Kto ma dbać?

Kto ma pilnować, żeby ludzie chodzili do dentysty, robili kontrole, leczyli ubytki, zanim zrobi się z tego zapalenie miazgi? Nie dentysta. Dentysta może doradzać, przypominać, czasem straszyć, ale nikogo się łańcuchami na fotel nie zaciągnie.

Tak samo, jak szkoła nie wychowa dzieci. Dzieci są wychowywane na początku przez rodziców, potem przez otoczenie (podobno). Szkoła to jakieś 6 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu. Licząc, że tydzień trwa 168 godzin, a dziecko spędza w szkole tylko 30 z nich, co się dzieje przez pozostałe 138 godzin?


Bałam się, co będzie dzisiaj w pracy. W sumie miałam być sama, z szefem na ewentualne wezwanie. Pełen grafik (podczas długich popołudniówek zazwyczaj nie zapisujemy nikogo na ostatnią godzinę w razie, gdyby było opóźnienie przez dużą ilość pacjentów z bólem), dużo „kanałów” i nowych pacjentów, więc potencjalnie dużo roboty, biorąc pod uwagę też dodatkowych.

Przyszli pacjenci zapisani jako pierwsi. Trzech pacjentów pierwszorazowych, i to tak całkowicie – 4- i 6-letni chłopcy po raz pierwszy na fotelu. Znieśli wizytę bardzo dzielnie, mam nadzieję, że nie wywołałam u nich dentofobii. ;)

A późniejsi w większości nie przyszli. Do ostatniego, zapisanego na po piątej, nie mieliśmy numeru telefonu, żeby chociaż spytać, czy przyjdzie. Całe szczęście – a może niestety? – przyszedł. Jako finał naszego ponadgodzinnego wypełniania czasu.

Jest tyle osób, które się co chwilę pytają, kiedy będzie rejestracja, mają liczne ubytki i zależy im na leczeniu, ale co rusz nie udaje im się załapać na wizytę, bo jest mało miejsc. Ile z tych osób ucieszyłoby się z bycia wciśniętym gdzieś w środek grafiku, bo ktoś odwołał wizytę? Problem jest taki, że większość nieobecnych wizyty nie odwołuje, tylko po prostu nie przychodzi. W takich chwilach ma się ochotę wyciągnąć konsekwencje. Chociażby w postaci kartki naklejonej na drzwiach, wzorem jednej z przychodni stomatologicznych w okolicy: „Osoby, które trzy razy nie stawią się na wizytę bez jej wcześniejszego odwołania, nie będą rejestrowane.” Takie nieprzychodzenie jest równie wkurzające, co spóźnianie się. Nuda jest męcząca. Ja nie mam interesu w czytaniu gazety w pracy. Wierzcie mi, ekipa jest bardziej wkurzona, jak ktoś nie przyjdzie bez zapowiedzi, niż jak zadzwoni i poprosi o inny termin. Zresztą to drugie wyjście jest mniej kłopotliwe – bo dzwoniący dostanie nowy termin, zamiast znowu stać pod przychodnią o siódmej rano czy próbować się dodzwonić i znowu zmarnować miejsce, które mógłby wykorzystać ktoś, komu na tym zależy.

Notka w sumie chyba taka sobie, bo jestem autentycznie zmęczona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.