Archiwum miesięczne: Czerwiec 2011

Rzadko pamiętam swoje sny

Ale tej nocy śniły mi się lody.

Ogromne ilości lodów włoskich, takich w wafelku.

Czekoladowych albo maczanych w czekoladzie.

Byłam na jakiejś imprezie z młodzieżą, która grupowo dokonała czegoś fajnego i byłam odpowiedzialna za rozdanie im tych lodów w nagrodę. Ze względu na niepełne zainteresowanie lody się roztapiały…

W piątek znowu jadę do Gdyni, przyjaciel zarządził czerwcowe piwo. W moim wypadku będzie to co najwyżej Karmi albo Bavaria z sokiem, ale loda też sobie strzelę. Świderka, bo paradoksalnie wolę takie od włoskich. To nic, że przestaję się mieścić w stare spodnie.

Zresztą we śnie nie ja te lody jadłam…

Nie wiedzą, co to próchnica

Robię przegląd zębów u pacjenta, dyktując swoje obserwacje asystentce. Połowa zębów do leczenia. Próchnica tu, próchnica tam, ubytek siam… Na koniec pacjent mnie pyta, czy ma coś do leczenia.

„Wszystko, co określałam jako próchnica albo ubytek, jest do leczenia” – wyjaśniam.

Mina pacjentowi rzednie.

„A jak to wygląda? I czemu zęby mi się tak kruszą?”

Wtedy ja zaczynam mówić o czarnych przebarwieniach i o specyfice próchnicy na powierzchniach stycznych, którą da się wypatrzeć głównie na suchych zębach i w silnym oświetleniu, czyli u dentysty. Chyba trafiło.

Naprawdę? Czy się nauczyłam, co to jest próchnica i co się z nią robi dopiero na studiach? Albo od mojego dentysty, który jako znajomy rodziny wiedział, że leczy swoją przyszłą konkurencję? Czemu wszyscy pytający zatem myją zęby? Byle jak, ale jednak? Bo mamusia w dzieciństwie kazała?

Próchnica to wywoływany działaniem bakterii próchnicotwórczych (cały czas obecnych w jamie ustnej) proces utraty związków mineralnych w szkliwie. Bakterie i ich kwasy wnikają coraz głębiej przez powstałe pory, z czasem dochodząc do zębiny, gdzie cały proces przyspiesza i przy braku leczenia prowadzi do zakażenia i zapalenia miazgi. Leczenie zachowawcze polega na usunięciu za pomocą wierteł na wiertarce stomatologicznej zniszczonych tkanek zęba (szkliwa i zębiny) i zastąpieniu ubytku materiałem wypełniającym, czyli swojską plombą.

Ubytki tworzą się tam, gdzie ciężko domyć zęby, czyli szczególnie na powierzchniach stycznych i w głębokich bruzdach zębów bocznych. Prawidłowa higiena jamy ustnej jest konieczna nie tylko dla dobrego stanu dziąseł, o czym pisałam wcześniej, ale zwłaszcza właśnie dla zapobiegania powstawaniu ubytków próchnicowych.

Jutro będzie rzeź

Rodziciel siada na zarządzany przeze mnie fotel dentystyczny jutro po piątej po południu, jako ostatni pacjent tego dnia.

I już wszystko jasne ;).

Coś jeszcze chciałam napisać, ale miałam dziś i wczoraj tyle roboty, że mózgownica mi się już wyłącza. Dobrze, że będzie popołudniówka, przynajmniej się wyśpię…
… o ile dwa głupie psy nie raczą mnie obudzić o szóstej rano.

Pozytywna opinia ma swoje wady

Teraz wszystkie dentofoby z okolicy będą walić do mnie. ;)

Dzisiaj jednemu takiemu dentofobowi („Bratanek mówił, że pani taka sympatyczna”) tak pięknie odbudowałam górną jedynkę (w sensie wypełniłam ubytek), że byłam z siebie dumna. A i pacjent zadowolony, bo pod znieczuleniem, więc nie bolało. I udało mi się usunąć ząb pt. „Proszę zawołać szefa” – szef został zawołany, ale przed jego przyjściem złapałam za korzeń jeszcze raz i wyciągnęłam.

Ja ogólnie staram się być miła, w miarę możliwości prosto tłumaczyć. Z gadaniem podczas zabiegu nadal mam problem, wychodzi mi to najlepiej podczas usuwania. Dla pacjentów przyznających się do lęku mam ewentualnie kilka zdań typu „nie robię nic na siłę”, „będę robić powoli i delikatnie”. Staram się odpowiadać na wszystkie pytania i nie zaskakiwać niczym. Nie wiem, czy to dobrze, że ostrzegam przed wbiciem igły w podniebienie albo dziąsło.

