Się działo…

… ale tylko dziś i na sam koniec ;)

Ogólnie groziłam gdańskim, potencjalnym pacjentom przez trzy dni: w środę i dziś. W pierwsze dwa dni zaliczyłam po trzy wezwania, przy czym były to głównie zasłabnięcia, ataki nerwicy czy transport do szpitala. Dziś, jako grande finale, działo się znacznie więcej.

Jeździłam w zespole P, czyli na pokładzie dwóch ratowników medycznych, bez lekarza (lekarze jeżdżą w karetkach typu S).

No więc dzisiaj były cztery wezwania. Raz telepaliśmy się (na sygnale, JUPI! ;) ) do domu opieki, w którym zastaliśmy pana w ciężkim stanie, bez kontaktu, za to z prawdopodobnym zapaleniem płuc. Strach ruszać z łóżka. Telefon do rodziny, dużo pytań z jej strony o możliwość podania tlenu. „Tlen to swoją drogą, to nic nie da, czy państwo zdają sobie sprawę, w jakim stanie jest ojciec?”. Wzywamy karetkę S. Lekarz stwierdza, że nie ma co wieźć, tylko leczyć na miejscu, skoro można. Jedziemy do centrali, bez pacjenta.

Z centrali wysyłają nas na przejęcie dziecka po wypadku. Dziecię przywiezione śmigłowcem, przytomne, tylko obolałe, bo podczas wypadku samochodowego zawisło na pasach. Po wylądowaniu śmigłowca na poletku trawy jakiś pan się zatrzymał i zaczął robić nam zdjęcia – na cholerę mu one były, nie mam pojęcia. Zabronić mu nie można. Olaliśmy gościa, przewieźliśmy dziecię do szpitala, powrót do bazy.

Potem była nerwica, pani nie zgodziła się na przewiezienie do szpitala, podstawiliśmy ją pod dom.

No i na końcu…

„Duszność, sinica, chyba umiera” – usłyszał jeden z panów z zespołu od dyspozytorki. Śmigamy na sygnale. Pacjent w dość podeszłym wieku leży na łóżku. W historii zawał i rozległa miażdżyca. Ściągnęliśmy go na podłogę, jeden z ratowników zaczyna pośredni masaż serca („uciski”), drugi dzwoni po zespół S.

Starałam się trzymać z boku, w miarę szybko podawać leki i sprzęt, o który mnie proszono, przez chwilę sama robiłam uciski i zostałam pochwalona. Sześć osób (nie licząc mnie) działało jak zgrana maszyna. Przy okazji mogliśmy obserwować odczyty na monitorze defibrylatora. Najpierw była asystolia (bardzo filmowa płaska linia, której się NIE defibryluje*), po masażu i podaniu adrenaliny przekształciła się w migotanie komór. „Strzał”, dalszy masaż… Przez chwilę było tętno i całkiem akceptowalne ciśnienie, ale serce znowu zwolniło.

Reanimacja trwała ogólnie 40 minut, zgodnie ze wskazaniami monitora defibrylatora. Pacjent znalazł się w karetce S podłączony do respiratora, z wyczuwalnym tętnem, ruszył do szpitala.

W OGÓLE się tych 40 minut nie zauważyło. Było bardzo intensywnie, dodać do tego problemy z intubacją i moi opiekunowie przez chwilę musieli dochodzić do siebie.

Rodzina została poinformowana, że stan wymagający reanimacji jest bardzo ciężki. Serce bije, ale przez 5 minut od wezwania do naszego przybycia na miejsce nikt nie prowadził masażu serca…

A ja byłam pod wielkim wrażeniem, że się udało. Nasłuchałam się o beznadziejności asystolii i niewielkiej szansy na przeżycie. Owszem, nie wiem, co się dalej z tym pacjentem działo. Ale serce po tych czterdziestu minutach jednak ruszyło…

To był mój ostatni wyjazd. Pomogłam panom ogarnąć trochę sprzęt, dostałam odpowiednią pieczątkę w odpowiednim miejscu i pojechałam do centrali oddać mundurek (śmigałam w gustownym, czerwonym wdzianku) i książeczkę stażową, coby mi ją podbili.

Już w pociągu do domu okazało się, że zostawiłam w stacji pogotowia swój termos…

Od poniedziałku wracam do swojego dłubania w zębach. Miałam po drodze chwilowy występ w drukarni i stwierdziłam po wszystkim, że z trzech zawodów – dentysta, introligator i ratownik medyczny – ten pierwszy najbardziej mi odpowiada.

* defibrylacja polega na, jak to rzekł wykładowca na teoretycznych zajęciach z ratunkowej, „zresetowaniu serca”. Wiadomo, rytm sercu nadają głównie specjalne komórki. Prawidłowy rytm pochodzi z węzła zatokowego, ale mogą pochodzić też z innych źródeł, powodując nieprawidłowe – i nieefektywne – skurcze serca, jak migotanie komór. Dawka prądu wyłącza na jakiś czas owe nieprawidłowe źródła, dając szansę węzłowi zatokowemu na podjęcie prawidłowej pracy. Migotanie komór jest jednym z dwóch stanów, w których defibrylację się stosuje, rozpoznaje się je na EKG. Jeśli zatem mamy kompletny brak sygnału i wyładowań w sercu, czyli asystolię, co mamy defibrylować? Owszem, w filmach wygląda fajnie, ale ma tyle samo wspólnego z prawdziwą medycyną, co metody mycia zębów w reklamach past ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *