Archiwum miesięczne: Czerwiec 2011

Kto ma dbać?

Kto ma pilnować, żeby ludzie chodzili do dentysty, robili kontrole, leczyli ubytki, zanim zrobi się z tego zapalenie miazgi? Nie dentysta. Dentysta może doradzać, przypominać, czasem straszyć, ale nikogo się łańcuchami na fotel nie zaciągnie.

Tak samo, jak szkoła nie wychowa dzieci. Dzieci są wychowywane na początku przez rodziców, potem przez otoczenie (podobno). Szkoła to jakieś 6 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu. Licząc, że tydzień trwa 168 godzin, a dziecko spędza w szkole tylko 30 z nich, co się dzieje przez pozostałe 138 godzin?


Bałam się, co będzie dzisiaj w pracy. W sumie miałam być sama, z szefem na ewentualne wezwanie. Pełen grafik (podczas długich popołudniówek zazwyczaj nie zapisujemy nikogo na ostatnią godzinę w razie, gdyby było opóźnienie przez dużą ilość pacjentów z bólem), dużo „kanałów” i nowych pacjentów, więc potencjalnie dużo roboty, biorąc pod uwagę też dodatkowych.

Przyszli pacjenci zapisani jako pierwsi. Trzech pacjentów pierwszorazowych, i to tak całkowicie – 4- i 6-letni chłopcy po raz pierwszy na fotelu. Znieśli wizytę bardzo dzielnie, mam nadzieję, że nie wywołałam u nich dentofobii. ;)

A późniejsi w większości nie przyszli. Do ostatniego, zapisanego na po piątej, nie mieliśmy numeru telefonu, żeby chociaż spytać, czy przyjdzie. Całe szczęście – a może niestety? – przyszedł. Jako finał naszego ponadgodzinnego wypełniania czasu.

Jest tyle osób, które się co chwilę pytają, kiedy będzie rejestracja, mają liczne ubytki i zależy im na leczeniu, ale co rusz nie udaje im się załapać na wizytę, bo jest mało miejsc. Ile z tych osób ucieszyłoby się z bycia wciśniętym gdzieś w środek grafiku, bo ktoś odwołał wizytę? Problem jest taki, że większość nieobecnych wizyty nie odwołuje, tylko po prostu nie przychodzi. W takich chwilach ma się ochotę wyciągnąć konsekwencje. Chociażby w postaci kartki naklejonej na drzwiach, wzorem jednej z przychodni stomatologicznych w okolicy: „Osoby, które trzy razy nie stawią się na wizytę bez jej wcześniejszego odwołania, nie będą rejestrowane.” Takie nieprzychodzenie jest równie wkurzające, co spóźnianie się. Nuda jest męcząca. Ja nie mam interesu w czytaniu gazety w pracy. Wierzcie mi, ekipa jest bardziej wkurzona, jak ktoś nie przyjdzie bez zapowiedzi, niż jak zadzwoni i poprosi o inny termin. Zresztą to drugie wyjście jest mniej kłopotliwe – bo dzwoniący dostanie nowy termin, zamiast znowu stać pod przychodnią o siódmej rano czy próbować się dodzwonić i znowu zmarnować miejsce, które mógłby wykorzystać ktoś, komu na tym zależy.

Notka w sumie chyba taka sobie, bo jestem autentycznie zmęczona.

Kształcąco

Koniec z Izbami. Znaczy z wykładami w Izbie Lekarskiej. Dzisiaj odbyły się dwa, z prawa medycznego i etyki (w piątek było orzecznictwo lekarskie), na końcu obu były oddzielne zalki.

Jak to jest, że zazwyczaj jak wykładowca jest młodszy od pozostałych i w dodatku beznadziejny, odbija to sobie, traktując zaliczenie najpoważniej, z progiem zdawalności 80% (już na zachowawczej było 75% i uważaliśmy to za przesadę)? Dobrze, że nie potraktował tego na tyle poważnie, by nie dać testu bardzo podobnego do wcześniejszych. ;) Mam nadzieję, że zaliczę i będę miała z tym święty spokój.

