Archiwum miesięczne: Sierpień 2011

Sto tysięcy emocji

Miałam dość szaloną końcówkę zeszłego tygodnia. Najpierw we środę wspomniane w poprzedniej notce „drgnięcie”, potem w czwartek kompletne zgłupienie w pracy, w piątek nauczyłam się pływać, w sobotę pojechałam nad morze, w niedzielę na piwo, nad którym „drgnięcie” zaczęło przeradzać się w trzęsienie ziemi. Ale takie pozytywne.

Jak już planujemy wspólny urlop w przyszłe lato, to się chyba nieźle zapowiada?

Zaczęłam myśleć o ponownym wysłaniu kuponu Lotto, bo a nuż widelec.

Dzisiaj rano nadeszła wiadomość z przeciwnego bieguna.

Dygresja:

Podczas ostatniego przeglądania książek w Empiku natrafiłam na dzieło traktujące o mitach w psychologii. Jednym z nich było „pozytywne podejście może wyleczyć raka”. Całości nie czytałam, więc nie wiem konkretnie, czy mit został obalony.

Koniec dygresji.

Po dzisiejszym poranku stwierdziłam, że działanie przeciwne wywiera zamierzony skutek.

Dwa dni temu lekarz stwierdził, że serce jest sprawne.

Serce osoby, która straciła wolę życia i całe życie zmagała się z nieleczoną depresją. Siedziała z własnej woli zamknięta w mieszkaniu na trzecim piętrze. Choroba psychiczna w jej otoczeniu to był powód do wstydu, terapia w ogóle nie wchodziła w rachubę.

Tej nocy to sprawne, chociaż ponad osiemdziesięcioletnie, ale smutne serce najprawdopodobniej po prostu stanęło.

Mam problem z emocjami. Te dotykające mnie bezpośrednio docierają do mnie słabiej i z opóźnieniem, nie umiem sobie z nimi do końca radzić, odczytywać i reagować, dawać im upust, choć na filmach ryczę bez oporów. Rodzeństwo podobno zareagowało gwałtownie na wieści. Ja poszłam do pracy tak po prostu, zrobiłam swoje; teraz siedzę przed kompem i wiem, że powinnam być smutna. Ale tak naprawdę smutna.

Może to do mnie jeszcze nie dotarło?

Poryczę się pewnie dopiero na pogrzebie.

A miało być tak pięknie…

We środę dość poważne drgnięcie w moim życiu osobistym upoważniłoby mnie do zmiany na Facebooku statusu związku z „Wolna” na „To skomplikowane” albo i coś więcej, w piątek nauczyłam się pokonywać kilka metrów basenu bez dotykania stopami dna i powzięłam poważne postanowienie uczynienia taplania/topienia się regularną czynnością (wyrzut endorfin, wiadomo), zaś dzisiaj miał być wypad nad morze – po raz pierwszy w tym roku. I zapewne ostatni. Taki ze smarowaniem się kremem z filtrem 30 w porywach do 50 SPF i leżeniem na plecach w słonej wodzie, jeśli fala nie byłaby za wysoka.

Ogólnie byłam pełna entuzjazmu.

Po naszym przyjeździe, jak to na szczęście moich znajomych z Warszawy przystało (pojechaliśmy na ich zaproszenie), pogoda momentalnie się zepsuła i zaczęło wiać.

I nawiało zimną wodę.

I ogólnie było zimno. W ciągu czterech godzin temperatura powietrza spadła z 31 na 19 stopni.

Z leżenia na plaży, a już w ogóle z leżenia na wodzie – nici.

Kiedy wróciliśmy do ich pokoju, na okularach zauważyłam niewielką mgiełkę – jednak nie starłam jej jak zwykle, koszulką po nachuchaniu na szkła, tylko poszłam do łazienki wyczyścić je na mokro, jak Bozia w instrukcji obsługi i konserwacji przykazała. Pewnie słusznie, bo gdybym starła na sucho drobny piasek, to bym musiała wybulić parę zł na nowe soczewki… A czyste okulary są mi w sumie niezbędne do pracy…

Jutro może sobie odbiję niedobór endorfin piwem wypitym ze współuczestnikiem wspomnianego na początku drgnięcia. Współuczestnik zapewne zupełnie niechcący znacząco poprawił mi humor.

Łojezu.

