójścia gdzieś… Muszę jeszcze spłodzić umowy o użyczenie samochodu (autko mam swoje, ale jest zarejestrowane na Rodziciela celem zmniejszenia składek na ubezpieczenie), przechowywanie dokumentacji i sterylizację narzędzi (to z NZOZem), załatwić telefon firmowy… Ogólnie kanał. Skoro na razie pracuję w NZOZie, to mogę założyć praktykę na wezwanie, ale chcę nawiązać współpracę z innymi gabinetami i wtedy dobrze byłoby mieć praktykę stacjonarną. I bądź tu człowieku mądry.

Na razie się relaksuję umysłowo (może za bardzo i mój mózg się odzwyczaił od wysiłku?) i robię fachowy fangirling. W Wielkiej Brytanii na BBC1 leci druga seria serialu „Sherlock”, a ja kupiłam sobie pierwszą na DVD i przy oglądaniu dodatków się dziwię, że aktorzy są dostrzegani w dziwnych rolach. Mój niegdysiejszy wielki idol, Russell Crowe (uczucie nieco przygasło ;) ), do roli w „Tajemnicach Los Angeles” został dostrzeżony w „Romper Stomper”, gdzie grał skinheada-neonazistę. Grający w „Sherlocku” Benedict Cumberbatch zawdzięcza swoją rolę odegraniem pedofila w „Pokucie” („Atonement”). Ogólnie dziwne są koleje aktorskiego losu. ;)

Coś miałam jeszcze napisać… A, tak. Mózg wyłączony.

Noworocznie

Sylwester miałam bardzo udany, dziękuję. Ponieważ wolna chata u mnie równa się maraton filmowy, tym razem również zaliczyliśmy z Mężczyzną kilka filmów, w tym na jeden pojechaliśmy do kina – na „Sherlock Holmes i gra cieni”.

Kilka akapitów o tym filmie ;). Po pierwsze, akcji jest więcej niż w pierwszym filmie. Po drugie, specyficzna dla Ritchiego dynamika zdjęć (dużo fast-forwardów i zwolnionego tempa) w scenie ucieczki przez las (widocznej w trailerach) wywołała u mnie szczękopad – brawa za realizację. Po trzecie, chemia między Robertem a Judem pozostała bez zmian. Fajnie rozwinięto postać Mary. Hans Zimmer zaprezentował trochę nowej muzyki, choć motywy ze ścieżki dźwiękowej do pierwszego „Sherlocka Holmesa” też się powtórzyły. Ogólnie kupa akcji, trochę dramatyzmu (główny bohater wpakował się w znacznie większe tarapaty, niż te w pierwszym filmie), mnóstwo scen humorystycznych, ogólnie fajne kino.

Ale jest jedno ale, zresztą zawarte w poprzednim akapicie. Trochę za dużo scen humorystycznych i za często wpadających w farsę. To był główny minus wskazany przez Mojego Mężczyznę, zepsuło mu to seans. Owszem, można tłumaczyć, że zmagania Sherlocka z kucykiem i swoboda bycia Mycrofta miały nieco zrównoważyć dość poważną tematykę filmu (próby powstrzymania wybuchu wojny), ale moim zdaniem nieco przesadzono.

Jak się ten film ma do książek i drugiej serii serialu BBC, która zresztą startuje w UK za jakieś 15 minut? W tym filmie były może trzy motywy zgodne z opowiadaniami Doyle’a. Działania Moriarty’ego (który jednak w książkach był Złym mniejszego kalibru w porównaniu z tym filmowym), obecność pułkownika Morana i miejsce, gdzie odbyła się ostateczna potyczka Sherlocka z Moriartym (za to ostatnie duży plus, bo mi momentalnie ciśnienie wzrosło). Ale OK, tego filmu się nie ogląda dla zgodności z książkami, tylko dla akcji. A tej było, jak pisałam, sporo.

Mimo przefarsowienia (nie ma dowcipów o rzyganiu, jest tylko jedna, nieodpowiednia osoba, którą rozebrano do rosołu. Nie to ciało na takie widoki ;) ) film jest moim zdaniem naprawdę fajny i warto wybrać się do kina, jak już się w nim oficjalnie, a nie przedpremierowo, znajdzie :).

Co do reszty Sylwestra, to ogólnie obejrzeliśmy jeszcze jeden film, wypiliśmy po dwa drinki i po jednym kieliszku szampana, dużo czasu przegadaliśmy i ogólnie było spokojnie i miło.

A jutro znowu do pracy. Swój niecny plan założenia działalności niestety zacznę wprowadzać w życie dopiero od następnego wtorku.