Archiwum miesięczne: Listopad 2011

Czytanie dobre na wszystko ;)

Łojezu, co tu wczoraj był taki ruch? Ponad 100 wejść?

A w reklamy nie klikają…

;)

Anyway.

Jeśli chodzi o moją obecność w internecie, niedługo będziecie się bali otworzyć lodówkę (o ile będzie podłączona do sieci ;) ), bo jestem prawie wszędzie i dość intensywnie się udzielam. W sensie uzewnętrzniam. Jednocześnie od niedawna ograniczam sobie czas spędzony przed ekranem komputera.

Pomysł niechcący zainspirował mój Mężczyzna. Nie byłabym jednak w stanie wytłumaczyć, jak konkretnie, więc będzie teraz chłopak siedział i się zastanawiał, o co chodzi, a ja mu nie pomogę. Pomysł jest taki, że w momencie zauważenia, że się przed owym ekranem nudzę, to wyłączam komputer i siadam do książki.

Zaczęłam to uprawiać w niedzielę wieczorem, w rezultacie skończyłam wreszcie „Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, której ostatnie 80 stron czekało na przeczytanie od kilku miesięcy. Dzisiaj dobrałam się do prezentu urodzinowego od mojego Mężczyzny, książki Geralda Scarfe o tworzeniu animacji dla Pink Floyd, z naciskiem na „The Wall”. Jest to właściwie album dość dużego formatu, jest dużo obrazków, ale też jest co czytać. Przez dzisiejsze popołudnie (chyba dwie godziny czytania z przerwami na jedzenie) dojechałam do 90 strony. Po czym musiałam włączyć kompa i zapuścić muzykę z „The Wall”. Książka i obrazki tak samo psychodeliczne, jak film, o którym traktują. A muzykę kocham.

A na co jest dobre takie czytelnictwo?

Chociażby na spadek wyrzutów sumienia. Kiedyś czytałam bardzo dużo, ale potem wpadłam w sidła komputera i internetu, co prawie się dla mnie skończyło powtarzaniem roku studiów (bądź też w ogóle rezygnacji ze stomy, bo moich rodziców nie stać na opłacanie rocznie kilkunastu tysięcy czesnego). Nigdy nie byłam fanką tzw. „ambitnej” literatury. Mam kilka książek Fredericka Forsytha, na półce stoi prawie cała seria przygodowych powieści o Tomku Wilmowskim (do tej pory czasem do nich wracam), ogólnie moje zainteresowania krążą wokół sensacji i przygody. Ale i tak to wszystko ma większą wartość od ton anglojęzycznych fanfiction, które czekają na przeczytanie w przeglądarkowych Zakładkach. Nadal będę podziwiać osoby biorące udział w akcji „52 książki w rok”, ale nie mam zamiaru z nikim się ścigać. Mam zamiar znowu poczuć radość z chłonięcia słowa pisanego w ciężkich książkach.

Spać też chodzę wcześniej, o ile nie wyczyniam rzeczy typu „jeszcze jedno opowiadanie do końca książki!”. Czytam w rozłożonym łóżku, więc o 22 wystarczy odłożyć książkę na stół, zdmuchnąć świeczki, zgasić lampkę i zasnąć. Przed kompem o 22 włączałam 9gag.com i traciłam duszę ;).

Dobrze mi z tym.

Tak samo dobrze, jak z dzisiejszym kupieniem w dwie minuty idealnych butów na zimę (wpad do sklepu, rzut oka po półkach, dostrzeżenie Idealnych Butów, pogodzenie się z ceną, przymierzenie, zakup niepotrzebnie odroczony przeglądem oferty innych sklepów) czy nagłym wzrostem zainteresowania częściami mojego starego kompa, który zalegał mi w pokoju, nieużywany, od kilku lat.

Dobry dzień. Ciekawe, jaki będzie jutro. :)

Biedne dziecko…

… Nawet się jeszcze nie urodziło, a już się je obwinia o zepsucie zębów mamie.

„Po ciąży się zepsuły.”

Ależ oczywiście, że się zepsuły. Miały prawo, jeśli przed ciążą były zapuszczone, ciąża stała się wymówką, żeby nie pójść do dentysty, a poranki z wymiotami, złe samopoczucie, lenistwo, sto tysięcy innych spraw do załatwienia i podjadanie po nocach spowodowały pogorszenie higieny jamy ustnej.

Ciąża nie jest w żadnym wypadku przeciwwskazaniem do leczenia zachowawczego. Zachowawczego, czyli polegającego na wywierceniu dziurki w zepsutym miejscu na zębie i założenia wypełnienia. Kanałowe też się robi. Czasami jest gorzej z chirurgicznym, ale to już nie zachowawcze.

Poza tym, zęby nie są źródłem wapnia podczas ciąży i laktacji. Nie rozpuszczają się.

Potem mam taki przypadek na fotelu i mam ochotę opieprzyć. Ale co poradzisz? Już za późno, 5 zębów „po ciąży” do usunięcia.

