Raz, raz, próba mikrofonu…

Ta notka ma za zadanie przetestować działanie RSS Graffiti na Facebooku. Owe RSS Graffiti lubiącym profil blogaska tamże wyśle informację o nowej notce już bez mojego błyskotliwego komentarza, tadam, tadam.

Środa w firmie to od niedawna dzień, kiedy za pogotowie bólowe robię tylko ja (na trzech pracujących lekarzy). W nagrodę figę z makiem obolałym będę pokazywać w piątki, jako że nie mam prawa wtedy przyjmować na NFZ, bo się NFZ wtrąci (co jest niesprawiedliwe, jako że środa to długa popołudniówka, zaś piątek to krótkie trzy godziny w pracy…). Dzisiaj oczywiście powitała mnie pełna poczekalnia, ten był pierwszy, ten prywatnie, pan pielęgniarz… „Kogo mam najpierw wziąć?”, zadano mi pytanie. „Osobę zapisaną” – odrzekłam bez zawahania (kiedyś zaczynałyśmy od pacjentów z bólem). Wychodzę z założenia, że osoby wpisane w grafik wcześniej są uprzywilejowane, nie moja wina, że ktoś zębiszczów nie upilnował i go boli. Tak czy siak, po kilku bólowych i grafikowych pacjentach, czyli w połowie zmiany, padałam na nos.

Dzisiaj miałam śliczny przykład martwicy miazgi zęba. Pacjent kiedyś zgłosił się bólem. Czasami próbuję kombinować i zamiast od razu robić kanałówkę, wkładam opatrunek leczniczy. Pacjent później (przy okazji robienia innego zęba) stwierdził, że niemal od razu mu ulżyło. OK. Pochodził z tym opatrunkiem kilka tygodni, dziś miałam założyć wypełnienie stałe. Ale trzeba sprawdzić reakcję zęba. Na zimno, z przykładaniem wacika schłodzonego chlorkiem etylu do dwóch różnych miejsc – zero reakcji. No dobra, idziemy w brutalność, informuję o zamiarze zrobienia testu nawiercania – zwyczajnie zabrałam się za usuwanie opatrunku bez wcześniejszego znieczulenia. Nic. Wiercę, wiercę – zero reakcji. Dziabię zgłębnikiem, w coś wpadam – kłuje? Nie kłuje. Pacjent poinformowany, że będzie kanałowe. Rozwiercam – nadal zero reakcji. Pracuję pilnikami w kanałach – przepisowe cztery kanały w górnej szóstce znalezione (przy okazji zamarzyły mi się c-file – wyglądają podobnie do k-file’i, ale są cieniutkie, mniej łamliwe i mają tępy czubek – świetne do wstępnego opracowywania bardzo cienkich kanałów), nadal zero reakcji. A w międzyczasie (w sensie między wizytami) pacjenta zupełnie ten ząb nie bolał.

Martwica (polegająca na tym, że miazga zwyczajnie obumrze, ale nie wiąże się to później z dolegliwościami bólowymi) zdarza się rzadko, bo miazga zazwyczaj jest zakażona bakteriami, które robią z niej zgorzel – a to już boli (i ładnie śmierdzi przy opracowywaniu). Być może zadziałało to, że usunęłam czynnik wybitnie drażniący (w postaci bakterii w próchnicy) i założyłam środek antybakteryjny (rzeczony opatrunek). Miazgi to nie uratowało, ale oszczędziło pacjentowi zgnilizny w komorze zęba ;).

Ogólnie siedzę w tych cholernych kanałach i wygrzebać się z nich nie mogę. Po skończeniu stażu chyba będę sobie czas pracy przedłużać, żeby jakoś to wszystko ogarnąć… Zwłaszcza, że opiekun do podbijania recept już nie będzie mi potrzebny. ;) Tylko co z pomysłem, żeby pracować jeszcze gdzieś indziej? Tak sobie z lenistwa myślę, że na razie popracuję tylko tam, gdzie teraz, nabiorę doświadczenia, pobawię się w więcej protetyki, żeby coś w tym moim CV jednak było. A po roku, jeśli będzie OK, poszukam czegoś jeszcze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.