Archiwum miesięczne: Czerwiec 2011

Przerwa urlopowa

Prawdopodobnie. Znając siebie nie zdziwiłabym się, gdyby mnie wzięło na pisanie notki też jutro. Być może będę też pisać nocie emailem podczas wyjazdowej części urlopu: komputer zostaje w domu, ale bardzo lubię swój telefon i mam zamiar z niego korzystać. Nocie tak wysłane będą wyglądały paskudnie (testowałam, nie można robić akapitów), ale może nie poobgryzacie sobie paznokci z nerwów, cóż też się ze mną dzieje.

Powracając do wtorkowego stwierdzenia, że przy leczeniu znajomych zawsze coś się rypnie: tym razem się nie rypnęło, co mnie niezmiernie cieszy. Pewnie z biegiem czasu nauczę się lepiej reagować na wieść o jakimś powikłaniu i rozróżniać takie, których dałoby się uniknąć od takich, na które nie miałam wpływu. Wtorkowe nerwy były w sumie niezależne ode mnie, ale dobrze, że skończyło się na niczym.

Model z zębami wzięłam i zdążyłam go nawet troszkę oszlifować. Oczywiście na żywym pacjencie będzie to wyglądało nieco inaczej, ale ogólnie wychodzi na to, że to kurna ciężka robota jest. Autentycznie, na studiach tego nie robiłam. A chciałabym wszelkie tego typu sprawy „zaliczyć” na stażu, bo potem nie będzie tłumaczenia, że nie umiem.

Czekam na wypłatę. I „motywator”. Jutro wieczorem wyjazd. Zaczęłam się pakować.

Nocia pisana w ratach, bo po powrocie z pracy mózg mi się wyłączył. Teraz też najwyraźniej działa na połowie obrotów…

Dobranoc.

Wiadomość z ostatniej chwili

Leczenie znajomych SUCKS STOP Zawsze coś się rypnie STOP Najgorzej PRZECINEK jak się zapowiada powikłanie trwające kilka miesięcy STOP Wymyśliłam sobie zajęcie na bezpacjentowe godziny STOP Wezmę do pracy stary gipsowy model z zatopionymi w nim PRZECINEK ludzkimi zębami STOP NAWIAS kto ma za lub przed sobą drugi rok studiów stomatologicznych PRZECINEK to powinien wiedzieć PRZECINEK na czym to polega NAWIAS STOP I będę ćwiczyć szlifowanie zębów pod protezy STOP Do wyjazdu trzy dni STOP Jeszcze nie zaczęłam się pakować STOP GPS z Dworca Głównego do mojego lokum już nastawiony STOP I plan na jeden dzień też się coraz bardziej klaruje STOP I żeby nie było PRZECINEK że się podniecam tylko Krakowem PRZECINEK następujące po nim trzy dni w Warszawie też się bardzo pozytywnie zapowiadają STOP Daj nam Boże pogodę PRZECINEK a możemy rządzić miastem DWUKROPEK NAWIAS

KROPKA

PS.: Skoro taki format tekstu jest ciężkoprzeczytalny, raczej nie będę powtarzać tego eksperymentu. Ale ponieważ to mój blog, to piszę na nim to, na co mam ochotę i w sposób, na jaki w danej chwili mam nastrój. Żeby nie było wątpliwości, o. Statystyki swoje, moja grafomania swoje. ;)

Wyjdę na wredną

Mam takiego jednego pacjenta. Pacjent kiedyś przyznał się do niegdysiejszych związków ze służbą zdrowia. Ogólnie wszystko sympatycznie, tylko zadaje niewygodną ilość profesjonalnych pytań. Oczywiście odpowiadam w ramach swojej przestarzałej wiedzy (uczymy się z podręczników, w których materiał ma dobre kilka(naście/dziesiąt) lat) i znikomego doświadczenia. Pacjent mnie łapie za słówka i świetnie wyczuwa wszelkie ślady niepewności. Fakt, dzisiaj na nim zarobiłam trochę kasy, ale na wyjście wpisałam do karty wszelkie ostrzeżenia o możliwych komplikacjach i kazałam mu podpisać.

W ogóle bywam wredna. Raz wcisnęła się do mnie ciocia znajomego znajomej, z prośbą o wykonanie dużej odbudowy tu i teraz. Pacjentki nie bolało, tylko przeszkadzało. Na poczekalni zalegający tłum. Włączyłam wredotę polaną melasą i kazałam się zapisać na wizytę (poszłam o tyle na rękę, że ją wpisałam w normalne miejsce w grafiku, zamiast kazać jej dzwonić na rejestrację ogólną), tłumacząc się brakiem czasu, którego naprawdę nie miałam. Oczywiście tłumaczenie musiałam powtórzyć ze trzy razy, zanim pacjentka nie odpuściła.

