Archiwum miesięczne: Maj 2011

To się musiało stać.

Musiałam w końcu trafić na pacjenta, który ma problem z protezą.

Akrylową. Taką zwykłą.

Zapalenie błony śluzowej. Nic ciężkiego, drobne zaczerwienienie i afty.

Proteza noszona na klej, chociaż nawet nie przekroczyła połowy swojego nominalnego okresu użyteczności.

Nie wyciągana na noc, choć podobno myta.

Złamała się. Została sklejona w warunkach domowych. Klejem.

Delikatnie powiedziałam, co o tym myślę, poinstruowałam, co trzeba robić. Ile pacjent z tego wyniósł, to pewnie inna sprawa.

Adnotacje w karcie poczynione.

Człowiek każdego dnia czegoś się uczy…

Wykładowo

W tym tygodniu znowu kupiłam sobie bilet tygodniowy na kolejki, bo muszę zaliczyć aż 4 kursy do Gdańska. Dwa się już odbyły.

Dzisiaj miałam szkolenie z zakresu HIV.

W pewnym momencie wykładowca poprosił, żebyśmy popatrzyli na sąsiadów i pomyśleli, że któraś z tych osób jest nosicielem. I zastanowili się nad naszą reakcją.

A potem wyobrazili sobie, co by o nas pomyślano w tej sytuacji.

Co mają zrobić osoby pełniące jakąś funkcję społeczną, zarażone. Jak nosiciele mają sobie radzić z życiem po otrzymaniu potwierdzenia zakażenia. Mówiono o nauczycielu, który wyobrażał sobie, że będzie musiał rzucić pracę i wyprowadzić się z domu.

Co myślą rodzice, kiedy mają wysłać dziecko do szkoły, w której uczy nosiciel wirusa HIV?

Co myślą pacjenci zakażonego lekarza?

Wirus HIV przenosi się tylko i wyłącznie na trzy sposoby: parenteralnie (np. przez transfuzję krwi), wertykalnie (z matki na dziecko – podczas ciąży, porodu i karmienia piersią; kobiety w ciąży powinny być rutynowo badane na nosicielstwo HIV) oraz poprzez stosunki płciowe.

Według podawanych nam statystyk, udokumentowano 106 przypadków przeniesienia zakażenia z pacjenta na lekarza podczas zabiegu (typu zakłucie się igłą – częsty przypadek na stomatologii). Ryzyko wynosi 0,3%. Tyle samo, co przy pojedynczym stosunku płciowym z osobą zarażoną.

Drogę odwrotną – z lekarza na pacjenta – stwierdzono w trzech przypadkach.

Dlaczego chorzy na zapalenie wątroby typu B albo C nie są napiętnowani, chociaż wirusy HBV i HCV roznoszą się tą samą drogą, co wirus HIV i są znacznie bardziej zakaźne?

Bo ludzie wciąż wyobrażają sobie, że nauczyciel zakażony HIV stanowi zagrożenie dla dziecka. Że każdy nosiciel prowadzi się wiadomo, jak. Bo nie ma wiedzy i chęci na jej zdobycie.

A lekarze muszą wykazywać się rozsądkiem i nieść kaganek oświaty.

Fajnie prowadzone, dało do myślenia.

Przez ślinę (czyli pochlapanie oka dentyście, który nie nosi okularów ani przyłbicy, czy pocałunki) zarazić się nie można. To tak na marginesie.

Kraków, Kraków, here I come!

Wstępnie podana w firmie data mojego wakacyjnego, długiego urlopu została równie wstępnie zaakceptowana. Tak samo wstępnie mam zapewnione lokum i ponownie początkowy plan finansowy.

W pierwszym tygodniu lipca jadę do Krakowa :)

I łojezu, ale się cieszę! :D

Sama, z planem tylko i wyłącznie na włóczenie się i uśmiech przy wejściu na Rynek. I może piwo ze znajomymi, których nie widziałam kilka lat. Albo nowymi, jak ktoś będzie chciał mnie poznać. 8 dni beztroski w ukochanym mieście, w którym nie byłam już za długo.