Zadbane panny w wieku 15-23 z połową zębów bocznych do usunięcia też się często zdarzają. Chodzi taka wymalowana i wystrojona na leczenie tylko wtedy, gdy na tapecie jest ząbek przedni. Szóstka z Depulpinem („trutką”) od dwóch i pół miesiąca boli, ale nieeee, właścicielka nie przyjdzie dalej leczyć. Zwłaszcza, że trzeba płacić, ona się jeszcze igieł boi…

W pracy jakoś wyjątkowo nieudany dzień. Niby nikomu nie złamałam narzędzia, jedyne dziecko na fotelu nawet nie pisnęło, jedyna ekstrakcja też wyszła bezproblemowo, ale jakoś ogólnie chyba nastała jesień.

Nowa tradycja?

Zapalenie gardła co pół roku?

Obecne na razie nie jest tak ciężkie, jak to w maju, kiedy w ogóle do niczego się nie nadawałam, ale recepta na Augmentin już wystawiona. Dzisiaj wykupię i zacznę jeść. Znowu przy okazji podleczę sobie zatoki na jakiś miesiąc.

Tak swoją drogą, Augmentin to antybiotyk, którego wiernym wyznawcą jest mój rodziciel. Poważnie, dla niego istnieje tylko to. Nie mógł uwierzyć, że poprzednio dostałam inny (klarytromycynę) i pewnie to była inna nazwa handlowa tego samego związku (nie była). Kwas klawulanowy rulez!

Zróbcie sobie przysługę.

Notka dotyczy osób planujących w najbliższym czasie wyjechać na wakacje lub kilka miesięcy, a chcących uniknąć korzystania z zagranicznej służby zdrowia, a jednocześnie takich, które ostatnią wizytę u dentysty odbyły ponad pół roku temu i/lub nie mają jeszcze wszystkich zębów wyleczonych.

Pozostali mogą zapamiętać na przyszłość.

Ludzie, błagam, dla Waszego własnego dobra. Jeśli mieścicie się w powyższych kategoriach, nie idźcie do dentysty na tydzień przed wyjazdem. Zaplanujcie sobie to tak, żeby kontrolę i przegląd mieć jakiś miesiąc przed. Jak coś wylezie, to będzie jeszcze czas na zrobienie porządku.

Staram się zawsze iść na rękę osobom, które się przyznają, że muszą wyjechać i długo ich nie będzie. Zrobię więcej na jednej wizycie, wcisnę gdzieś w grafik z jakimś potencjalnie groźnym drobiazgiem. Ale jak ktoś przychodzi do mnie z masakrą w ustach i oświadcza, że jutro wyjeżdża, to bardzo mi przykro, nie mam podstaw do kombinowania. Wcześniejsze zgłoszenie się do dentysty jest tylko i wyłącznie w interesie wyjeżdżającego.

Podobnie jest z planowaniem ciąży. Sytuacja jest świetna, kiedy przychodzi do mnie kobieta w pierwszym czy drugim miesiącu ciąży, najlepiej jeszcze przed pierwszą kontrolą u ginekologa, i ma ząb, który boli i nadaje się tylko do usunięcia. I w ogóle to dobrze by było zrobić prześwietlenie. A ja nie wiem, czy ciąża przebiega prawidłowo, dobrze by było nie znieczulać i nie dawać antybiotyków. Tylko co zrobić z taką ofiarą, której dziecko jest na początkowym etapie rozwoju, a każdy ropień w jamie ustnej wpływa na płód bardziej negatywnie, niż moje ewentualne działania? Niemożność zrobienia RTG w tej sytuacji to czasami drobiazg.

Ludzie som czasami strasznie głópi.

Jak pochlebić kobiecie?

Poprosić o dowód osobisty, kiedy kupuje piwo.

Łiii!

;)

Weekend miałam bardzo udany, dziękuję serdecznie. W piątek poszlajałam się trochę po Gdańsku ze znajomymi, po południu pojechaliśmy do Krynicy Morskiej (do znajomych znajomych). Już w drodze zaczęliśmy się bardzo (nie)legalnie znieczulać domowym winem, niektórzy przypłacili to nagłym spadkiem formy ;). W Krynicy znieczulaliśmy się dalej. Znowu nie skorzystałam z okazji, żeby się upić, choć możliwości były spore ;). Zwyczajnie nie mam pędu do alkoholu i jakoś muszę z tym żyć. Z tego tytułu rano nie miałam kaca. W sobotę z Mężczyzną zrobiliśmy sobie spacer po Krynicy, dotarliśmy nad morze; po południu wróciliśmy PKSem do Gdyni. Po bardzo miłym niedzielnym poranku musiałam, niestety, zrobić odwrót do domu: czekała na mnie mała praca, z którą babrałam się kilka dni, by w środę (termin był na czwartek) się przekonać, że wszystko muszę robić od nowa. Zajęło mi to w sumie 4 niedzielne godziny – wszystko dzięki temu, że wyłączyłam komputer.