Z drugiej strony dzisiaj wykończyłam dwa leczenia kanałowe mleczaków, z założeniem plomby włącznie. I święty spokój.

Ponadto dzisiaj testowałam nawigację GPS w komórce. Ściągnęłam sobie taką, że nie muszę mieć włączonego transferu danych (WAP), żeby mapy działały. Po nieudanych testach w piątek (zamiast wg nawigacji jechałam na pamięć zgodnie z tym, co wcześniej widziałam na Mapach Google i prawie udało mi się zabłądzić, bo telefon w ogóle nie złapał sygnału z satelity) trochę z nią wczoraj walczyłam, aż w końcu przekonałam się, że żeby telefon złapał sygnał GPS, muszę wystawić rękę za okno ;). Dzisiejsze testy w samochodzie wyszły śpiewająco, choć na wszystkich sprawdzanych odcinkach (dom – praca, praca – miasto, miasto – dom) jechałam niezgodnie z tym, co mi pani proponowała (mam swoje upatrzone, pod kilkoma względami lepsze trasy). Ale szybko się domyślała, o co mi chodzi, więc ogólnie wynik jest niezły. Tylko porządnego uchwytu nie mam. Mam mniej porządny, ale przyklejany do deski rozdzielczej, więc trochę z boku (wolałabym taki z przyssawką do szyby) i „łapka” trzymająca telefon naciska na przycisk do robienia zdjęć, więc mi się fotki cykały na wybojach. ;)

A GPS mi się w Krakowie przyda. Jest tryb spacerowy, więc może się przysłużyć podczas wędrówek na nóżkach.

Tak jeszcze z wiadomości dzisiejszych, korzystając z konieczności wykupienia Strasznych Leków zaopatrzyłam się w rzeczy, których mi ostatnio bardzo brakowało: szampon do włosów suchych, Nutella (do gofrów) i soczek malinowy (do piwa). Ogólnie pełna szczęśliwość.

Wyjazd za 4 dni.

Squee! :D

No co, no?

Siedzimy… Nic się nie dzieje…

Za długi weekend był. Właściwie ten długi weekend pewnie okupię utratą jednego dnia urlopu, ale poza tym, który zacznie mi się w przyszły będzie mi potrzebne jakieś 3-4 dni przed wrześniowym LDEPem. Oczywiście trzymam się tematu, więc dopowiadam, że chodzi o to, że niespecjalnie jest o czym pisać. Ale coś wymyślę, bo nieco ponad 30 wejść na dzień boli w statystykach ;).

W piątek byłam na maratonie filmowym u Cucu (rewanż u mnie w drugiej połowie lipca), gdzie obejrzałam jedną fajną komedię, jeden dziwny film i jeden odcinek serialu tak-jakby-fantasy (świat jak z fantasy, ale poza tym mało rzeczy typu czary). Jak to zwykle bywa, ja to wszystko widziałam po raz pierwszy, On po raz kolejny. Ale jestem wdzięczna, że Mu się chce :).

Od jutra ostatni przedurlopowy tydzień pracy, mijający pod znakiem setek leczeń kanałowych (czyli potencjalnie beznadziejnej frekwencji pacjentów, nie biorących pod uwagę, że ich nieprzychodzenie to utrata jednego miejsca dla pacjenta, któremu by potencjalnie zależało na ratowaniu uzębienia). Chyba będę musiała parę osób po zatruciu miazgi odesłać do firmowych Panów.

Ćwierćwiecze stuknie mi niedługo (w sumie nieco ponad miesiąc…) i nie wiem, co z tym zrobić. Imprezy zazwyczaj urządza Rodzicielka, ale akurat wtedy będzie w samym środeczku niebycia w domu (wyjeżdża praktycznie na półtora miesiąca). A jakiś tort czy cuś byłby fajny. Zaczynam coraz poważniej myśleć nad zadzwonieniem do paru osób i wyciągnięciem ich na pizzę i lody…

Studniówka

Znowu duża część pacjentów nie przyszła… Wymagają szacunku dla swojego czasu, a sami naszego nie szanują.

Z okazji stażowej „studniówki” kupiłam ciasto marcello i w sumie się całe rozeszło (z moją własną pomocą, dobre było).

Na początku mieliśmy trochę zamieszania z pacjentami, ale ostatecznie od ok. 15 była już nuda. Zresztą skorzystała na tym moja asystentka: korzystając z obecności asystentki-stażystki ze szkoły wyleczyłam jej jednego ząbka. Trochę łatwiej się leczy kolegów z pracy niż własnych rodziców, chociaż presja nadal jest. Poza tym, zapisałam się znowu do „kolegi” po fachu (cudzysłów, bo pan doktor jest dobre kilkanaście lat ode mnie starszy), bo mi się guzek zębowy z lekka ukruszył. W ogóle dziwnie wygląda (sprawdzałam dziś, posługując się lampą od unitu, lusterkiem stomatologicznym i takim podręcznym) i ciekawe, co z tego wylezie. Pan doktor znowu na mnie nie zarobi. ;)

Niestety, wredota naszych pacjentów nijak się odbiła na czasie mojego powrotu do domu, bo ostatnia sztuka dzielnie dotarła. Kończyłam u niej leczenie kanałowe, więc chociaż trochę kaski do firmy wpłynęło ;). Swoją drogą, pacjent miał ciekawie rozłożone kanały w górnym trzonowcu: policzkowy, środkowy (żadna perforacja, tylko ujście kanału na środku dna komory) i podniebienny. Zwykle są dwa policzkowe i jeden podniebienny. Taki myk. Nie lubię leczyć kanałowo górnych trzonowców…

W ostatniej chwili przypomniałam sobie o jutrzejszym Dniu Ojca. Autko to fajna rzecz, można z mojej wiochy dostać się w 20 minut do cywilizacji, kupić coś odpowiedniego i niecałą godzinę później już być z powrotem w domu :).

Trochę chaotycznie, bo padnięta dość jestem.

Nie jest dobrze

Pacjent „bólowy”. Ząb dolny, trzonowy. Znieczulam. Wcześniej stwierdzono, że ząb będzie do leczenia kanałowego, więc zdecydowanie podążam w stronę spodziewanego sklepienia komory (ze względu na wcześniejsze zniszczenie zęba przez próchnicę daleko nie miałam). Robię dziurkę w komorze bez wpadania wiertłem do środka. Z dziurki wydostaje się…

KOSMITA!!!

Zapalenie miazgi wiąże się ze znacznym wzrostem ciśnienia w komorze z powodu przekrwienia, co jest jedną z ważniejszych przyczyn bólu. Zapalenie miazgi ze zniszczoną komorą często jest bezbolesne właśnie z tego powodu: mimo przekrwienia nie ma wzrostu ciśnienia. Co nie oznacza, że przy bólu zęba trzeba go sobie łamać, oczywiście.

No więc po zrobieniu dziurki ujrzałam śliczny, wiecznie fascynujący mnie, „sztywnawy”, szarobrązowy „glutek” miazgi. W sensie „nerw” wywędrował przez zrobiony otworek.

Tylko i wyłącznie siła mojej słabej woli powstrzymała mnie przed zmianą w coś w rodzaju „orajualefajne!!!”.

Źle ze mną, ojjj, źle.

Za krótko pracuję, żeby takie rzeczy przestały być fascynujące. Trzeba znaleźć coś ciekawego w podobno najmniej opłacalnej i najbardziej „dłubaniogennej” (w sensie dużo się dłubie – ale żem się dzisiaj neologizmami popisała, a nic wyskokowego nie piłam…) dziedzinie stomatologii, jaką jest endodoncja.

A moje umiejętności się rozwijają. Cały przyszły tydzień będę miała w „kanałach”.

A potem urlop, hyhy.

[To chyba jedna z tych notek, przez które ludzie w ankietach podejrzewali mnie o odchyły psychiczne. Prawda? Prawdaaaa??]

Teeeraz to mnie wzięło.

Wczoraj poinformowałam Kogoś o istnieniu w języku angielskim słowa „tsk” (przeczytajcie na głos, to się domyślicie, co oznacza ;) ). A dzisiaj, niecałe dwa tygodnie przed wyjazdem, jestem cała taka, o…

SQUEE!

[definicja na Urban Dictionary]

W Krakowie nie byłam cztery lata i łojezusicku, to boli. Wczoraj się dowiedziałam, jak nabyć bilet tygodniowy, dzisiaj przelałam kasę za pokój i nabrałam ochoty na lawasz w Gruzińskim Chaczapuri (restauracji gruzińskiej).

Ogólnie egzaltacja pełną gębą.

Nawet nie jest mi żal, że nie pojadę do Londynu. Wczoraj otrzymałam emaila zwrotnego z ofertą dla kociej opiekunki, ale tego się nie da zrobić. Ale podchodzę do tego pozytywnie: może kiedyś będzie mnie stać na taki dziki tydzień i w Londynie. :)

Nie było czekoladowych :(

Ale śmietankowy świderek też jest bardzo dobry :).

Moje wygodnictwo w wożeniu się do Gdyni autkiem odbija się negatywnie na i tak mikroskopijnych ilościach wypijanego przeze mnie piwa. Nie jest tak, że piwo lubię (najwyżej smakowe albo zwykłe z sokiem), ale czasem chciałoby się chlapnąć sobie trochę. Matula jednak słusznie stwierdziła, że nie ma korzystania z liczydła promili, jak się jedzie, to ma być zero. Może to sobie odbiję w Krakowie i Warszawie.

Co do Krakowa, to z ośmiu planowanych tam dni mam już potencjalnie zapełnione dwa. Jeden to wyjazd do Oświęcimia (chociaż drugiej blogowej znajomości z tego niestety nie będzie :( ), drugi to popołudnie z dwiema adminkami forum, na którym udzielam się od czasu do czasu. Ten drugi (data już w sumie ustalona) to będzie niezła okazja na spożycie, zwłaszcza, że akurat tego dnia wypada rocznica ukończenia przeze mnie studiów :).

Wczoraj spotkałam w przychodni pierwszą… właściwie drugą znajomą osobę – koleżankę z liceum. Ciekawe, czy pójdzie fama po wsi ;).

A wczorajsze, czerwcowe piwko (w moim wykonaniu kawka i ciasteczko) z długoletnim przyjacielem pieszczotliwie zwanym Cucu zakończyło się ustaleniami co do przynajmniej dwóch tradycyjnych już maratonów filmowych. On ma wielki telewizor, kino domowe i filmy w HD, ja mam projektor, ekran 90″ i takoż kino domowe. I tak w ramach wolnej chaty u mnie lub u niego się spotykamy i on mnie ukulturalnia.

Swoją drogą, taki projektor to fajna rzecz jest. Uparcie twierdzę, że we własnym mieszkaniu nie będę mieć telewizora, ale jedna biała ściana, kilka głośników i odpowiednio nakierowany projektor nad kanapą w salonie to nie jest taki zły pomysł. Wychodząc z założenia, że będzie mnie stać na wydawanie kasy na rzeczy niekoniecznie niezbędne do życia. A ile radochy sprawię rodzicielowi prosząc o poradę przy zakupie ;)).

Jak wku*wić córeczkę?

Przyjść, zacząć sadzić teksty o wypychaniu w towarzystwo i „latka lecą”.

Nie ma to, jak rodzice, którzy chcą czegoś bardziej w życiu ich dzieci, niż one same. W sensie dzieci chcą czegoś mniej.

Macki (c)(Cucu) opadają.

No nie chce, no…

Nie chce wrócić w mniej zdenerwowane i bardziej doświadczone (ale za to płatne) ramiona naszego dentysty, tylko musi mnie stresować, no.

Środowa wizyta Rodziciela jako pacjenta przebiegła bez zakłóceń. Odkruszona ścianka rodzicielskiej piątki okazała się być drobiazgiem (nawet znieczulenia nie podałam) i mam nadzieję, że będzie się trzymać. Za to wypełnienie, które zakładałam na pierwszej wizycie jakiś czas temu, które spowodowało znacznie większą ilość nerwów w moim wypadku (ósemka dolna, głęboki ubytek, mokro i znieczulenie działało tak sobie, co u Rodziciela ponoć jest typowe), raczyło wypaść. W sensie się odkleiło od zęba i się ruszało przy każdym gryźnięciu. Tymczasowo zakleiłam toto „opatrunkiem” z tlenku cynku z eugenolem, zaś moje „wolałabym, żeby tata poszedł z tym do K. [naszego dentysty]” zostało kompletnie zignorowane. No nic, będę z cholerstwem walczyć w sierpniu.

Fajnie, że Rodziciel jakoś się nie boi moich rozedrganych rąk, ścisku w dołku i tego, że przy powrocie do domu otworzyłam tylko pół bramy (po czym wróciłam do samochodu i zreflektowałam się, jak spojrzałam w lusterka) i zapomniałam zamknąć okno samochodu przy gaszeniu silnika (mam elektrycznie sterowane szyby z przodu). Zresztą mój samochód całą noc stał otwarty, ale akumulatora nikt nie ukradł…

Bo jak się leczy rodzinę, prawie zawsze coś się rypnie…