Archiwum miesięczne: Grudzień 2011

Jutro Wigilia

Ciekawe, że w Polsce bardziej celebrowany jest dzień przed Bożym Narodzeniem, niż samo Boże Narodzenie.

Tak czy siak wszystkim moim Czytelnikom życzę spokojnych, wesołych, zdrowych świąt Bożego Narodzenia :)

pocztówka

Przecież to normalne, prawda?

Że młody dentysta bez swojego gabinetu pracuje w kilku miejscach jednocześnie?

Czy mam ukrywać przed szefem, że w momencie załatwienia formalności z działalnością gospodarczą zacznę szukać drugiej pracy? Że będę ściskać swoje 25 godzin z czterech do trzech dni i pozostałe dwa (w porywach do dwóch i pół) mam zamiar poświęcić na używanie wiertarki w innym gabinecie? Mam się wstydzić, że chcę zarabiać jeszcze więcej, choć muszę przyznać, przy dobrych wiatrach zarabiam całkiem nieźle?

Z tego, co wiem, lojalki nie podpisałam. Nie mam umowy o pracę. Chcę zarabiać tyle kasy, by mieć szansę na kredyt na mieszkanie, ten kredyt dostać, mieszkanie wykończyć, wyposażyć i bez problemu utrzymać. Nie wiem, na ile prowadzenie działalności wpłynie na ową szansę. Mam tylko nadzieję, że mimo kryzysu banki nadal lubią dentystów.

Działalność chcę założyć w styczniu. W czerwcu jadę na urlop. A potem zacznę się pytać, czy mogę liczyć na własne M.

Chce mi się.

Znowu dostałam do domu dorywczą robótkę. Niestety, wczoraj przyjechała część materiałów, reszta ma być dziś. Ok. 11 wyłączyłam kompa i usiadłam do robótki. Skończyłam to, co mogłam zrobić, o 12:15.

Nadal działałam na module „chcemisię”, więc otworzyłam szafę i wywaliłam z niej wszystko, co leżało na dnie – stare kosmetyki, pamiątki ze studiów i sto tysięcy par spodni, w które się w najbliższym czasie na pewno nie zmieszczę. Kosmetyki powędrowały do siatki z przeznaczeniem na wyrzucenie, stare narzędzia kanałowe polecą do przychodni, tam zostaną wysterylizowane i pewnie jeszcze trochę posłużą, spodnie na razie leżą na krześle.

W przypływie pasji robienia czegoś poszłam do swojego autka i uzupełniłam olej i płyn do spryskiwaczy.

I stary, acz sprawny monitor LCD powędrował z biurka na podłogę, owinięty w dwa worki na śmieci. Może w końcu mi się bardziej zachce i wystawię go na sprzedaż.

Aż żałuję, że na resztę materiałów do pracy poczekam jeszcze godzinkę, bo niedługo to może przestać mi się chcieć i już nie będzie tak wesoło.

Ale chociaż ciśnienie spadło na dziób i będę miała jeszcze troszkę do przepracowania, dzień na razie jest całkiem udany.

I świeczki o zapachu magnolii poprawiają atmosferę ;)

Za 8 dni Wigilia

Prezenty w gruncie rzeczy już mam.

To teraz ładnie proszę o śnieg, bo pilniczka na bezśniegową zimę/ładną wiosnę tej zimy nie przewidziano. ;)

Mam nadzieję, że w rezultacie na wiosnę nie będzie zimy, bo cholera, w czasie trwania Euro chcę być wyjechana i się w jakimś kaszubskim jeziorze taplać.

Będzie problem

z kupnem prezentu dla szwagra ;)

Problem polega na absolutnym braku pomysłu i wiedzy, cóż ów szwagier już posiada i z czego by się ucieszył. Pewnie będzie tradycyjnie Empik to the rescue.

Mam jeszcze do wykorzystania pół budżetu na prezent dla mamy, nie mam też nic dla mojego Mężczyzny. Reszta członków rodziny już jest „zabezpieczona”, chociaż jeden prezent ma przyjść pocztą. Zaczynam się bać.

Z innych wieści, chciałam się dziś przefarbować na jasno-czekoladowo, ale chyba trzymałam farbę na włosach nieco za krótko (pół godziny ze wskazanych na opakowaniu 30-35 minut) i niniejszym jestem ruda. A farba trwała, więc w najbliższym czasie nie będzie lepiej.

Zaczęłam robić czystki w szafkach. Rezultat sprawdzenia trzech szuflad z czterech: półtorej szuflady opróżnione, wywalone mnóstwo maści na trądzik z datą ważności 2005-2008, odnalezione: 6 par potencjalnie sprawnych słuchawek dousznych (w tym zestaw słuchawkowy do starego telefonu), dwie pary okularów korekcyjnych, górny i dolny, ruchomy aparat ortodontyczny (zastanawiam się, czy Wam go nie pokazać, choć po 8 latach nienoszenia nie wygląda najciekawiej ;) ), ładowarka do jeszcze starszego telefonu i sto tysięcy innych drobiazgów. Pewnie niedługo część drobiazgów z dna szafy poleci do uwolnionej szuflady. Zostało mi jeszcze do sprawdzenia: dwa tekturowe pudła na górze szafy i regału, i pół jednej szafki. I ciuchy. Jak to rzekł mój Mężczyzna: gdybym się przeprowadzała, czystki momentalnie byłyby zrobione.

Poza tym mam fazę na palenie świeczek i jutro w ramach polowania na prezenty upoluję sobie jeszcze jakieś świeczuszki.

