Archiwum miesięczne: Wrzesień 2011

I po stażu

Licznik po lewej stronie bloga był ustawiony do 13, więc jeszcze chwilka, ale zdążyłam wrócić już do domu po dość owocnej pracy, choć z chwilą stresu – matula usiadła na fotelu i przypadek był niespecjalnie zachęcający.

Imprezowania nie było. Może przywiozę jakieś ciasto w poniedziałek. Nowej umowy nie mam jeszcze podpisanej, ale pacjenci są zapisani, więc może w przyszłym tygodniu wszystko się wyjaśni.

Będzie inaczej?

Nie. Tylko za dwa tygodnie będę miała prawo wypisywać własne recepty, a nie brać druczki od szefa.

Trzęsienia ziemi i urlopu bezpłatnego niet.

Niniejszym zakończyłam „akademicki” etap szkolenia zawodowego.

Jaki w tym sens?

Jako kierowca nie znoszę, kiedy podczas jazdy z prędkością 80-90 km/h ktoś „siedzi mi na ogonie”.

Długi odcinek mojej trasy do pracy to droga krajowa, z ograniczeniem 90-70 km/h i podwójną linią między pasami ruchu. Ludzie jeżdżą tamtędy bez większych szaleństw, ale też bez blokowania – zawalidrogi zazwyczaj przylegają do szerokiego pobocza i jakoś się jedzie. Osobiście jeżdżę dość dynamicznie i nie boję się „średnich prędkości” (spokojnie i bez stresu wyciągam tam 80-90 km/h), więc korka nie powoduję. Czasami jednak zdarzy się, że ktoś w mocniejszym samochodzie trzyma się mojego tyłu w odległości jakichś 2-3 metrów i to mnie strasznie wkurza. A co, jak ktoś wyleci mi na drogę i będę musiała gwałtownie zahamować? Na kogo spadnie wina za szkody? Pomijając fakt, że nawet, jeśli nie na mnie, to naprawa i wyciąganie kasy z ubezpieczalni to zawracanie głowy.

Dzisiaj widziałam inny przykład bezsensowności siedzenia na ogonie. Samochód przede mną. Ja trzymałam się w bezpiecznej odległości, wóz terenowy trzymał się blisko samochodu przed nim. Co chwilę widziałam u niego zapalanie się świateł hamowania, podczas gdy ja, cały czas jadąca w tej samej odległości od niego, nie nacisnęłam hamulca ani razu.

Jaki w tym sens?

PS.: Podobnie jaki jest sens zamieszczania reklam na blogu, skoro i tak nikt w nie nie klika? ;)

Łojezusickuniewyrobięsię

Aaaa!

W sumie chociaż tydzień wolnego między końcem stażu a uzyskaniem Bardzo Ważnego Papieru by mi się zdecydowanie przydał. Nadal się boję, że zbiednieję, w poradniku o samozatrudnieniu, jakiś tydzień temu dołączonego do Dziennika Gazety Prawnej podają za dużo informacji, a ja się nie wyrobię z badaniami lekarskimi, wysępieniem zdjęć z salonu fotograficznego w Gdańsku Oliwie i dostarczeniem wszystkich papierów do Izby Lekarskiej, aaaa!!!

Najpóźniej muszę to zrobić do 6 października, jeśli PWZ chcę dostać szybko. Tyle, że badanie lekarskie będę miała najwcześniej 4 października po południu, 5 pracuję cały dzień i nic na to nie poradzę, zaś w czwartek mam początek pracy o 12, a Izba Lekarska jest otwarta od 11 i znajduje się jakieś 2 godziny drogi od mojej pracy.

Chyba sobie skrócę jedną zmianę w pierwszy czwartek października… Jeśli się uda… Fajnie tak, czwartego dnia od podjęcia pracy na nowej umowie…

Niech mnie ktoś psytuli… Bo wcorajse dłuuugie psytulanie zostawiło mnie na lekkim głodzie… ;)

Ostatni tydzień stażu.

Ostatnie 5 dni pracujących, wypełnionych pacjentami, przemyśleniami, badaniami lekarskimi. Coraz intensywniej krąży mi po głowie pomysł założenia własnej praktyki – na razie bez gabinetu, oczywiście, tylko działalność gospodarcza. Podobno w ten sposób łatwiej znaleźć pracę. Podobno ktoś szuka dentysty chętnego do skorzystania z unitu – gabinet po drodze do mojej obecnej pracy. Może rzeczywiście powinnam poszukać jeszcze drugiej pracy. Zaczynam się bać, że wręcz zbiednieję po stażu.