Będzie fajnie! :)

Przy okazji, sprawdziłam sobie rozkład jazdy pociągów. Bezpośredni TLK odjeżdża z pobliskiej mi wiochy ok. 21:30, w Krakowie Głównym ląduje koło 11 dnia następnego. Jest oferta tanich kuszetek, poza tym mam zamiar skorzystać z 26-procentowej zniżki (takiej metrykalnej – fajna rzecz, legitki już nie ma, jeszcze się nie zarabia za dużych pieniędzy…). Ogólnie jazda stąd do Krakowa w tych warunkach będzie mnie kosztowała niecałe 80 zł, a i szlag mnie po drodze nie trafi przez 14 godzin jazdy, bo przynajmniej część w miarę wygodnie prześpię. :)

Ogólnie już się podniecam. ;)

Tak jeszcze na zakończenie notki nieurlopowa wiadomość z Top1000. W szoku będąc, pomyliłam się w dacie w nazwie pliku ;). Najlepszy wynik, jaki był do tej pory, przynajmniej tak mi się wydaje. W dodatku mamy miłe, rankingowe sasiedztwo ;). Tylko czemu lajków na FB tak mało? Może mnie nie stać na blogowe gadżety, jak Zucha, więc nagród dla „okrągłych” fanów nie będzie, ale tak smutno jakoś ;).

PS/EDIT: Tak, Piotr, pamiętam, w drodze powrotnej pewnie wysiądę na Centralnym i zostanę w Stolycy przez jakieś 3 dni. Rodzeństwo prezentu na urodziny najwyżej nie dostanie ;)))

O ileż prościej…

Swoje autko parkuję na ogrodzonej działce, pod domem. Dom posiada garaż, który nie pełni tytularnej funkcji od dobrych kilku lat, ale prowadzi do niego zjazd. Brama, znajdująca się naprzeciwko zjazdu, jest od niego nieco szersza i oddalona o kilka metrów, więc udaje się ominąć ów zjazd i stanąć obok. Co też czynię, by zaparkować. Ogólnie podczas parkowania (wykonywanego tyłem) trzeba zwracać uwagę, by nie otrzeć się o bramę z jednej strony samochodu i nie zawisnąć na zjeździe z drugiej.

Prawo jazdy mam od ponad 4 lat, do października zeszłego roku jeździłam (i parkowałam) sporadycznie, od tamtego czasu wyjeździłam już jakieś 12 tysięcy kilometrów, jeżdżąc przynajmniej 5 dni w tygodniu, wyrabiając ponad 100 km tygodniowo.

Jednym z zadań na egzaminie praktycznym na prawo jazdy jest jazda po łuku do przodu i tyłu. Na kursie uczono mnie tej sztuki metodą „jak zobaczysz ten słupek na tej wysokości okna, przekręcasz kierownicę jeden raz w prawo”. W rezultacie pierwsze podejście do egzaminu oblałam. Przed drugim zmieniłam instruktora, który mnie nauczył przy wszystkich manewrach na wstecznym patrzeć w lusterka, kontrolować sytuację, MYŚLEĆ i dostosowywać wykonywane manewry do bieżącej sytuacji i pozycji samochodu względem przeszkody.

No i tak przy każdym łukowym parkowaniu myślę sobie o tych lusterkach i wysiadam z samochodu ze stwierdzeniem, że o ileż prościej się wykonuje ten manewr, jeśli się w nie patrzy. Kiedyś ledwo byłam w stanie stanąć autkiem na swoim miejscu, teraz poprawki zdarzają mi się bardzo rzadko.

LUDZIE! PATRZCIE W LUSTERKA!!! ;)

Idealnie…

34 metry kwadratowe, rynek wtórny, parter, 2 pokoje, urządzona kuchnia (z „półwyspem”! Marzy mi się taki!), lokalizacja dużego osiedla na dalekim końcu świata (pod lasem, jest bezpośrednie połączenie autobudowe z resztą miasta, gdyby samochód mi padł), 165 tysięcy złotych.