W pracy nowy rzut „kanałowców”. Jakoś bardziej zwraca się uwagę na częstość występowania zapalenia miazgi, kiedy trzeciego pacjenta pod rząd trzeba zapisać na kolejną wizytę.

Czekam na środę. W środę będzie spokój.

Będzie fajnie

Będą dwa dni z Mężczyzną, w tym upijanie się wódką z kawą w złym towarzystwie. Rzadko mi się zdarza wyjeżdżać na długi weekend. Raz chyba pojechałam do Szczecina i to wszystko. Tym razem będzie Gdynia i Krynica Morska.

I pewnie będzie fajnie. Ciuchy, kosmetyki i piguły do plecaka, i lecim.

Wczorajszy dzień w pracy zrównoważył beznadziejną środę (chociaż dostałam miłą dla oka wypłatę ;) ), co było zaskakujące, jako że czwartki są straszne, z różnych powodów. Przyjęłam 14 pacjentów (w grafiku miałam zapisanych 9), skończyłam 20 minut przed czasem i nie miałam żadnych większych opóźnień, max 10 minut. Poprzednio było 15 pacjentów, momentami ponad godzina opóźnienia, wyszłam 40 minut po czasie.

Miałam niedawno pacjenta, u którego wszystkie (a trochę ich było) ubytki były po prawej stronie uzębienia, na górze i na dole. Lewa strona była zdrowa (i nie dlatego, że nie było tam zębów). Od razu było widać, gdzie dokładniej myje zęby :).

U innego nagle pojawiła się doprzednia wada zgryzu (podobno, nowy pacjent), zęby się pochyliły w bok, w dodatku na dziąśle pokazały się jakieś zmiany, które sugerowałyby przetoki ropne. Pacjent dostał skierowanie na zdjęcie pantomograficzne. Aż się boję, co tam zobaczę…

Miłego weekendu :)

Zboczenie zawodowe sucks.

Postanowiłam się uwstecznić, zdobywając film, za którym szalałam jako dziecko, choć nie potrafiłam wymówić jego tytułu przy próbie wypożyczenia z wypożyczalni (wtedy jeszcze na kasecie VHS!). Naprawdę zwariowany, ale nie obrzydliwie obrzydliwy – gadanie tyłkiem to pikuś.

„Ace Ventura: Pet Detective”, w roli głównej Jim Carrey (problem miałam z „Ace” ;) ).

Już ściągam tegoroczny wywiad z nim w „Inside the Actors’ Studio”.

Ale ja nie o tym.

Film jest śmieszny i nadal doprowadza mnie do łez w scenach tego typu i tego, ale nie jestem w stanie poradzić nic na powtarzające się myśli tej treści:

„Może i ma hollywoodzki uśmiech, ale nawet gwiazdy ekranu nie uciekną przed stłoczeniami trzeciorzędowymi.”

Niech mnie ktoś wyleczy…

Seryjnie

Mówią, że nic dwa razy się nie zdarza. Może i nie, ale w życiu jest wiele sytuacji podobnych do siebie. Nawet pacjenci bywają podobni, w sensie przychodzą z tymi samymi problemami. Ciekawie się robi, jak tego samego dnia mam kilka takich przypadków.

Serie pacjentowe bywają różne. Jednego dnia mam trzech delikwentów z ropą wylewającą się pomiędzy zębem (a raczej jego resztką) a dziąsłem przy najmniejszym nacisku (mlask), innym razem dwie czy trzy sztuki mają piękny przypadek przewlekłego, ropnego zapalenia tkanek okołowierzchołkowych (co się „na zewnątrz” objawia wyrośnięciem małego pypcia na dziąśle przy chorym zębie, z którego to pypcia od czasu do czasu wydostaje się ropa – diagnoza oczywiście do zweryfikowania zdjęciem RTG) albo u kilku pacjentów z bólem udaje mi się bez problemu usunąć miazgę i wypuścić ofiarę „pulpitu” do domu już bez bólu.

Można też seryjnie jeździć do Gdańska. W ciągu nadchodzącego miesiąca zrobię to przynajmniej 4 razy – raz na zakupy i oddać PWZ do Izby, drugi raz na spotkanie ze znajomymi (i stamtąd na dwa dni do Krynicy Morskiej na wódkę z kawą ;) ), trzeci celem odzyskania oddanego PWZ, ale w miłej oprawie wielkiej gali i koncertu fortepianowego, czwarty raz na pierwszy płatny kurs z endodoncji na początku grudnia. Ogólnie będzie się działo.

Wczorajsze Halloweenowe szaleństwo jakoś nas ominęło. Może dzięki temu, że ja byłam zajęta wykonywaniem swojej drugiej pracy, poza tym nie mieliśmy domofonu. ;)

Spłaciłam samochód.

I to tyle na dziś. Niezbyt refleksyjnie, ale taka moja wena. ;)