Rekordowa kumulacja w Lotto, 50 mln PLN. W zupełności uszczęśliwiłoby mnie i moich najbliższych nawet 10% tej kwoty. Ba, 1% pozwoliłby mi na spełnienie najważniejszego w tej chwili marzenia i nawet coś by jeszcze zostało. Pewnie będę znowu grać, chociaż ostatnio co losowanie wysyłałam ze trzy zakłady na chybił-trafił.

Nie podoba mi się obecny międzynotkowy pilniczek, za bardzo go obróciłam. Ale chociaż po wyprodukowaniu go wczoraj myślałam, żeby go poprawić (głównie rozmazać ;) ), to dzisiaj byłam taaakaaa zajęta, że ostatecznie mi się nie chce. I nie ćwiczę już drugi dzień. Chyba tych endorfin na długo nie starczyło. Albo to moje pigułowe wahania nastroju. ;)

Dobranoc.

Przełącznik zmienił położenie.

Jeszcze niedawno (w okresie LDEPowym głównie) potrafiłam siedzieć przy kompie do północy. Ostatnie dwie godziny spędzałam właściwie już w łóżku – kupiłam sobie specjalny stolik pod laptopa, więc mogłam śmigać. Czytałam fanfiction, siedziałam na czacie znajomego forum. Z powodu przesiadywania przed ekranem do łazienki chodziłam jako ostatnia, po 22. Jedyną większą aktywnością fizyczną była cotygodniowa godzinka na basenie.

Jakoś mi się tego „komputerowania” odechciało.

Tak zupełnie nagle. Coś się zaczęło dziać już po LDEPie. Czat stracił na atrakcyjności, folder w Firefoksie zatytułowany „Fiki do przeczytania” tylko obrasta w linki, z którymi nic się potem nie dzieje. Powróciłam do mojej „Księgi wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” – jednej z czterech książek, która patrzy na mnie smutną okładką i prosi o przeczytanie. Został mi jeszcze jeden zbiór i mogę się wziąć za pożyczonego od Kogoś „Wrońca” Dukaja. Przedwczoraj przeprosiłam się z domową siłownią i zaczęłam ćwiczyć na Orbitreku – na razie niewiele, po 5 minut rozgrzewki i potem szybko do zmęczenia. Czasy tej drugiej części ćwiczeń imponujące nie są, bo za pierwszym razem było 3,5 minuty z jedną, trzysekundową przerwą, wczoraj były 4 z dwiema przerwami. Zakwasów po tym nie ma, ale czuję, że uda pracują. Dobrze, na pracy ud mi najbardziej zależy.

Czy ta zmiana na pewno była po LDEPie i uwolnieniu się od jednego, dużego obowiązku? Czy to raczej po „zmianie statusu związku” endorfiny po kryjomu robią swoje? Zwłaszcza, że z tą zmianą coraz lepiej i swobodniej się czuję?

Hmmm. To drugie wyjaśnienie bardzo mi odpowiada. :)

Śpiewanie

Na fotelu rezolutna trzynastolatka z zębem do usunięcia. Ząb po endo, ukruszony już od dawna = będą problemy. No ale dobra, trzeba choć spróbować dziada usunąć.

Znieczuliłam. Odczekałam. Zabieram się za wyciąganie.

Złożył mi się w kleszczach na pół. Proszę o dźwignię. Ugina się pod dźwignią, wyciągam fragmenty. Nagle we łbie zaczyna mi grać

to.

Aż miałam ochotę się przyznać do tej muzyczki w głowie albo samej zaśpiewać:

„Kawałek po kawałkuuu…” ;)

Pacjentka w stanie zadowolenia (bo nic nie bolało, a ona się boi dentysty. Może do mnie cały czas chodzić i będzie polecać innym) została ostatecznie odesłana ze skierowaniem na zdjęcie RTG i do chirurga stomatologicznego. A w głowie do tej pory mi gra ;)

Wyniki sondy

tutaj.

Przepraszam obie pogryzione osoby. Mam nadzieję, że szczepionka zrobiła swoje.

Siedem niepogryzionych osób może zaświadczyć tym zdziwionym czterem, że gryzienie rzadko się zdarza.