Cieszę się z każdego usuniętego bez problemu zęba, pięknie założonej plomby (zwłaszcza z przodu – na studiach nie znosiłam robić prac estetycznych, teraz chyba mniej się przejmuję), każdego „nic nie bolało!” i „jestem pani bardzo wdzięczna”, uścisku dłoni szczęśliwego pacjenta. Nie chcę, żeby krążyły o mnie negatywne opowieści czy pacjenci wzdrygali się na samo wspomnienie mojego nazwiska.

Chyba nadaję się do tej roboty. ;)

Pozytywny dialog

– Wie pani, ja się strasznie boję…
– Spokojnie, mam pozytywny wpływ na pacjentów – odparłam z łagodnym uśmiechem.
– Słyszałam.

AAAAA!!!

Ciekawe, jak mocno się rumienię w takich chwilach?

Są pacjenci, którzy zrezygnowali z moich usług z różnych powodów. Czasami leczenie u dziecka pójdzie nie tak, jak byśmy wszyscy chcieli i wiem, że maluch na następnej wizycie będzie się mnie bał. Ale fajnie, że mimo to krąży o mnie tak pozytywna opinia :).

Chciałabym nauczyć się jeszcze kilku rzeczy. Pracy z włóknem szklanym, na przykład. Albo pinami zębinowymi. O poważniejszej protetyce nie wspomnę. Zielony ze mnie dentysta, póki co, ale to „słyszałam” potrafi dodać skrzydeł :).

Fajny weekend

W sobotę rano usiłowałam rozwinąć swoją osobowość, robiąc coś potencjalnie złego (cały odcinek „Bones” był temu poświęcony). Postanowiłam spóźnić się na kurs. Na początku i tak była zaplanowana prezentacja sponsora, a że badań PCR na bakteriach z kieszonek dziąsłowych raczej robić czy też zlecać nie będę (przynajmniej na razie), postanowiłam podarować sobie chociaż kilka pierwszych minut poprzez pójście do McDonald’s na dworcu w Gdańsku zamiast na autobus do miejsca kursu.

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam, podczas zajadania ciastka z jabłkami i picia cappuccino skutecznie spóźniając się na zaplanowany dla punktualnych autobus. Kolejny tej samej linii miałam mieć dwadzieścia minut później i jazda nim gwarantowała mi owo planowane, kilkuminutowe spóźnienie. Kiedy doszłam w końcu na przystanek (mając do zaplanowanego autobusu jeszcze dziesięć minut), przyjechał autobus innej linii, jadący po tej samej trasie, do którego ostatecznie wsiadłam. Tym samym mój niecny plan spóźnienia się mi nie wyszedł, bo dotarłam punktualnie.

Taka już niestety jestem. Potrafię znaleźć się u celu pół godziny przed czasem, bo wolę wyjść wcześniej i się nie spieszyć, niż potem się spóźnić. Ale czasem, jak diabełkowa część mojego sumienia twierdzi, że można podejść do tego spokojniej i wypić sobie kawkę kosztem czegoś, co już słyszałam trzy razy, to kurna przyjeżdża wcześniejszy autobus…

W drodze powrotnej wysłałam dwa zakłady Lotto (kumulacja 10 mln). Po dotarciu do domu okazało się, że rodzinka urządziła sobie grilla i właśnie załapałam się na porcję świeżo upieczonego mięska. Oprócz rodziców był jeszcze jeden wujek i Rodzeństwo, wprawdzie bez Drugiej Połowy, ale za to z dwoma Dzieciami. Starszego (dwuipółrocznego) dziecia w pewnym momencie przyuważyłam, jak próbowało samotnie bawić się piłką. Postanowiłam zrobić z tego zabawę dwuosobową. Dzieć bez oporów rzucał mi piłkę i poprawiał rzut, jak wyszedł za słabo (stara ciotka jestem). Po kilkunastu minutach przerwałyśmy zabawę. Dzieć niedługo potem podszedł do Rodzeństwa i szeptem stwierdził, że znowu chce się ze mną bawić. No to znowu się bawimy. Fajnie było. Takiego malucha łatwo uszczęśliwić :).

Dzisiaj natomiast rodzice zarządzili wycieczkę do Helu. Miałam wątpliwości, czy potencjalne pakowanie się w kilkugodzinne korki to dobry pomysł, ale w końcu pojechaliśmy. Po drodze, obserwując liczne domy wczasowe i pola kempingowe stwierdziłam, że w sumie moja osobowość pozwoliłaby mi na wynajęcie pokoju czy domku, czytanie książek i spacery po plaży, ogólnie nicnierobienie. Do pełnego szczęścia na takim urlopie brakowałoby mi tylko umiejętności pływania. Z planowanej plaży do morza niedaleko ;).