Mission accomplished with my Sibling’s help. ;)

W sumie jakieś 45 minut w wodzie, w tym kilka zjazdów zjeżdżalnią, jedno stanie pod biczem wodnym celem wymasowania plecków, kilka(naście?) prób przepłynięcia choć kilku metrów, wprawdzie każda zakończona zapadnięciem się pod wodę, ale przed owym zapadnięciem udało się pokonać pewien skromny dystans. O to mi chodziło :).

To było spokojnie pływanie, a jestem normalnie rozdygotana ze zmęczenia. Właśnie niewielką, ale za to dość tłustą kolacją nadrobiłam utracone kalorie. Myślę, że od czasu do czasu będę takie wypady powtarzać, szlifując umiejętności. Basen mam kilka minut drogi od domu, dość płytki, ale woda cieplutka.

Strasznie jestem szczęśliwa z powodu takiego drobiazgu. Brakowało mi osoby, która na początku podeprze mi plecy przy próbie unoszenia się bezwładnie, wskaże jakieś błędy, wytłumaczy i pochwali bez stresu i presji.

Pływam. Strasznie kiepsko, ale pływam.

Jadę na Falę w Łodzi, a co. ;)

Przegrałam Bitwę o Rodzicielski Ząb

Dwóch dentystów płci męskiej z doświadczeniem w zawodzie wynoszącym łącznie jakieś 40 lat po spojrzeniu na zdjęcie RTG stwierdziło, że rodzicielska ósemka do leczenia kanałowego się nadaje. Ostrożnie, giętkimi narzędziami, ale jednak.

40 lat kontra jakieś 5 (ja i koleżanka) = przegrana z kretesem.

[bach głową o stół]

Mam to potraktować jako ciekawy przypadek i ćwiczenie, podobno rzekł mój były dentysta, obecnie kolega po fachu.

A na pewno muszę się nastawić bardziej pozytywnie… Rzeczę ja.

Na razie nastawiam się na nauczenie się pływać. Lubię jeździć nad wodę – do aquaparków, na plażę – ale 3/4 frajdy z takiego wypadu mi przepada, bo niespecjalnie mogę się potaplać. Biorąc pod uwagę, że we wrześniu pojadę do Łodzi, a Atlas Arena, gdzie mam zdawać LDEP, jest wg Google Maps rzut beretem od Aquaparku Fala (kiedyś zostałam tam wywieziona przez znajomych z Warszawy – strzał z kuszy od mojego hostelu), to się może wybiorę, o. Na razie nagabuję Rodzeństwo, które bez większego przekonania zgłosiło chęć nauczenia mnie nietopienia się. Na początek muszę zmusić swój zadek do unoszenia się na wodzie – potem może jakoś to będzie. Może zacznę chodzić na basen, ulżę swoim pleckom i zrzucę kilka kilo.

Tak z innych wiadomości:

Drodzy Wdzięczni Pacjenci.
Nie jestem kawoszem. Przekupiać mnie można czekoladkami.

Jeszcze trzy dni gospodarzenia w domu. W niedzielę wraca Rodzicielka – po 40 dniach nieobecności.

W mieście najbliższym mojej wiosze mieszkanie można wynająć już za 750 zł + opłaty. TŻ Rodzeństwa twierdzi, że o kredyt mogę się starać jakieś 6 miesięcy po podwyżce, czyli jakoś tak w marcu-kwietniu. Pytanie, jaką będę miała umowę o pracę – szef potwierdził chęć zatrzymania mnie w firmie. Powiem szczerze, że z dwóch obecnych pomysłów co do moich dalszych losów mieszkaniowych, oddzielenie mieszkania z domu rodziców (w sensie zrobienie kuchni i zamontowanie zamka w drzwiach) przegrywa z pomysłem całkowitej wyprowadzki jednym, ale za to bardzo ważnym argumentem – to byłoby nadal mieszkanie z rodzicami.

Tyle na dziś.

Empik

Ktoś chyba wymyślił układ regałów i książek na owych regałach tak, żeby się pracownicy nie nudzili – poziom niemożności znalezienia tam czegokolwiek przez klienta wymaga od owego klienta proszenia o pomoc rzeczonych pracowników.

Wczoraj postanowiłam w Empiku w tunelu gdańskiego dworca kupić dwie książki. Najpierw w „odsłuchowni”, czyli elektronicznym punkcie info, sprawdziłam, że obie są. OK, to ruszamy na poszukiwania.

