No nie chce, no…

Nie chce wrócić w mniej zdenerwowane i bardziej doświadczone (ale za to płatne) ramiona naszego dentysty, tylko musi mnie stresować, no.

Środowa wizyta Rodziciela jako pacjenta przebiegła bez zakłóceń. Odkruszona ścianka rodzicielskiej piątki okazała się być drobiazgiem (nawet znieczulenia nie podałam) i mam nadzieję, że będzie się trzymać. Za to wypełnienie, które zakładałam na pierwszej wizycie jakiś czas temu, które spowodowało znacznie większą ilość nerwów w moim wypadku (ósemka dolna, głęboki ubytek, mokro i znieczulenie działało tak sobie, co u Rodziciela ponoć jest typowe), raczyło wypaść. W sensie się odkleiło od zęba i się ruszało przy każdym gryźnięciu. Tymczasowo zakleiłam toto „opatrunkiem” z tlenku cynku z eugenolem, zaś moje „wolałabym, żeby tata poszedł z tym do K. [naszego dentysty]” zostało kompletnie zignorowane. No nic, będę z cholerstwem walczyć w sierpniu.

Fajnie, że Rodziciel jakoś się nie boi moich rozedrganych rąk, ścisku w dołku i tego, że przy powrocie do domu otworzyłam tylko pół bramy (po czym wróciłam do samochodu i zreflektowałam się, jak spojrzałam w lusterka) i zapomniałam zamknąć okno samochodu przy gaszeniu silnika (mam elektrycznie sterowane szyby z przodu). Zresztą mój samochód całą noc stał otwarty, ale akumulatora nikt nie ukradł…

Bo jak się leczy rodzinę, prawie zawsze coś się rypnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.