Próbowałam też załatwić sobie staż na karetkach gdzieś bliżej mnie – jestem leniwa i nie chce mi się jeździć do Gda. Ale po chwili przemyślenia jednak się zapisałam tam, gdzie mają umowę z Urzedem Marszałkowskim. Niniejszym na początku sierpnia: pacjenci – BEWARE! Trzy kursy do Gdańska, dwa razy dyżury dwunastogodzinne i jeden siedmio-, może się w końcu nauczę robić wkłucia.

Nie będzie mnie w pracy w sumie jeszcze miesiąc do końca stażu (łącznie z trzema tygodniami urlopu, który mam zamiar wykorzystać). Ale z punktami na NFZ się wyrabiam (byłam nawet na lekkim plusie w maju, choć pracowałam w sumie przez 9 dni; ale to też dzięki nadwyżce wyrobionej wcześniej), więc w sumie robię swoje… Trudno. Od października już nie będzie takich przerw. I będę mogła pracować sama, choć w sumie z pomocy korzystam rzadko…

Taki był ambitny plan…

Wczoraj nabrałam ochoty na spacer po Gdyni, co miałam zrealizować dziś. Po chwili wahania (przeczytałam o jakim zlocie rowerzystów i nie chciałam się wpakować w sam środek peletonu) jednak pojechałam z zeszytem z notatkami z izbowych wykładów w plecaku (we wtorek mam dwa zaliczenia), z niezbyt mocnym postanowieniem przycupnięcia gdzieś i poczytania przy mrożonej kawie.

Rowerzystów w centrum za dużo nie było, ale za to znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem. Jednak się udało i pomaszerowałam na Bulwar Nadmorski. Oczywiście fajnie mi się zrobiło, bo zapachniało morzem :). Na plaży tłum i gigantyczne kolejki do sklepików z lodami. Poszłam do Multikina i tamtejszego Coffee Heaven. Zanabyłam tamże miętową, mrożoną kawę, posiedziałam, posiorbałam, powdychałam trochę jodu i zapachu soli, nawet nie wyciągnęłam zeszytu z plecaka. Myślałam nawet o zamoczeniu nóg i posiedzeniu na plaży, ale to pierwsze mi przeszło, a tego drugiego i tak mi zabroniono, więc ostatecznie tylko przeszłam się na bosaka po niezbyt czystym i bardzo gorącym piasku.

Potem pojechałam do domciu. I fajnie mi. To nie pierwszy raz, kiedy to dziewięćdziesięcioletnie miasto z betonu i szkła poprawiło mi humor. Miasto z morza i marzeń :).

To będzie pierwszy rok, w którym nie mam przynajmniej dwóch miesięcy wakacji. Ale jakoś mnie to nie smuci.

Parkująco

Dobra, może i mam prawo jazdy od ponad czterech lat. Może i wyjeździłam już kilkanaście tysięcy kilometrów.

Ale nadal jestem z siebie dumna, jak zaparkuję prostopadle tyłem na ciasnym miejscu, nie ocierając się o nikogo.

;)

Motywator

wspomniany w tej notce wczoraj rozwinął się w bardzo dobrym kierunku. Oczywiście rezultat tego rozwinięcia szybko się rozwieje, ale lepiej rozwiewać motywator, niż resztki pensji.

Oczywiście wiadomo, o co chodzi. ;)

W piątek kupię sobie bilet do Krakowa :>. I nowe baterie, i główki do szczoteczki elektrycznej, bo gdzieś się poszła bujać zasada wymiany szczoteczki po 3 miesiącach… I znowu zrobię nadania krwi… Jak coś zostanie, to może i na pieczątkę się w końcu szarpnę…

Wykłady w Izbie Lekarskiej powoli się kończą. Jeszcze tylko jutro i we za to z zaliczeniami. Do początku lipca będę więc pracować jak Bozia przykazała. A potem 2 tygodnie urlopu! :D

Wczoraj odesłałam trzech pacjentów do chirurga stomatologicznego. W tym jednego znajomego znajomej, który był jednym z ostatnich pacjentów, a ja jeszcze miałam opóźnienie: w takich przypadkach ZAWSZE coś pójdzie nie tak. W tym wypadku było to znieczulenie przewodowe, które działało jak należy wszędzie dookoła, poza bezpośrednią okolicą zęba. Mniamniuśnie.

Ale za to miałam dwie duże odbudowy zębów. Lubię rzeźbić :)