32 metry, parter, ogródek, aneks kuchenny, od dewelopera, dziwny układ (mieszkanie podłużne), po prostym pomnożeniu 32*3750 zł, które proponują, wychodzi ok. 130 tys. zł.

Ostatnio znowu na FB miałam dyskusję na temat wyższości kupowania mieszkania na kredyt nad jego wynajmowaniem. Osobnik po drugiej stronie optuje za tym drugim. Ja to traktuję jako wyjście awaryjne, na początek, jeśli banki nie będą chciały dać mi kredytu mieszkaniowego. Moje Rodzeństwo też najpierw wynajmowało sobie lokum, dopiero po jakimś czasie nabyło je (chociaż inne, co zrozumiałe) na kredyt.

Chciałabym już za rok choć wstępnie się cieszyć.

Fiksacji mieszkaniowej ciąg dalszy. :)

[squeaky] Heeeelp…

Szczęśliwcy, którzy mają moje prawdziwe Ja w swoich znajomych na FB we wtorki i piątki posiadają niebywałą okazję do podziwiania mojego jęczenia, wysyłanego z komórki dzięki cudowności zwanej internetem w telefonie (mam limit danych w abonamencie). Bywało różnie. Albo łeb parował przez nawał informacji, choć przedstawionych konkretnie i w rozsądnym tempie, albo spędzałam cztery godziny na układaniu pasjansów w rzeczonym telefonie, bo materiał z wykładu nie wykraczał poza to, co można przeczytać w Kodeksie Etyki Lekarskiej, albo wykład był całkiem fajny, ale niespecjalnie dało się z niego zrobić notatki. A dzisiejsze 8 godzin prawa medycznego osłabiło mnie niemożebnie.

Pan prawnik z Izby Lekarskiej. Mecenas. I w ogóle. Ale wykładowca z niego zdecydowanie do d. Mówił wolno, z podejrzanie długimi przerwami między słowami, a cała treść była praktycznie odczytywana z ekranów dwóch laptopów (przy czym była jawna treść tylko z jednego). Szczerze powiedziawszy, już bym wolała sobie przeczytać suche ustawy, ktore przez te 8 godzin pan omawiał, niż właściwie marnować cały dzień mojego życia.

Niestety, dzisiejsze spotkanie z owym panem nie było ostatnim. Zdecydowanie najgorszy wykładowca z pięciu już poznanych.

Mam nadzieję, że ten wpis się na nas nie zemści.

Ech. :/

(Nie)Smacznie (nie czytać przy posiłku)

Odkryłam, co w pracy jest w stanie wywołać u mnie odruch wymiotny.

Wymiotujące dziecko. Na fotelu. Byłam poza zasięgiem ataku (w sensie nie zwymiotowało na mnie), ale mimo wszystko zrobiło mi się niedobrze. Jednak nie potrzebowałam interwencji, całe szczęście, uczucie było chwilowe.

Po relacjach kolegów na FB domyślam się, że nie tylko mnie trafił się taki pacjent i miałam szczęście. Życie, proszę państwa, życie!

Poza tym, rzucono we mnie motywatorem do pracy. Jestem ciekawa, co z tego wyjdzie. Już zacieram rączki i zbieram odwagę. :)

Cztery zęby

Poniedziałek. Potencjalny dzień ojezuojezuniewiemjaksięnazywamtylejestroboty. Pacjentów z bólem bagatela 2, dwa ostatnie miejsca w grafiku puste. Przychodzi przedostatni zapisany pacjent.

– Pani doktor, po mnie był zapisany mój tata, ale nie może przyjść. Czy jest możliwe, żeby zrobić u mnie więcej zębów?

Skinęłam głową. Sprawdzam kartę. Do zrobienia cztery zęby, po dwa z dwóch stron szczęki, jeden do obserwacji. Pacjent znieczulenia nie chce. No dobra, to wiercimy. Jeden ząbek (na żującej, prawie-ulubiony ubytek dentystów) rozwiercony, potem drugi (na żującej i stycznej). Ubytki przygotowane do wypełnienia, najpierw założyłam wypełnienie chemoutwardzalne (takie, co samo twardnieje po wymieszaniu składników) do jednego, potem światłoutwardzalne do drugiego zęba. Wypełnienia stwardniałe, dostosowane do zgryzu.