W Helu poszliśmy na spacer, potem na obiad, którego nie byliśmy w stanie dojeść ze względu na wielkość pysznych porcji. Około czwartej po południu byliśmy już w drodze powrotnej. Korków nie stwierdzono.

Teraz Rodziciel jak zwykle chrapie, ja walczę z upadającą Neostradą i wyję (bardzo adekwatnie) sobie piosenkę Florence + The Machine, Rodzicielka też albo śpi, albo siedzi przy kompie, za to jutro muszę gdzieś Rodziciela wcisnąć w grafik w tym tygodniu i mieć nadzieję, że z małej, ukruszonej ścianki rodzicielskiej dolnej piątki nie wylezie coś większego. Nie znoszę leczyć rodziny. Zwłaszcza męskiego źródła połowy mojego genotypu.

Życzę Wam miłej reszty niedzieli. ;)

PS.: W Lotto nic nie wygrałam.

Wzorce

„Po raz pierwszy na fotelu nic mnie nie bolało” – stwierdził kiedyś jakiś mój pacjent. Leczenie próchnicy odbywało się pod znieczuleniem.

Pewne wzorce zachowań przy fotelu zgapiłam od mojego byłego już dentysty. Zawsze po podaniu znieczulenia gdzieś sobie szedł na chwilę. Ja nigdzie nie idę, ale od wyciągnięcia igły z błony śluzowej jamy ustnej pacjenta do mojego chwycenia kleszczy czy wiertarki zawsze mija kilka minut. Bez patrzenia na zegarek. Pogapimy się przez okno, skomentujemy pogodę, ja coś powiem na temat leczenia, asysta o coś zapyta, uzupełnimy dokumentację, pożartujemy. Jak znieczulam przewodowo, gotowość pacjenta jest podyktowana poziomem zdrętwienia połowy języka i dolnej wargi. Przy usuwaniu również kopiuję czynność podpatrzoną jeszcze na studiach u starszych studentów na ćwiczeniach z chirurgii stomatologicznej: biorę zgłębnik i kłuję dziąsło w najbliższej okolicy znieczulonego zęba. Jak pacjent nie czuje kłucia, to zabieram się do pracy.

Z drugiej strony inny student na tych ćwiczeniach zabierał się za usuwanie zaraz po podaniu znieczulenia. Pacjent podskakiwał, student dokładał środka i znowu chwytał za kleszcze.

Wspomniany na początku pacjent wcześniej też miał leczenie pod znieczuleniem. Różnica w bezbolesności polegała na tych kilku minutach. Niewielka chwila, która pozwala środkowi znieczulającemu przeniknąć przez kość do nerwu i odciąć przesyłanie nieprzyjemnych sygnałów.

Uwielbiam znieczulenie. Dobra, kłucie igłą ciężko uwielbiać. Ale znacznie bardziej wolę być przez jakiś czas zdrętwiała, niż podczas zabiegu myśleć o tym, kiedy mnie zaboli. Nigdy też nie odmawiam tego dobrodziejstwa pacjentom. Zresztą znieczulenie to wygoda też dla dentysty. Wierzcie mi, znacznie lepiej się pracuje, kiedy wiem, że pacjent nagle nie podskoczy i nie nadzieje się na wirujące wiertło…

Dokładniej o ząbku

Korona, komora, kanał, korzeń, tkanki okołowierzchołkowe…

Obrazek. Przy ściągnięciu był ładniejszy, ale wpadł w sidła mojego graficznego beztalencia i dziwnej kompresji jpgów baj GIMP (taki darmowy program graficzny).

ząb

Czarna linia wyznacza koronę kliniczną zęba, czyli to, co widać w ustach, nad dziąsłem. Niebieska linia obok to korona anatomiczna, czyli zasięg pokrywania zęba przez szkliwo. Zanim ktoś się przyczepi: tak, przy zapaleniu przyzębia (i cofnięciu się dziąsła) korona kliniczna jest większa od anatomicznej.

Dziwnozielone kreseczki wyznaczają komorę zęba. Miazga zęba znajdująca się w komorze zazwyczaj jako pierwsza pada ofiarą bakterii z ogniska próchnicy. Bardziej zielone kropki to kanał zęba. W nim również znajduje się miazga i do opracowania go służy m.in. narzędzie, które przyozdobione kwiatkiem obecnie oddziela nam notki na tym blogu.

Zatem jest różnica między koroną a komorą. Tak po ostatniej notce przyszło mi do głowy, żeby to lepiej wyjaśnić.