Pierwsza miała być w „Poradnikach”. Nie znalazłam takowego działu. Pięć minut szukania – zdobycz znajdowała się w dziale „Psychologia”.

Druga książka to powieść Johna Le Carré’a, na podstawie której ostatnio nakręcono film z baaardzo solidną obsadą (i nie piszę tu tylko o Angliku z Dziwną Twarzą, ale też o Colinie Firthu i Garym Oldmanie), na który to film się wybiorę na przełomie listopada i grudnia (czyli po premierze).

Sprawdzam w dziale „Literatura obca”. Pod „L” po Le Carré’u ani widu, ani słychu. To samo w „Kryminałach”. Po raz trzeci podchodzę również do działu „Sensacja”, ale tam pod „L” również o takowym autorze nie słyszeli. No przecież miało być, Le Carré też trochę tych książek napisał, więc COŚ powinno stać. Skoro taki DeMille był pod „D”, to Le Carré powinien być pod „L”.

Nieprawda. Był pod „C”.

Powinien mnie szlag trafić. Powinnam była wyjść i przypuścić polowanie na obie książki w Matrasie. Chociażby za karę za brak szacunku do klienta.

Czasem bywa też tak…

… że chociaż ostatnie miejsce w grafiku zawsze jest puste, a ostatni zapisany pacjent odwołuje wizytę, to się ma taki zapitolnik, jakby te ostatnie dwa miejsca były jednak obsadzone. Gdyby były, to byłaby masakra. Wyszłam półtorej godziny później, niż myślałam, że wyjdę. Tak czy siak punktualnie względem grafiku, ale nie lubię tak wychodzić, jak mam jeszcze zakupy w planach.

Mam problem z Facebookiem. Konto mam tak zabezpieczone, że każdy, kto wchodzi na mój profil, a nie ma go w moich znajomych, widzi tylko niewiele ujawniający avatar i to, że jestem kobietą. Dla znajomych oferuję znacznie większą gamę informacji, łącznie z relacjonowaniem swoich poczynań za pomocą aplikacji Mood Weather Report i podniecaniem się niektórymi filmami.

Co zrobić, jeśli do znajomych chce mi się wprosić mój pacjent? Bo taki mam właśnie problem. Na razie zaproszenie zignorowałam i chyba na tym poprzestanę. Jedną z ważniejszych zasad w pracy jest ujawnianie możliwie jak najmniejszej ilości osobistych informacji. Mamy jedną asystentkę, która właściwie wszystkich pacjentów traktuje jak swoich znajomych (z mówieniem „skarbie” do innych asystentek włącznie) i chociaż jest to czasem sympatyczne, z drugiej strony często dziwne i niepotrzebne. Ja też nie zawsze trzymam się tej zasady, rozmawiając o rodzinie z asystentkami często w obecności pacjentów. Ale mieć w facebookowych znajomych osoby, co do których obecności tam nie jesteśmy do końca przekonani i potem myśleć, czy pisać o czymś, czy może jednak nie, bo a nuż widelec pójdzie toto w eter i będzie problem – nie, dziękuję. Nie po to mam takie, a nie inne ustawienia prywatności…

AAAAAAAAA!!!

Ale dzisiaj był szał.

Zmiana sześciogodzinna, początek o 12, ja jedyna jako pogotowie bólowe, na poczekalni tłum, na koniec miał przyjechać rodziciel ze swoją nieszczęsną ósemką.

W którymś momencie miałam godzinę opóźnienia, dwa razy musiałam przechodzić do drugiego gabinetu celem 1. obejrzenia, 2. zrobienia dziury w ropiejącym mleczaku. Dobrze, że to drugie to była szybka akcja: dziecko buzię otworzyło bez nadmiernego przekonywania, jak zaczęło wierzgać przy wierceniu (ze strachu), to mama wzięła na kolana, przytrzymała ręce i nogi trzylatka, ja palcami utrzymałam szczęki w stanie rozwartym, po trepanacji komory piękne ropsko wypłynęło – trzy minuty i po duuuużym krzyku, łojezu.

Sytuacja się zmieniła, kiedy druga pani doktor (przyjmująca prywatnie) się ulitowała i koło 15 wzięła dwóch pozostałych obolałych. Akurat dwóch pacjentów na po 15 i 16 (rodzinka) nie przyszło (po raz kolejny, choć jak przychodzą, to się fajnie zachowują), więc po trzech godzinach galopu miałam pół godziny nudy. Pacjent sprzed 17 przyszedł szybciej i mało było u niego do roboty (kolejna osoba wyedukowana w myciu zębów wpisana do osiągnięć), więc rodziciel też wylądował na fotelu nieco wcześniej. Co się przydało, bo znieczulenie go łapało dobre 20 minut – w tym wypadku normalka.