– Mamy jeszcze dużo czasu – rzekłam. Zegar wskazywał godzinę wizyty taty mojego pacjenta, poczekalnia była pusta. – Wytrzyma pan na tyle długo, bym zrobiła przynajmniej jeden ząb z drugiej strony?

Pacjent się zgodził. Dobrałam się do dwóch pozostałych zębów, w obu przypadkach była żująca/styczna. Wypełniłam tymi samymi materiałami. Pacjent w świetnym humorze wyszedł z gabinetu z zaleceniem kontroli za pół roku.

Prawdopodobnie trochę przesadziłam. Nie mam pojęcia, jak ów pacjent się czuł niedługo po zabiegu, w końcu siedział jakąś godzinę z otwartymi ustami. Ja już chyba miałabym problem, ale moje stawy skroniowo-żuchwowe też nie są najsprawniejsze. Budzi to jednak pewną satysfakcję, móc powiedzieć pacjentowi, że ma wszystkie zęby wyleczone i spokój na kilka miesięcy.

Poza tym, jestem ofiara. Co chwilę się zdarza, ze jeśli mówię asystentce, co robię i w którym zębie, to się mylę w numeracji. Myślę i mówię co innego.

Notka zapchajdziura, żebyście wiedzieli, że żyję. Komentarzy się nie spodziewam. ;)

Za dużo informacji?

Pacjentowi rozszczelnił się opatrunek leczniczy – tlenek cynku z eugenolem – przyszedł jako ofiara bólu, choć przyznał, że dolegliwości pojawiały się tylko i wyłącznie wtedy, gdy coś mu weszło między zęby i pod ów opatrunek.

Ząb żywy, normalnie reagujący. Usunęłam tlenek, dopracowałam ubytek, założyłam podkład, wypełniłam ząb na stałe. Ubytek był głęboki, więc poinformowałam pacjenta, że zawsze jest ryzyko, że ząb zacznie się odzywać sam z siebie i w razie silnych dolegliwości trzeba będzie go przeleczyć kanałowo.

Na to pacjent zrobił mi wielkie oczy.

„Nie mówię, że na pewno. Po prostu informuję, że jest takie ryzyko.”

Zawsze reagują przerażeniem, jak mówię coś takiego. Wychodzę jednak z założenia, że lepiej trochę ich postraszyć bądź dokładnie poinformować, niż żeby potem przyszli z pretensjami. Czasami mi się nawet zdarza robić co do tego adnotacje w karcie („Pacjent poinformowany, iż…”).

Słusznie?

KONIEC!!!

Z poradnictwem dentystycznym w komentarzach!

Staż ma jednak jedną, bardzo ważną zaletę. Jest tyle okazji, żeby coś spierdzielić, ale nikt nam raczej od razu oPWZ nie zabierze.

Mądra k., korzystając z tego, że jej zwolnienie się kończy (chociaż nadal kaszle, ale znacznie mniej, niż tydzień temu), pojechała na wpisane w program stażu wykłady o bioetyki i prawa medycznego. Wyszła z nich mądrzejsza o wniosek z początku notki. Zdarzało mi się też doradzać przez telefon, z tym też koniec. Będzie to upierdliwe (dla pacjenta), ale jeśli nie wyrobię sobie teraz prawidłowych odruchów, to później może być za późno. Może i jest to trochę pranie mózgu przez członków Sądów Lekarskich itp., ale z drugiej strony takie wyolbrzmianie chyba najbardziej się rzuca na późniejsze zachowanie słuchaczy.

Więc bardzo mi przykro. Notki edukacyjne od czasu do czasu będą, jak mi w końcu zaczniecie pisać, co Was interesuje, a mi się będzie chciało za to zabrać, ale już układam wymówkę dla pytających o poradę wybitnie zabiegową czy leczniczą.