Archiwum miesięczne: Lipiec 2011

Będzie się działo!

1. Od jutra czeka mnie ostatni pozaprzychodniowy etap stażu, czyli kursowanie karetkami. Pacjenci z Gdańska – BEWARE!

2. Rodziciel wrócił z urlopu. Zrobiłam mu na jutro obiad (wychodzę z domu ok. 6, wracam ok. 22, nie będę miała żadnej pary na gotowanie), ale od wtorku będzie kombinowanie. Nie znoszę gotować dla kogoś, a dla rodziciela to już w ogóle. Poprzeczka wysoko i tak dalej. Będziemy żyć na zupach i fixach z paczki. Ostatnio nauczyłam się smażyć naleśniki, więc może z głodu nie umrzemy. ;)

3. Jednocześnie nie mogę zbyt intensywnie wykazywać się zdolnościami kulinarnymi. Na mój średnio udany blok czekoladowy rzeczony rodziciel jeszcze się załapał (jestem słodyczożerna, ale zjeść robioną we wtorek porcję czekolady wielkości 1/3 formy keksówki nawet ja nie potrafię), ale muszę uważać na ilość przeprowadzonych eksperymentów kulinarnych, bo jeszcze każą mi piec ciasta na jakieś oficjalne wizyty, brr.

4. Ostatnio pierwszy raz w życiu wygrałam coś w Lotto. Całe 20 zł.

5. Boję się tych karetek… Będę w załodze P, nie R, ale mimo wszystko…

Kamień nazębny

Miałam ostatnio periodontologiczną rozmowę z pacjentem po sześćdziesiątce, posiadającym większość własnych zębów. Rzadki widok. Informuję, że jest kamień nazębny. „Ale to schodzi po myciu zębów” – rzecze pacjent. Nie, wyjaśniam. Chodzi mi o twardy osad, który można usunąć tylko u dentysty. Poszła opowieść o tym, jak sąsiad sąsiada musiał się zaopatrzyć w protezę po usunięciu kamienia – z dodatkowym, niewypowiedzianym przekazem, że skaling to zło. „No tak, bo kamień ładnie szynuje” – mruknęłam. Pół wizyty, również podczas wiercenia ubytku, przeznaczyłam na wytłumaczenie, co to jest kamień, co on oznacza i dlaczego trzeba go usuwać. Pacjentowi zęby się nie chwiały, więc może w jego wypadku takiego dramatu nie będzie. Poinformowałam o możliwości nadwrażliwości i lekkiego chwiania się zębów po zabiegu, jak również o tym, że na te miejsca, gdzie osadza się kamień, należy zwracać pilniejszą uwagę przy myciu. Zasugerowałam też kupno szczoteczek międzyzębowych.

Jeszcze na uczelni słyszałam o aferze, kiedy komuś niedługo po skalingu bodajże złamał się ząb. Poszedł do innego dentysty, ten z powrotem odesłał do periodontologa, co od razu stanowiło sugestię, że usuwanie kamienia mogło być przyczyną, a to nieprawda. Tak samo wypadanie wypełnień. Jeśli dzieją się takie dramaty, to raczej ze względu na osłabienie zęba z innego powodu lub uraz albo kiepskie trzymanie się plomby. Skaling to element profilaktyki zapalenia przyzębia. Profilaktyka z definicji nie powinna szkodzić.

Ogólnie krążą różne mity na temat skalingu. Ten z przesiadką na protezę jest bardzo popularny, ale oparty na złych podstawach, jak każdy mit zapewne. To nie usuwanie kamienia było przyczyną utraty zębów, tylko sam kamień i zapalenie przyzębia z nim związane.

Muszę zacząć uczyć się do LDEPu. Statystyki poprzedniego podejścia sugerują, iż perio powinna być pierwsza do powtórki…

Dziecięcy wniosek

Dziewczynki są znacznie spokojniejsze i bardziej odważne od chłopców, jeśli chodzi o wykonywanie zabiegów stomatologicznych. Mowa o dzieciach w wieku 5-7 lat.

