Archiwum miesięczne: Październik 2011

O czym ja mam pisać, weźcie mi powiedzcie.

Na studiach każdy dzień był inny. Ktoś inny znacząco wpływał na życie. Był sprawdziany, kolokwia, egzaminy. Cały czas coś się działo.

A zeszły rok w porównaniu z tamtymi pięcioma był zadziwiająco nudny.

Jeżdżę do pracy, robię swoje, wracam do domu, zastanawiam się, kiedy dostanę wypłatę i jakiej będzie wielkości.

Próbuję uspokoić pacjenta, który jest na mnie zły, bo po usunięciu górnej szóstki ma objawy ostrego zapalenia zatoki szczękowej. Po dłutowaniu wszystko wyglądało OK, ząb wyszedł w całości, pacjent dostał antybiotyk, bo go trochę rozgrzebałam. Wrócił po kilku dniach, nawet zrobił prześwietlenie (do zębówek u dorosłych nie jest potrzebne skierowanie). Na zdjęciu połączenie dna zębodołu z zatoką. I zonk. Pan dostał skierowanie, wytłumaczyłam mu, co najprawdopodobniej będzie zrobione. Tylko teraz pomyślałam, że na zamknięciu połączenia raczej się nie skończy…

Ząb na wkładzie z włókna szklanego odbudowuję w półtorej godziny. Kiedyś może będzie szybciej, to było moje drugie podejście, o czym pacjent nie wiedział i może to i dobrze.

Leczę znajomych i znajomych znajomych (głównie pracowników przychodni ;) ), wszyscy są w sumie zadowoleni.

W leczeniu kanałowym zęba ze złamanym narzędziem chyba udaje mi się ominąć obcy kawałek metalu – narzędzie niestety już prawdopodobnie raczej zostanie w środku, ale jeśli kanał uda się wypełnić szczelnie i do końca, to nie będzie to taki problem. Tylko jak wytłumaczyć pacjentowi, o co chodzi, skoro on nie wie, co ja tam robię i dlaczego?

Tyle się zmieniło, że jestem BARDZO ZAJĘTA w weekendy. I bardzo mi się przydaje wykupiony dawno temu pakiet 500 smsów i mmsów za 5 zł miesięcznie. I ma mnie kto ratować, jak piszę na FB, że „ómieram”. Ale to już zachowuję dla siebie. I właśnie dlatego nie mam o czym pisać. Skoro w życiu zawodowym nuda, a prywatne chcę przynajmniej w części zachować dla siebie, momentalnie robi się pisarski problem.

Więc o czym ja mam pisać?

Wtorki bywają fajne

Bo dzień pracy krótki i niezbyt męczący (czasami), po pracy basen, po basenie taka myśl, iż jeszcze tylko dwa dni w przychodni, w tym jeden w ogóle bez pośpiechu, bo prywatny, i zacznie się weekend.

Bo ja weekendy zaczynam już w czwartki wieczorem :)

A w weekendy robię różne fajne rzeczy. Od końca sierpnia w ogóle fajniejsze niż kiedykolwiek. Ich jedyną wadą jest to, że bardzo szybko mijają.

W pracy mam już powoli po dziurki w nosie leczeń kanałowych. Nie chcę się zrobić wredna, żeby pacjenci z bólem mówili „tylko nie do tej pani”, ale aż by się chciało czasami takiego jednego trzonowego dziada złapać w kleszcze i pozbyć się go raz na zawsze, a nie, że bolą dwa zęby obok siebie („Bolały już wcześniej?” „Nie. Pobolewały trochę” – a o co pytałam? Wrr) i oba są do zatrucia i będę się z nimi pierdzieliła nie wiadomo, ile czasu, pewnie znowu mi się złamie jakieś narzędzie (jutro będę walczyć z kawałkiem miazgociągu :/) i ogólnie czasem mam już dość. Brak pacjenta na „kanały” zasługuje niemal na święto.

Nie chce mi się nic.