Cyferka 1 to zębina, 2 to szkliwo. Zamazana 3 wskazuje komorę, 4 kanał.

Ale urodzaj, kurna, po dwie notki dziennie… ;)

Próbujemy, ale NFZ nie docenia

Dentyści z małą ilością czasu zarezerwowaną na pacjenta pewnie, tak jak ja, uśmiechają się, jak ktoś w zaleceniach endodontycznych poleca leczenie kanałowe jednoseansowe. Szczytna idea, pewnie. Znieczulić, otworzyć komorę, usunąć nerw, zmierzyć długość kanału, opracować, przemyć, osuszyć, wypełnić kanał gutaperką, zabezpieczyć cementem (takim stomatologicznym), założyć wypełnienie korony. Bach, jedna wizyta i ząb wyleczony. Tak powinno być w większości przypadków. Ale się zazwyczaj nie da.

Jeżeli mam mało czasu, ale widzę, że pacjent o zęby dba, więc przyjdzie na kolejną wizytę (pal licho, że doprowadził do zapalenia miazgi), to bez większych wyrzutów sumienia rozbijam leczenie na dwie-trzy wizyty. Na każdej robię, ile się da. Ale jak przychodzi mi chłopak z totalnie zaniedbanymi zębami i kłem z zapaleniem miazgi z komorą otwartą (w sensie próchnica dożarła się do miazgi w takim stopniu, że części korony zwyczajnie nie było: w tych wypadkach pulpitis jest bezbolesne, dopóki się nie zacznie dziabać odsłoniętego nerwu), to wiem, że muszę się sprężyć, bo jest duża szansa, że pacjent nie wróci, żeby leczenie dokończyć.

Przez przypadek miał w miarę świeże zdjęcie RTG. Znieczuliłam, oczyściłam komorę wiertłem i w sumie zrobiłam wszystko wymienione powyżej, poza założeniem wypełnienia korony. Ogólnie chyba pierwszy raz w życiu wyszło mi jednoseansowe leczenie endo. Nie mam co do swojego postępowania żadnych zastrzeżeń. Pacjent został zapisany na wizytę na założenie plomby. Potem przyszedł czas na wypisanie kodów NFZowskich. I tu moja duma z siebie nieco oklapła.

Zgodnie z prawdą: znieczulenie za 12 pktów. Ekstyrpacja miazgi w znieczuleniu – 22 pkty. I co dalej? Leczenie endo z zakażonym kanałem to ok. 70 pktów (co mogłybyśmy wpisać, gdybyśmy zaczęły od trepanacji – czyli zrobienia dziury w komorze – za 8 pktów, a ja mniej ambitnie odesłałabym pacjenta na następną wizytę, ryzykując, że się nie odbędzie), samo wypełnienie kanału pktów 19. Musiałyśmy wpisać to drugie. Cała procedura związana z opracowaniem kanału została w tym momencie pominięta, jeśli chodzi o koszty.

I potem się pacjenci dziwią, że dentyści nie chcą podpisywać kontraktu z NFZ. Za jeden punkt mamy nieco ponad złotówkę, zatem za moje szczytne leczenie jednoseansowe zarobiliśmy ok. 53 zł.

NFZ w żaden sposób nie promuje taniej profilaktyki próchnicy i zapaleń przyzębia. Nie promuje leczenia biologicznego i endodontycznego, które jest ostatnim przystankiem przed utratą zębów i sięganiem po droższe prace protetyczne. NFZ w ogóle ma gdzieś dentystów.

Ja z tych punktów nic nie mam. Ale właśnie jedynym frustrującym momentem dzisiejszego dnia było to, że mojego wyczynu endo nikt nie docenia, chlip chlip.

Poza tym, jestem z siebie dumna

Nie dość, że pisaniem tego blogaska mimochodem miałam jakiś wpływ na pokonanie przez Kogoś dentofobii, to dziś usunęłam dwa zęby, które jeszcze niedawno byłyby typu „proszę zawołać szefa”.

No. Uparłam się i wyciągnęłam. Dwa nieoszukiwane dłutowania (takie z użyciem dźwigni), paskudy małe, łamiące się, wyskakujące z kleszczy, wyleźć nie chciały, ale nie odpuściłam.

Wczoraj też mi się udało. Tylko ząb był nieco większy i nawet go częściowo przepołowiłam wiertłem, choć ostatecznie wyszedł w całości.

Znaczy z chirurgią stomatologiczną jest lepiej. Jeszcze tylko protetyka leży, ortodoncji nawet nie liznę, ale wyleczyłam się już z chęci specjalizacji w tym kierunku. Może za kilka lat i nie w Gdańsku. Wolałabym nie spotkać ponownie kilku osób.