Tak w ogóle to cały dzień myślałam, że o tą ósemkę będzie wojna. W weekend była komputerowa konsultacja z czasem komentującą tu helgą_r, która mi wyłożyła, dlaczego leczenie kanałowe tego zęba nie ma sensu. Dobra, dałam się przekonać, teraz tylko rodziciel.

No i tu zaczęły się schody. „A dlaczego nie?”, „Szkoda zęba”, „A ten był leczony”, ogólnie nie, nie mam racji, jestem nieopierzonym dentystą i za szybko chcę rwać. Kurrna chata.

Ale dziś na wstępie wizyty usłyszałam, że jeśli ten ząb rzeczywiście będzie do usunięcia, to żebym go tak zabezpieczyła, żeby dało się chodzić z nim tydzień albo dwa. A tak w ogóle to przestał boleć, chyba się przestraszył.

Znieczuliłam, usunęłam opatrunek, powierciłam trochę głębiej, dobiłam się do komory, zrobiłam, co mi poradzono (sytuacja się łapała pod porady), założyłam opatrunek i zagroziłam, że w przyszłym tygodniu robię konsultację u szefa i jakoś tatusia wciśniemy w grafik.

To teraz modlimy się wszyscy razem, żeby do przyszłego tygodnia nie bolało ;).

Nie cierpię takich dni. A jutro będzie podobnie.

Ile człowiek traci…

… nie znając klasyki.

Wczoraj zaliczyłam w końcu „Pulp Fiction”. W końcu dowiedziałam się, skąd pochodzi ukochane wśród moich znajomych powiedzenie z palnikiem i obcęgami oraz „zrobię ci z d. jesień Średniowiecza”. Wniosek główny: Quentin Tarantino kręci zdrowo powalone filmy. Ale nie trzeba mnie będzie zaciągać przed ekran z taką siłą, jak do kolejnej produkcji Christophera Nolana (<wink> do Cucu).

Z innych wniosków po Niewiemktórym Maratonie Filmowym W Domowym Zaciszu: Leoś DiKarpio (błąd zamierzony) nawet mówiący z południowoafrykańskim akcentem („Blood diamond”) jest śliczniusi (nie zakocham się, wolę takich z bardziej kontrowersyjną urodą), zaś Robert Downey Jr. smutno się powtarza w rolach luzaków z problemami („Zodiac”). Co nie zmienia faktu, że w przypadku tego drugiego pana na „Sherlock Holmes: The game of Shadows” pójdę z wypiekami na twarzy.

Ciężko się pisze, jedząc przy okazji za dużą porcję spaghetti i słuchając dyskografii Britney Spears (nie pytajcie).

Właśnie matula zadzwoniła. Najprawdopodobniej od środy będę rodzicielowi leczyć kanałowo dolną ósemkę. Słitaśnie. Ale pilniczki C-file Pilot to the rescue! Nie wiedziałam, że można się zakochać w narzędziach kanałowych.

Wynajęłam sobie pokój w Łodzi na dwa dni w okresie LDEPowym. Teraz tylko muszę się zabrać za naukę, coby nie zmarnować kasy…

Miałabym pacjentów ;)

– Pani doktor ma gdzieś swój prywatny gabinet?
– Niestety nie – odparłam z uśmiechem.

Już drugi czy trzeci raz padło to pytanie. Znaczy chyba miałabym pacjentów. ;)

Ciekawe, co by mój szef powiedział, gdyby się dowiedział, że podaję namiary na własny gabinet, powodując tym samym utratę przez niego (a właściwie jego przychodnię) pacjenta.

Szef podobno chce zatrudnić kolejnego stażystę. Gdzie w takim razie będzie miejsce dla mnie – nie mam pojęcia. Na razie jest na urlopie, jak wróci, będę mu smęcić.

Padam na nos. Marudzące dzieci są jak wampiry…

„It does make a considerable difference to me…”

Wczoraj miała być impreza przy pizzy. Właściwie nawet nie impreza, tylko obiad. Urodzinowy. Ćwierćwiecze, wiadomo. Zaprosiłam trzy osoby, spodziewałam się przybycia w sumie 4 – jedna z zaproszonych ma TŻ. Owe trzy osoby to wspominany tu od czasu do czasu Cucu, K. – moja koleżanka jeszcze z podstawówki – i A., koleżanka z roku (i to ona ma TŻ).

Impreza była zaplanowana na 15:30. O 14:30 miałam K. odebrać z pracy i zawieźć moim własnym autkiem na miejsce. Ok. 13 dostałam SMSa, w którym K. odwoływała swój udział w imprezie, obiecując, że odbijemy sobie w tygodniu.
„No surprise there, though” – pomyślało mi się po angielsku. Już kilka razy robiła mi takie numery, jak np. jechała na zakupy chwilkę przed tym, jak miałyśmy się spotkać, ani słowem mi się o tym wcześniej nie zająknąwszy. Miała już wtedy komórkę.
Rozumiem, niedawno zmarła bliska jej osoba, a K. poważnie traktuje kwestie wiary i żałoby, OK. Ale to nie miała być impreza z tańcami i alkoholem, tylko durna pizza. Mogła mi o wątpliwościach powiedzieć przy otrzymaniu zaproszenia (telefonicznie, głosem osobistym, nie SMSem), a nie odwołując udział półtorej godziny przed.
K. to jedyna koleżanka ze szkoły (jeszcze podstawówki, w gimnazjum i liceum też byłyśmy razem), z którą mam czynny kontakt, ale takie dowody olewania mnie są zdecydowanie wkurzające. Ale co? Zerwać kontakt? Czy żyć zgodnie z zasadą „lepsza marna koleżanka, niż żadna”?
Pewnie zrobię tak, jak kiedyś – przestanę pierwsza nawiązywać kontakt. Niech ona się odezwie.
Bo nie mam odwagi, żeby jej powiedzieć, co o tym myślę. Nie lubię konfrontacji.

Cucu przyszedł. Punktualnie.
Jak zawsze, tak właściwie.

O nieobecności A. przekonałam się, siedząc już z Cucu przy stoliku w Pizza Hut. Tym razem nie byłam zawiedziona – A. już przy rozmowie z zaproszeniem poinformowała o ciężkiej sytuacji rodzinnej i możliwej konieczności wyjazdu. OK, to zostaliśmy we dwójkę.

Kiedy wróciłam do domu po dobrej pizzy, spacerze i kawie, przypomniało mi się jedno zdanie z mocno rozrywkowego filmu, ale jednak świetnie tu pasujące po wyjęciu z kontekstu. Początek jest w temacie notki, dalszy ciąg poniżej.

„…having someone with me on whom I can thoroughly rely.”

Jadąc sama autkiem do celu wiedziałam, że wraz ze mną w Pizza Hut będzie siedziała przynajmniej jedna osoba. Że chociażby nawet dziewczyny zawiodły, nie zmarnuję paliwa, nie zjem pizzy w samotności i nie będę ryczeć z frustracji wieczorem.

Czasami nie mamy o czym rozmawiać i siedzimy w ciszy. Z drugiej strony zdarza nam się powiedzieć to samo w tym samym momencie albo „odgaduję jego potrzeby” i przesuwam do siebie kawiarniany stolik, żeby miał więcej miejsca na nogi. Prawie jak stare małżeństwo. U nas też, poza ciszą, nie zawsze jest idealnie, ale możemy sadzić sobie złośliwości i wiemy, że druga strona się nie obrazi, tylko zrobi krzywy uśmiech i już. Naszą małą tradycją są maratony filmowe – o ile jedno z nas ma wolną chatę, a drugie przy tym nie pracuje, staramy się spotykać. Ostatni maraton był 23 lipca, następny będzie za tydzień.

A nawiązaliśmy prywatny kontakt (poza internetową grupą dyskusyjną o nazwie Bocznica, na której się poznaliśmy) 21.8.2003 roku. Był to email od niego z tematem w stylu „A może byśmy się spotkali?”. Po raz pierwszy „na żywo” spotkaliśmy się 4 dni później.

8 lat bliskiej znajomości – przyjaźni – nawiązanej przez internet. I kurna pal licho, że spotykamy się średnio raz na miesiąc albo i rzadziej (rzadko kiedy mamy obecną częstotliwość spotkań). Lepszy niezawodny przyjaciel na odległość, niż notorycznie olewająca mnie koleżanka, mieszkająca 2 kilometry ode mnie.