Konsekwentnie

Chodzę na basen. Po wykupieniu karnetu do godzinki w piątek doszła godzinka we wtorek. To lubię i tego się trzymam. Nawet zaczęłam próbować pływać żabką, a z początkowego stylu pseudożabkowo-topielczego można wykreślić topielczy człon. Choć nadal nie wymachuję rękami podczas i nie umiem stawać na nogi po pływaniu na plecach. Będę musiała jeszcze raz wyciągnąć Rodzeństwo ;).
Zawsze sobie obiecuję, że będę chodzić na basen wcześniej, jak o 15-16, bo wtedy akurat robi się tłok. Piątki mam na razie zupełnie wolne, więc mogłabym chodzić nawet rano.
Ale nie. I tak zawsze ostatecznie ląduję na pływalni po 15, chociaż wcześniej nie robiłam nic pilnego.
Tyle dobrze, że na razie nie nadrobiłam utraconych kalorii czekoladą, tylko zeżarłam dwie gruszki. Pewnie wyszło na to samo.

Tak samo planowany na dziś Dzień Ogarniania Syfu w Pokoju ograniczył się do wyniesienia śmieci i odkurzenia. Biurko ma jeszcze jakieś szanse.

Chciałam przejrzeć Allegro, sprawdzić, czy mam jakiekolwiek szanse na sprzedanie rozmontowanego w weekend starego komputera, ale też wolę siedzieć na Facebooku i martwić się, że przesadziłam z odpowiedziami na Pytania i ktoś przestanie mnie z tego powodu czytać. Nie, żebym miała coś szczególnie ciekawego do napisania.

Jestem bardzo konsekwentna w nierobieniu pożytecznych rzeczy, których zrobienie sobie zaplanowałam.

A jednak…

… zielone Frugo jakoś spowszedniało. W sensie o ile kiedyś chyba najbardziej je lubiłam, tak przy właśnie trwającej degustacji nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia. Może i lepsze od pomarańczowego, ale nic poza tym.

Zapraszam na facebookową stronę bloga – www.facebook.com/TheKFiles po zdjęciowy dowód, iż rzeczywiście, skończyłam studia i staż. Od jakichś dwóch tygodni używam swojej pieczątki legalnie. Recept jeszcze nie wypisuję: a) do tej pory nie było powodu, b) szef mnie chyba jeszcze nie zgłosił do NFZ.

Znowu mam opóźnioną reakcję alergiczną. Musiałam przez chwilę używać lateksowych rękawiczek, od dwóch czy trzech dni znowu mam podrażnione ręce. Albo to szybkodrące się, zielone ręczniki papierowe. Bo wolałabym nie mieć alergii na rękawiczki nitrylowe, których głównie używam, bo zostaną mi tylko winylowe, których nie da się założyć na wilgotne ręce.

Ciężki żywot alergika.

Nocia taka sobie, ale stwierdziłam, że trzeba coś napisać, mimo iż padam na dziób po 10 godzinach w pracy i przyjęciu bodajże 13 pacjentów. Pieniążków trochę zarobiłam, kilka ząbków przednich odbudowałam (a na studiach nie znosiłam prac estetycznych), ze dwa leczenia kanałowe zakończyłam, znowu złamałam narzędzie kanałowe w kanale zęba (miazgociąg – będzie ciężko z wyciągnięciem :/), ogólnie dzień pełen wrażeń. W nagrodę będę się opierniczać w jeeej.

Chyba pójdę dziś spać po 21… :/

Rozłożyło mnie :(

Rano „dyskomfort”. Potem wymioty. Telefon do przychodni z prośbą o przepisanie moich 8 czy 9 pacjentów na inne dni z przedłużeniem czasu pracy. Cały dzień w łóżku, spora część tego przespana i ciągłe myśli, czy będzie mi się chciało jutro jechać do Gdańska po PWZ.

Tata przeziębiony, mama osłabiona, wyjeżdżają jutro, ale nie będę siedzieć sama w domu, całe szczęście. Tylko nie wiem, jak się opieka nade mną skończy dla opiekuna. Rotawirusem zaraża się podobno przez tydzień.

Ach, gdzie te czasy, kiedy można było zostać w domu bez wyrzutów sumienia. Gdzie czasy „wagarów kontrolowanych”, z oficjalnym wyjaśnieniem, że się nie nauczyłam na sprawdzian z chemii (przekazanym przez matulę polonistkę mojej dalekiej cioci chemiczce). Na kwejkach i Demotywatorach co chwilę pojawiają się obrazki „na co mi to i tamto”, ale tak naprawdę im dalej w edukację, tym bardziej się tęskni do dawnej beztroski.