Dziewczynki siedzą spokojnie i dają sobie robić, co trzeba, nie łapią mnie za rękę przy znieczulaniu, nie próbują mówić podczas zabiegu. Chłopcy często kręcą się w fotelu, oglądają się za siebie, próbują gadać mimo mojego powtarzania, że buzia ma być otwarta, bo jak się zamknie, to do zęba napłynie ślina i będzie trzeba wszysto robić od początku.

Zanim ktoś się zacznie kłócić – wyciągnęłam ten wniosek na podstawie zachowania moich pacjentów i od każdej reguły są wyjątki.

Mam na koncie osobisty triumf związany z sześciolatkiem. Chłopak ze stresu wymiotuje na fotelu. Nawet nie płacze i nie stawia oporu, po prostu, usiądzie i zaczyna mu lecieć. Leki podane przed wizytą nie pomagają. Opróżni żołądek na początku, posprzątamy i potem można już normalnie robić. Tak przynajmniej było podczas 2 pierwszych wizyt.

Później już nie wymiotował, a był u mnie z innymi rzeczami już jakieś 6-7 razy.

A ja nie lubię dzieci na fotelu. W sensie nie lubię tego elementu niepewności, jak się będzie zachowywać. Nie traktuję ich jakoś szczególnie, może tłumaczę nieco więcej – jak powiem, że biorę watkę, to dziecko nie będzie się oglądać, żeby zobaczyć, co robię. Oczywiście zmieniam słownictwo, ale nie potrafię opowiadać bajek czy śpiewać podczas pracy. Nie nadaję się do szybkiej pracy w przypadku, gdy pacjent stawia zdecydowany opór i trzeba przytrzymać, żeby zrobić coś na siłę. W ogóle nie nadaję się do pracy z niewspółpracującym pacjentem. Podziwiam pedodontów, takich dobrych. Stomatolog dziecięcy bez cierpliwości i właściwego podejścia do pacjenta moim zdaniem nie jest dobry. Podziwiam ich przede wszystkim za wytrzymałość psychiczną. Stomatologia dziecięca byłaby ostatnią pozycją na liście „jeśli specka, to jaka?”, zaraz obok chirurgii szczękowej.

Ale czasem się udaje tak przyzwyczaić do siebie pacjenta i sprawić, że się nie boi zabiegów stomatologicznych, że przestanie odczyniać swoje typowe do tej pory numery i po wyłączeniu gadatliwości staje się bardzo poważnym kandydatem na listę moich ulubionych, małych pacjentów.

Wczoraj napisałam…

… dwie notki, wkleiłam jedną, druga była zaplanowana na dziś, ale może będzie jutro, bo jest uniwersalna, choć pracowa, a nie informacyjna. ;)

Wczorajsze kuchenne eksperymenty (pół popołudnia piekłam ciasteczka kawowe) doprowadziły do wzmożonej ochoty na blok czekoladowy. Miałam zamiar wykorzystać przepis z tej samej strony, czyli Moje Wypieki. Dzisiaj w pracy zapytałam jedną z tuteszych pań, czy dostanę w okolicy pełne mleko w proszku. „Takie do czekolady?” – spytała pani. Oj, przejrzała mnie.

6 godzin w pracy i na koniec padałam na dziób. Przedostatni pacjent został obsłużony w 25 minut, w tym licząc czekanie na zadziałanie znieczulenia, a zrobiłam dwa zęby. Ulubiony ubytek dentystów – próchnica średnia w dolnym trzonowcu na żującej. A że były dwie takie sztuki obok siebie… Ostatni pacjent był nieco bardziej problematyczny, bo do odbudowania miałam ubytek okrężny – właściwie nieco ponad pół obwodu korony (chociaż plomba na środku dalej siedziała na swoim miejscu) się odłamało, w dodatku ząb był nieco niżej w stosunku do sąsiedniego. Była zabawa z odbudowywaniem ubytku na dwie raty, z użyciem „paska z brzuszkiem” (to określenie strasznie się podobało mojemu rodzicielowi, jak był u mnie ostatnio i też musiałam użyć tego ustrojstwa) i nitki retrakcyjnej (do odsuwania dziąsła od zęba), ale raczej się udało. Ludziom może się wydawać, że to prosta robota, a czasem trzeba się nakombinować!

Poza tym okazałam zainteresowanie dwiema procedurami: odbudową zęba na wkładzie z włókna szklanego i znieczuleniem za pomocą urządzenia Wand. Z opowieści szefa (w sumie staż mi się powoli kończy, to ostatni dzwonek, żeby się nauczyć w sumie dość podstawowych procedur, a na studiach tego nie robiłam) na temat tego pierwszego mam nawet notatki i hehe! Będę się bawić. ;) Co do Wanda, to niestety muszę to dokładnie obejrzeć na żywo bądź na filmie instruktażowym. Trochę wstyd nie wiedzieć, ale jak się nauczę teraz, to potem problemu nie będzie…

Przy okazji opchnęłam jednej z asystentek swój stary telefon. Ulżyło mi przy tym, bo nie musiałam go wystawiać na Allegro, choć zmieniłam aparat już kilka miesięcy temu, więc ten nieużywany tracił na wartości. Ja nie jestem słynnym sprzedawcą Fiesty (którego znam osobiście! Można mnie dotknąć!), więc szans na wielki sukces aukcji raczej nie miałam. Zresztą to już drugie urządzenie elektroniczne, które przeszło w ręce koleżanki z pracy. Najpierw pozbyłam się starego laptopa. Skarg nie było, więc chyba działa…

No i po owej ciężkiej odbudowie połowy obwodu zęba wcale nie spieszyło mi się do domu. Usiadłam nawet na kilka minut, bo ostatnich pacjentów obsługiwałam na stojąco. Po pracy pojechałam zapolować na mleko w proszku.

Mleko dostałam – ostatnią paczkę na półce. Dokupiłam jeszcze mieszankę studencką. Dopiero w domu okazało się, że mam za mało masła w stosunku do przepisu. Ale od czego jest podstawowa matematyka! Proporcjami wyliczyłam ilość pozostałych składników :). Przy okazji zrobiłam mniej bałaganu, niż przy wczorajszych ciasteczkach. Blok sobie stygnie w lodówce, wstępnie oceniłam go na smakujący podobnie do tego, który robi matula. Mam nadzieję, że obecność prawdopodobnie solonych orzeszków ziemnych nie odbije się zbyt negatywnie na smaku całości ;).

Jutro testowanie smakowe. ;)

Ogólnie notka do kitu, jak każda pisana w stanie zmęczenia.

Do przeczytania najprawdopodobniej jutro.

PS.: Ktoś stwierdził, że przy ilości wejść na bloga, wynoszącej ok. 40-60/dzień już opłacałoby mi się zamieścić jakieś reklamy… No nie wiem. Sprzedać się? ;)

Żem się popisała…

Wczoraj zrobiłam wyskok do najbliższego Auchan celem zrobienia mniej lub bardziej niezbędnych zakupów. Jednym z tych bardziej zbędnych był portfel kupiony w Deichmannie. Mniejszy od starego, z dużą ilością przegródek, z zapinaną na zamek błyskawiczny częścią na monety i zawartą wewnątrz jeszcze mniejszą, również zapinaną kieszonką. Ogólnie fajnie.

Wczoraj zrobiłam przeprowadzkę portfelową – monety, karty, dokumenty i wizytówki zostały przeniesione. Dzisiaj rano spojrzałam na leżący na biurku stary portfel, rzuciłam okiem do środka i z twierdzeniem, że „w sumie można go już wywalić” wrzuciłam go do kosza na śmieci.

Pojechałam do pracy. Przed pracą postanowiłam zrobić zakupy. Wyszło ok. 8 zł. Zerkam do przegródki na pieniądze papierowe – pusta, a byłam pewna, że z poniedziałku powinnam mieć ponad 30 zł. Udało się wysupłać kwotę do zapłaty z monet. Przypomniało mi się, że pewnie kasa poleciała do kosza razem ze starym portfelem… Nic straconego, wrócę do domu, pogrzebię w suchych śmieciach i pieniądze odzyskam.

Dojechałam pod pracę i serce zabiło mi szybciej. W tej samej przegródce, w którym nosiłam banknoty, miałam też dowód rejestracyjny samochodu…

Do domu wracałam… w sumie w tym samym tempie, co zazwyczaj, czyli przekraczając dozwoloną prędkość o jakieś 10-15 km/h, zwalniając przy typowych miejscach czajenia się policji. Nie spotkałam po drodze ani jednego patrolu. Banknoty i dowód rejestracyjny zostały prawidłowo przeprowadzone na nowe miejsce. Ogólnie pełna szczęśliwość.

Idę sprzątać…

Dziewczyny

Poszłam wczoraj zmienić baterię w zegarku, bo padła. Mamy na rynku zegarmistrza, który jest w tym miejscu, odkąd pamiętam. Przy wejściu stał i palił papierosa jeden z właścicieli. Przyjął mój zegarek i oddał koledze, sam wrócił przed drzwi.

Po chwili wchodzi i zagaduje „Czemu te dziewczyny o siebie nie dbają? Umalowane, ładnie ubrane, a figura…” – czyni gest oznaczający wystający brzuch. „Młode, a robią się takie szerokie w biodrach… To chyba te hot-dogi…”.

Nie wiem, jaką mam skłonność do rumienienia się. Nie uważam też swojego brzuszka i bioderek za specjalnie szczupłe. Z wagą mieszczę się w normie, ale przy górnej granicy.

Zresztą idąc do zegarmistrza dojadałam pączka.

Udając, że nie mam kompleksów i zastanawiając się, po której stronie barykady w tej rozmowie tak właściwie się znajduję, coś odpowiedziałam na temat dbania nie o to, o co się powinno. Pan dodał jeszcze coś o predyspozycjach, że nie wiadomo, ile by te dziewczyny próbowały schudnąć, czasami się nie udaje.

W tym momencie kolega pana przyniósł mój zegarek. Zapłaciłam i wyszłam.

No i teraz mam pewną zagwozdkę. Czy to była aluzja, czy niezbyt udana próba nawiązania rozmowy? :)

Raz, raz, próba mikrofonu…

Ta notka ma za zadanie przetestować działanie RSS Graffiti na Facebooku. Owe RSS Graffiti lubiącym profil blogaska tamże wyśle informację o nowej notce już bez mojego błyskotliwego komentarza, tadam, tadam.

Środa w firmie to od niedawna dzień, kiedy za pogotowie bólowe robię tylko ja (na trzech pracujących lekarzy). W nagrodę figę z makiem obolałym będę pokazywać w piątki, jako że nie mam prawa wtedy przyjmować na NFZ, bo się NFZ wtrąci (co jest niesprawiedliwe, jako że środa to długa popołudniówka, zaś piątek to krótkie trzy godziny w pracy…). Dzisiaj oczywiście powitała mnie pełna poczekalnia, ten był pierwszy, ten prywatnie, pan pielęgniarz… „Kogo mam najpierw wziąć?”, zadano mi pytanie. „Osobę zapisaną” – odrzekłam bez zawahania (kiedyś zaczynałyśmy od pacjentów z bólem). Wychodzę z założenia, że osoby wpisane w grafik wcześniej są uprzywilejowane, nie moja wina, że ktoś zębiszczów nie upilnował i go boli. Tak czy siak, po kilku bólowych i grafikowych pacjentach, czyli w połowie zmiany, padałam na nos.

Dzisiaj miałam śliczny przykład martwicy miazgi zęba. Pacjent kiedyś zgłosił się bólem. Czasami próbuję kombinować i zamiast od razu robić kanałówkę, wkładam opatrunek leczniczy. Pacjent później (przy okazji robienia innego zęba) stwierdził, że niemal od razu mu ulżyło. OK. Pochodził z tym opatrunkiem kilka tygodni, dziś miałam założyć wypełnienie stałe. Ale trzeba sprawdzić reakcję zęba. Na zimno, z przykładaniem wacika schłodzonego chlorkiem etylu do dwóch różnych miejsc – zero reakcji. No dobra, idziemy w brutalność, informuję o zamiarze zrobienia testu nawiercania – zwyczajnie zabrałam się za usuwanie opatrunku bez wcześniejszego znieczulenia. Nic. Wiercę, wiercę – zero reakcji. Dziabię zgłębnikiem, w coś wpadam – kłuje? Nie kłuje. Pacjent poinformowany, że będzie kanałowe. Rozwiercam – nadal zero reakcji. Pracuję pilnikami w kanałach – przepisowe cztery kanały w górnej szóstce znalezione (przy okazji zamarzyły mi się c-file – wyglądają podobnie do k-file’i, ale są cieniutkie, mniej łamliwe i mają tępy czubek – świetne do wstępnego opracowywania bardzo cienkich kanałów), nadal zero reakcji. A w międzyczasie (w sensie między wizytami) pacjenta zupełnie ten ząb nie bolał.

Martwica (polegająca na tym, że miazga zwyczajnie obumrze, ale nie wiąże się to później z dolegliwościami bólowymi) zdarza się rzadko, bo miazga zazwyczaj jest zakażona bakteriami, które robią z niej zgorzel – a to już boli (i ładnie śmierdzi przy opracowywaniu). Być może zadziałało to, że usunęłam czynnik wybitnie drażniący (w postaci bakterii w próchnicy) i założyłam środek antybakteryjny (rzeczony opatrunek). Miazgi to nie uratowało, ale oszczędziło pacjentowi zgnilizny w komorze zęba ;).

Ogólnie siedzę w tych cholernych kanałach i wygrzebać się z nich nie mogę. Po skończeniu stażu chyba będę sobie czas pracy przedłużać, żeby jakoś to wszystko ogarnąć… Zwłaszcza, że opiekun do podbijania recept już nie będzie mi potrzebny. ;) Tylko co z pomysłem, żeby pracować jeszcze gdzieś indziej? Tak sobie z lenistwa myślę, że na razie popracuję tylko tam, gdzie teraz, nabiorę doświadczenia, pobawię się w więcej protetyki, żeby coś w tym moim CV jednak było. A po roku, jeśli będzie OK, poszukam czegoś jeszcze…

Specjalizacje w stomatologii

Już któraś osoba mnie o to spytała, więc odpowiadam.

Stomatologia na studiach to NIE JEST oddział medycyny. W sensie studiujesz sobie medycynę i po jakimś czasie masz się zdecydować na stomę, nie. To są odrębne studia. Trwają 5 lat (medycyna trwa 6). Jeśli chcesz ciągnąć medycynę i stomatologię jednocześnie, chwała Ci za to. U mnie na roku były dwie osoby, które tego spróbowały, dokonały i miały świetne wyniki. Ale obie miały łby jak kóń.

[ad.: Jeśli napiszę jakieś bzdury, proszę mnie prostować. Wiem, że czyta mnie przynajmniej dwóch dentystów.]

Po stażu możesz (aczkolwiek nie musisz – i to jest fajne :> ;) ) robić specjalizację. Kiedyś robiło się speckę Io (w sensie kończyło się jako „specjalista stomatologii ogólnej”), potem wybierało się coś konkretniejszego. W tej chwili jest tylko jeden stopień specjalizacji, ten szczegółowy.

[ad.: Długość trwania specjalizacji jest podany dla osób, które jeszcze nie posiadają jakiejkolwiek. Dla specjalistów Io lub z innych dziedzin te okresy zazwyczaj są krótsze o rok]

Do wyboru jest:

stomatologia zachowawcza z endodoncją – w dużym skrócie zachowawcza to klasyczne wiercenie w ząbkach z zakładaniem wypełnień, podejrzewam, iż również część tzw. stomatologii estetycznej. Endodoncja zajmuje się chorobami miazgi i ich leczeniem za pomocą np. tzw. leczenia kanałowego. Specjalizacja trwa minimum 3 lata.
pedodoncja – inaczej stomatologia dziecięca. Również trwa 3 lata.
periodontologia – dziedzina zajmująca się chorobami przyzębia (zespołu struktur utrzymujących ząb na miejscu i odżywiających go) i błony śluzowej jamy ustnej. Takoż 3 lata [bądź cztery – informacja od dentystki specjalizującej się na GUMed].
protetyka – trwa 4 lata. To nie tylko „sztuczne szczęki”, ale też prace bardziej wyrafinowane, np. osadzane na zębie korony porcelanowe.
chirurgia stomatologiczna – głównie usuwanie zębów, choć w większe zabiegi też się można pobawić. 4 lata.
ortodoncja – wiadomo, prostowanie zębów głównie za pomocą aparatów. Również trwa 4 lata.
chirurgia szczękowo-twarzowa – trwa 6 lat, jest dostępna zarówno dla lekarzy, jak i dentystów. Zajmuje się m.in. dużymi zabiegami onkologicznymi w obrębie twarzy i twarzoczaszki, wszczepianiem implantów, plastyką kości np. przy deformacjach.

[ad.: Informacje wzięte stąd.]

Żyję #2

Wczoraj dojechałam do domu, dziś walczyłam z zaległościami na paru stronach (typu Demotywatory) w przerwach od leczenia wku*wa (okazało się, że rodzice zapomnieli uruchamiać moje autko od czasu do czasu i akumulator kompletnie padł) i ostatnim pożegnaniu zmarłego ojca psiapsióły. Mogłabym tu pisać o refleksjach typowych dla uczestnictwa w pogrzebie, ale nie napiszę.

Napiszę za to o spełnieniu mojego nieoficjalnego postanowienia. Pisałam tu o dłuuugim spacerze po Krakowie (Kopiec Kościuszki -> Zakrzówek -> mieszkanie). Otóż dziś uruchomiłam Google Maps i rozrysowałam za jego pomocą pokonaną wtedy trasę. Wyszło całkiem imponujące (jak na mnie, przedkomputerowego leniwca bez wcześniejszego treningu) 12,4 km. Trasę z Kleparza do początku spaceru (na Cichym Kąciku) pokonałam tramwajem, bo mnie przerosło zapowiadane przez nawigację 5,5 km piechotą ;).

Jakieś zdjęcia może jeszcze wkleję. Tylko muszę znaleźć swój aparat foto…

Żyję.

Piotr wprawdzie wczoraj wywiózł mnie do lasu, ale nie zrobił tego, co w wyobrażeniach osoba poznana przez internet robi zazwyczaj (ach te brudne myśli). Jutro po trzecim podejściu do Centrum Nauki Kopernik śmignę ciapiągiem do domciu i jak dobrze pójdzie, będę w nim ok. 22. Jak mi pary starczy, to może napiszę kilka notek że zdjęciami, ale nic nie obiecuję.

Muszę kolację zjeść. Do przeczytania jutro z pociągu albo pojutrze już z domciu, jeśli znajdę chwilę i siły na pisanie między nadrabianiem zaległości na Demotach i kwejku ;).