Pierwszy poślizg

Dzisiaj rano, kiedy jechałam do pracy, przy skręcie w prawo nieco mną zarzuciło. Ale tylko nieco. Brak obrażeń, przyspieszone tętno może z pół minutki. Na skrzyżowaniu była podmarznięta kałuża.

Muszę kupić dwie opony zimowe :/

I mam problem graficzny. Złota jesień minęła (nie ma liści na drzewach), a nie pada ani deszcz (za dużo), ani śnieg (właściwie wcale). Z tego tytułu nie mam pasującego pilniczka nad notki. Bo mam śniegowy lub deszczowy pilniczek. Nie mam jesiennego bez liści.

A może wrzucę świąteczny? Mikołajowy, znaczy? ;) Fajny jest, jeden z najbardziej udanych, głównie z tego tytułu, że nie ja go robiłam. ;)

Rodzice oglądają TV na drugim końcu domu (na swój ekran jeszcze oszczędzam. Mam jakieś 5% planowanej na wydanie kwoty). Czy na TVN właśnie leci gala związana z akcją „Zwykły bohater”? Pamiętam, jak mnie to smuciło, że osobom, które zachowały się „uczciwie lub po prostu fair” aż trzeba dawać nagrody z tego tytułu…

Pacjenci charakterystyczni

Spokojnie, nie zniechęcę do siebie getpink. Chodzi mi o to, że tylko tacy pacjenci, którzy się czymś wyróżniają (a i to nie zawsze) mają szansę być przeze mnie zapamiętani z twarzy, imienia i nazwiska.

Częściej skojarzę znane mi nazwisko (chociażby z listy pacjentów, którzy mają do mnie danego dnia przyjść) z twarzą, niż na odwrót. W sensie widzę na liście nazwisko i pamiętam, jak dany pacjent wygląda. Właśnie niemożność skojarzenia twarzy z nazwiskiem jest dla mnie często powodem do miernej frustracji. Przecież poznaję pacjenta, który siada na moim fotelu już któryś tam raz (mam stałych klientów, i to nie tylko takich, co to ileś razy przychodzą na kanałowe), ale ni kija nie pamiętam, jak się nazywa. Zazwyczaj to nie ja wywołuję pacjentów z listy i potem przy otwieraniu karty w komputerze albo wypisywaniu skierowania na RTG jest mi głupio.

Z drugiej strony, jak już mam skojarzony zestaw twarz + nazwisko, to często pamiętam, czym dany pacjent się charakteryzuje. Ten nigdy nie bierze znieczulenia, ten może potencjalnie zemdleć, ten zwymiotować, u tego było ropy na pół wyrostka zębodołowego, ten kombinuje, ten jest bardziej wymagający, przy tamtym trzeba pilnować, co się mówi, bo łapie za słówka itp., itd.

Poza tym stali klienci, choć trochę ich jest, są w mniejszości. A charakterystyczni już w ogóle stanowią niewielki procent. Przyjmuję dużą ilość pacjentów z bólem, których często widzę na oczy po raz pierwszy – mam prawo, pracuję w tym miejscu dopiero nieco ponad rok. Licząc ok. 50 pacjentów przyjętych w tydzień, na miesiąc widzę ok. 200 osób. Pal licho, że część przychodzi kilka razy („kanałowcy”). Gdybym miała wszystkich zapamiętać, zawartość pamięciowych obszarów mojego mózgu składałaby się wyłącznie z nazwisk, twarzy i tekstów piosenek.

Aczkolwiek dzisiaj wzniosłam się na wyżyny niepamiętania. Usiadła u mnie jedna z praktykantek ze studium asystentek stomatologicznych. Widzę dziewczynę raz w tygodniu przez kilka godzin od jakichś dwóch miesięcy. Zorientowanie się, że moja „po cywilnemu” ubrana pacjentka jest praktykantką (jedną z 8 czy 9, które mam szansę oglądać i od kilku dni bardziej gonię do roboty ;) ), zajęło mi jakieś pięć minut.

Przynajmniej w końcu dowiedziałam się, jak się nazywa.

Kurs boski.

Wczoraj byłam na pierwszym w moim zawodowym życiu, płatnym kursie. Ogólnie 1 dzień wykładów, w nagrodę 8 punktów edukacyjnych (w ciągu roku muszę ich uzbierać średnio 50 – 200 na 4 lata) i bardzo dużo wyniesionych informacji.

I obolały tyłek, bo krzesełka na dłuższą metę były niewygodne.

Ale nakarmili, kawką napoili, powiedzieli dużo ciekawych rzeczy, takich do praktycznego wykorzystania.

Jeszcze ciekawsze było oświadczenie, że dentysta z dwudziestoletnim doświadczeniem (wśród słuchaczy, nie prowadzących) zamiast podchlorynu sodu do płukania kanałów podczas leczenia kanałowego używa wody utlenionej (w ogóle w tej chwili wyłączonej ze schematu płukania kanałów) i ukręconej z tabletki metronidazolu i czegośtam pasty (pierwsze słyszę). Prowadząca pani doktorantka bardzo się starała ukryć swoje niebotyczne zdziwienie. A ja po którymś tam opisie przypadku pozazdrościłam paniom prowadzącym mikroskopu zabiegowego. O koferdam i MTA (cudowny materiał) będę u szefa sępić w środę.

Co do szefa, jutro mnie czeka dość poważna rozmowa z nim. Sama zacznę. Dzisiaj pewnie znowu nie zasnę.

To niemal postanowione: od stycznia zakładam działalność gospodarczą i szukam drugiej pracy.