Nie chce mi się myśleć… *braindead* to chyba permanentny stan mojego umysłu.

Ułatwiajcie dentystom życie…

Niewiedza, który ząb boli jest akceptowalna. Czasami ból promieniuje i rzeczywiście nie wiadomo, skąd pochodzi.

Wiedza, od kiedy i w jakich sytuacjach ząb boli jest już prostsza do zdobycia przez pacjenta. Dentysta nie jest magikiem, ból to odczucie subiektywne i tylko pacjent potrafi go opisać. Rodzaj bólu jest ważnym wyznacznikiem przy planowaniu leczenia.

Na co zwracać szczególną uwagę?

Na reakcję zęba na pożywienie. Reakcja bólowa na słodycze wskazuje coś innego niż wyraźny, krótkotrwały ból podczas picia rzeczy zimnych. Jak już boli od kilku dni, dobrze jest wiedzieć, czy temperatura jakoś zmienia ten stan: czy gorzej albo lepiej jest na ciepłe albo na zimne.

Czy ząb boli bardziej w nocy?
Czy ból jest pulsujący czy raczej to wyraźne kłucie?
Czy boli cały czas, bez przerwy albo z krótkimi przerwami, czy tylko odzywa się od czasu do czasu?
Jak reaguje na nagryzanie?

Kiedy zaczęło boleć? W jakiej sytuacji? A może boli cała grupa zębów po przebudzeniu się rano? Skoro teraz boli baaardzo, czy kiedyś ten ząb się odzywał? Jeśli tak, to kiedy i jak intensywnie?

Kolejna rzecz, zwłaszcza w przypadku osób pod stałą opieką lekarską:

Jak dentysta pyta, czy na coś pacjent choruje, to zazwyczaj ma na myśli choroby przewlekłe. Nie odpowiadać „nie”, jeśli od kilku lat codziennie musi przyjmować garść leków. Pacjenci mają zwyczaj tak właśnie czynić – nie czują objawów, to są zdrowi. Z tego powodu zazwyczaj pytam też o stale przyjmowane leki. Przyznawać się do wad serca (ze sztucznymi zastawkami i stanem pozawałowym włącznie – a raczej zwłaszcza), cukrzycy, nadciśnienia, problemów z tarczycą, jaskry, przebytych przeszczepów, padaczki. Do WZW typu B i C też. W przypadku kobiet w wieku rozrodczym, jeśli przed znieczuleniem dentysta o to nie zapyta, to w razie potrzeby krzyczeć, że jest się w ciąży (dotyczy kobiet w ciąży). Przed usuwaniem zębów przyznać się do okresu (dotyczy kobiet podczas okresu). Tak samo, jeśli przy poprzednich znieczuleniach występowała reakcja alergiczna – dentysta wtedy może nie znieczuli albo odeśle do alergologa, ale to nie jest własne dupokrycie, tylko tu ma pierwszorzędne znaczenie zdrowie pacjenta.

I nie obrażać się, jeśli dentysta po uzyskaniu obciążającego wywiadu (w sensie pacjent jest obciążony różnymi chorobami ogólnymi) postanowi pacjenta odesłać do specjalisty. Lepiej, żeby odesłał, niż coś spierdzielił, narażając pacjenta – i siebie – na bardzo nieprzyjemne, długotrwałe konsekwencje.

Chciałam się pochwalić…

… że w końcu pracuję legalnie, ale po pochwaleniu się na FB szybko sprowadzono mnie na ziemię.

Umowy o pracę nie mam. Mam umowę-zlecenie na czas nieokreślony. Czyli zapewne za kilka miesięcy będę ze sobą woziła pieczątkę własnej praktyki na wezwanie, czyli czeka mnie założenie własnej działalności gospodarczej.

Marzenia o staraniu się o kredyt na mieszkanie od kwietnia zostają niniejszym odłożone na czas nieokreślony. Pomysł tymczasowego wynajęcia mieszkania wysuwa się coraz bliżej pierwszego planu. Pomijając fakt, że ostatnio wysyłam przynajmniej jeden zakład w Lotto na praktycznie każde losowanie, choć na dziesiątki prób wygrałam tylko raz 20 zł.