Wczoraj kupiłam sobie wiśniowe „gumy” Fritt. Takie długie, podzielone na 5 części, rozpuszczalne paski. Moja dzienna norma spożycia wit. C. została wypełniona w przynajmniej 66% ;) (22% na jeden pasek). Mrr, tęskniłam za tym. Prawie jak za Frugo, przy którego piciu jakiś czas temu stanął mi przed oczami jeden moment z życia w podstawówce. Nic szczególnego, ot, ja na boisku i czarne Frugo w łapie, ale jednak. Smak dzieciństwa :). Muszę sobie w końcu zielone kupić. Chyba dawno, dawno temu najbardziej mi smakowało.

Mieli ubaw

Siedzę w autku. Autko stoi na drodze z powodu czerwonego światła na miejskim skrzyżowaniu. Stoi na pasie „szybszym” – lewym. Na pasie prawym, obok mojego autka, na światło zielone czekała jasna furgonetka z kilkoma panami wewnątrz. Panowie chyba zbiorowo wracali z pracy.

W moim autku radio odtwarza muzykę, którą wcześniej nagrałam na wpiętego do radia pendrive’a. Akurat leci to. Nauczyłam się tekstu (nie celowo, oczywiście, po prostu, jak się kilka razy słucha piosenki, śledząc z ciekawości tekst, to się w końcu go nauczy), więc korzystając z prywatności mojego autka, wyłam razem z Florence.

Po prawej dostrzegłam ruch. Któryś z panów musiał zauważyć, że ruszam gębą, rozdziawiając ją dość szeroko, więc zwrócił uwagę kolegów. Panowie zaczęli mi się przyglądać. Zerknęłam na nich, nie przerywając śpiewania. Na dobiegające z radia „and hooooowl!” światło zaczęło się zmieniać, więc wrzuciłam jedyneczkę jeszcze na pomarańczowym, na zielonym noga na gaz i po swojemu, takoż wyjąc, zaczęłam wyciskać siódme poty z moich 54 koni mechanicznych. Furgonetka została w tyle i już mnie nie dogoniła.

Zrobiłam się czerwona, że ktoś raczej zauważył, że śpiewam?

Nie.

Bo co mnie obchodzi to, co myślą o mnie ludzie, którzy zupełnie nie mają i raczej nie będą mieć pojęcia, kim jestem? :)

PS.: Co do mojego śpiewania, może ktoś widział niedawno jakiś obrazek na kwejk.pl albo Demotywatorach? „Umiejętność śpiewania kończy się wraz z końcem piosenki”? ;)

Sonda

Dostałam znowu emaila od Czytelnika. Rezultat: banan na twarzy, ego troszkę bardziej rozrośnięte i humor takoż poprawiony – mimo zmęczenia, bo przecież to logiczne, że jak trzeba do pracy wstać o 6:30, to się do północy ogląda bajkę dla dzieci.

Na email odpisałam. Właściwie zawsze odpisuję. Nie ma ich na tyle dużo, żebym nie odpisała. Tym samym kolejna osoba odważyła się na coś więcej od czytania czy komentowania.

Stąd też sonda. „Bardziej bezpośredni kontakt” oznacza spotkanie w „realu”, wymianę emaili, dołączenie do moich osobistych znajomych na FB, odwzajemnienie blogowej znajomości (w postaci mojego czytania tworów Czytacza i wypowiadania się w komentarzach) czy cokolwiek innego, wykraczającego poza zwykłe czytanie czy komentowanie od czasu do czasu.

]]>

SONDA Gryzę przy bardziej bezpos’rednim kontakcie?

Zdecydowanie nie. Raczej nie. A to można nawia,zać bardziej bezpos’redni kontakt? Raczej tak. Zdecydowanie tak. Wisisz mi kasę za szczepionkę na ws’ciekliznę.
Zobacz wyniki

Przepraszam za dziwne pliterki (typu „s'” zamiast „ś”), ale program jest niedorobiony i ich inaczej nie trawi.

The ultimate question.

„To jak jest na tym stażu? Przyjmujesz już pacjentów?”

Tak, szanowny pytający. Przyjmuję. Mam to szczęście, że roboty mam po pachy. Grafik, choć dość skromny, jest wypełniony po brzegi i jeszcze się z niego przelewa pacjentami z bólem.

I wbrew wyobrażeniom niektórych, początek stażu to nie był moment mojego pierwszego spotkania z pacjentem i jego spotkania z wiertarką w moich rękach. Mam właściwie trzyletnie doświadczenie w leczeniu – do pacjentów zaczęto nas dopuszczać w drugim miesiącu trzeciego roku studiów.

To teraz ja mam pytanie: co się dzieje z dentystą po zakończeniu stażu i przed otrzymaniem PWZ? Ma wakacje?