Dzień w pracy był spokojny, właściwie wszyscy pacjenci przyszli, tylko nie było dużo delikwentów z bólem. Jutro pewnie jakoś się to zrównoważy. Albo dalej nikomu nie będzie się chciało nosa z domu wyściubić z racji końca lata tej jesieni.

Znowu jestem *braindead*…

Melduję posłusznie

… iż w czwartek wpadłam do Gdańska, zostawiłam papiery w Izbie Lekarskiej i w przyszłym tygodniu mam się dowiadywać o losy swojego PWZ.

Tadam, tadam, „pani doktor”.

Nie mam jeszcze umowy o pracę. Szefostwo przebąkuje coś o założeniu przeze mnie działalności gospodarczej. Co w gruncie rzeczy pomogłoby mi zutylizować na-razie-wolne piątki i ogólnie dużą ilość wolnego czasu.

Da się wytrzymać 9 godzin przy fotelu, o ile pracuje się bez świadomości tłumu pacjentów bólowych w poczekalni. No i ma się jakąś godzinę przerwy w środku.

Kupiłam sobie karnet na basen, wczoraj doskonaliłam pływanie bez „wspomagaczy” i całkiem nieźle mi szło. Na plecach to już w ogóle. Odkryłam, że nie trzeba leżeć na wodzie z rękami na boki, żeby dalej się unosić. ;) Ogólnie koordynacja ręce-nogi wychodzi mi coraz lepiej, ale wszystko powolutku. Wprawdzie zapału do ćwiczenia na siłowni starczyło mi na trzy dni, to jednak pływanie i postępy w nim dają mi tyle satysfakcji, że szybko z tego nie zrezygnuję :)

A tak poza tym jestem *braindead*.

Za dobrze mi.

W październiku po raz pierwszy od 9 miesięcy nie przelewałam kasy za ratę za komputer. Ponad 250 zł zostało na koncie – z czego stówka poleciała na oszczędnościowe.

W przyszłym miesiącu spłacę ostatnią ratę kredytu rodzicielskiego na samochód. Który nadal nie będzie oficjalnie mój. ;)

I coś mi za dobrze od tego nadmiaru kasy, bo wczoraj podczas siedzenia z Kimś na twardej kanapie w moim pokoju stwierdziłam, że miejsce nad biurkiem, gdzie w tej chwili wisi tablica korkowa z setką notatek, świetnie by się nadawało na płaski telewizor. Akurat wychodzi na wprost kanapy. Musiałabym przesunąć jedną szafkę i biurko, przewiesić gdzieś tablicę i byłoby świetne miejsce.

Telewizory 40-calowe można w jednym ze sklepów z RTV dostać za 1700-2300 zł.

Jednak biorąc pod uwagę, że kredyt dają tym, którzy mają umowę o pracę od trzech miesięcy (a ja w tej chwili nie mam żadnej), to kolejne ratalne zakupy byłyby najwcześniej w styczniu. Do tego czasu albo zaoszczędzę odpowiednią kwotę (jako żem trochę niechętna kolejnemu kombinowaniu, a w dodatku jestem dusigroszem, co to udaje, że nigdy nie ma kasy, choć w porównaniu z innymi wychodzi, że wręcz przeciwnie), albo mi przejdzie.

Ogólnie mam chyba za dużo czasu na myślenie. Trzeba szukać drugiej pracy albo co…

Specyficzne uczucie

Pewnie mają tak tylko ci, którzy może nie popadli jeszcze w zawodową rutynę. Albo nie mogą uwierzyć, że stali się tym, kim są.

Kiedy ktoś pisze o wizycie u dentysty jako o elemencie codzienności (owszem, chodzi się niechętnie, ale trudno, takie życie), mam jakieś takie dziwne uczucie wewnątrz.

Idzie do dentysty. Mojego kolegi po fachu.

To takie dziwne wrażenie, że stałam się elementem czyjejś codzienności. Może to duma? Ktoś w poniedziałek powie, że był u (fajnego?) dentysty i będzie miał na myśli mnie.

Może w końcu rzeczywiście czas uwierzyć.

I zacząć zbierać kasę na konferencje i kursy. ;)